Hej. Mam problem - jestem straszną sztywniarą w towarzystwie.
Kiedyś byłam rozgadana, szalona; potem jakoś zaczęłam się uspokajać i doszłam do stanu, w którym to moje uspokojenie weszło w stan krytyczny.
Mam 20 lat, więc teoretycznie jestem ,,w wieku największego szaleństwa".
ALE nie potrafię się głośno śmiać - nie mam pojęcia czy chodzi o to, że nic mnie nie bawi czy nie, ale nigdy nie śmieję się głośno. Zawsze tylko się uśmiecham.
Nie potrafię się dobrze bawić na imprezie, bo czasem głupio jest mi się odezwać. Poza tym nie jestem fanką alkoholu i tego, że ludzie po alkoholu są zupełnie inni. Jakoś nie jestem w stanie tego zaakceptować.
Nie potrafię się dobrze bawić na koncercie. Jeszcze mogłabym trochę się pogibać do muzyki, ale skakać? Krzyczeć? A gdzieżby!
W dodatku nie potrafię się dobrze bawić rozmawiając z ludźmi. Gdy oni mówią - ja zastanawiam się co inteligentnego mogłabym odpowiedzieć. Bo jeżeli się nie zastanowię to zawsze palnę jakąś głupotę, po drodze zająknę się jeszcze dwa razy, a reakcja znajomych to ,,Aha, no..."
Rzadko kiedy proponuję komukolwiek wyjście gdziekolwiek, bo brakuje mi ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Głupio mi, gdy ktoś przy mnie za głośno rozmawia albo zaczyna śpiewać.
Nienawidzę kiedy ktoś mnie o coś pyta i przerywa w połowie odpowiedzi.
A już najbardziej nienawidzę gdy ktoś patrzy na mnie w sposób ,,Skończyłaś już?" albo ,,Mój Boże, jakie to żałosne".
Po prostu strasznie przejmuję się opiniami innych ludzi.
I wydaje mi się, że ludzie czują się skrępowani rozmawiając ze mną.
I dzięki temu wszystkiemu uważam się za sztywniarę.
Czy ktoś miałby dla mnie jakąś dobrą radę? Jak wyjść z tego beznadziejnego stanu i zacząć spędzać choć trochę czasu wśród ludzi? (chyba nie muszę dodawać, że ze względu na moją nietowarzyskość raczej nie jestem przez nikogo nigdzie zapraszana?)