Mam 24 lata. Rok temu poznałam chłopaka i zakochałam się w nim. Zostaliśmy parą. Byliśmy razem 8 miesięcy. Wcześniej byłam ze swoim pierwszym chłopakiem 3 lata, kochałam go, on mnie, jednak nie wyszło.
Po rozstaniu przez dłuższy czas nie chciałam się wiązać. Przełom nastąpił rok temu, kiedy zakochałam się w kilka lat starszym chłopaku z Warszawy, byliśmy ze sobą 8 miesięcy na odległość. Teraz już nie jesteśmy razem.
Kiedy się widzieliśmy byłam bardzo szczęśliwa, lubiłam jego uśmiech, lubiłam się przytulać, całować, kiedy chodziliśmy za rękę byłam przeszczęśliwa. Najczęściej to ja przyjeżdżałam w weekendy do niego do Warszawy, bo miał tam swoje mieszkanie, zresztą tam było więcej miejsc do wyjścia. Spędzaliśmy razem czas, razem gotowaliśmy, wychodziliśmy, byliśmy na jakiś wyjazdach. Ale jak to w związku na odległość musiałam kiedyś wrócić do domu, bo tu miałam swoje sprawy, naukę itd. Kontaktowaliśmy się głównie przez telefon. Kontaktowaliśmy się codziennie, bardzo na to czekałam i cieszyłam się. Mój były pochodził z mojego miasta, jego ojciec tu mieszka, więc miał kogoś jeszcze do odwiedzenia, ale nie wpłynęło to na częstotliwość naszych spotkań. Chyba nie lubił tu wracać. Z czasem czułam, że to ja daję więcej od siebie, że mnie nie docenia, byłam trochę samotna i zaczęłam się czepiać: bo to ja byłam bardziej czuła, ja dużo częściej przyjeżdżałam do niego niż on do mnie, że rzadko do mnie dzwoni a zamiast tego tylko pisze smsy, że się nie odzywa wieczorem kiedy na to czekam, bywałam zazdrosna. Robiłam awantury, obrażałam się, potrafiłam się nie odzywać zamiast wyjaśnić problem. Dopiero potem po jego namowach mówiłam za co się złoszczę. Ale to nie były poważne problemy, potem się godziliśmy i było ok. Naprawdę mi zależało. Wcześniej i teraz też nie mam problemu z mówieniem o tym co mnie boli, jednak jego przykre słowa trafiały prosto w moje serce i zamykałam się w sobie.
Uważałam swojego faceta za przystojnego i pokazywałam mu, że mi się podoba, żeby czuł się dowartościowany, on mi z czasem przestał prawić komplementy. Czasem sprawiał mi przykrość słowami, np. kilka razy na jakieś moje pytania odpowiadał "glupie pytania zadajesz", kilka razy negatywnie skomentował mój wygląd, a dbam o siebie. Przez to wszystko tylko zamykałam się w sobie i nie chciałam już potem o wszystkim rozmawiać. Z czasem on był coraz bardziej (mną?) poirytowany, niby chciał się zobaczyć, pytał kiedy przyjadę, a potem był jakby niezadowolony, rozdrażniony.
Dodam, że poszliśmy do łóżka miesiąc po poznaniu się. Kochaliśmy się za każdym razem, gdy przyjeżdzałam, ale nie miałam z tym problemu, bo myślałam, że mu na mnie zależy. Nigdy nie powiedział, że mnie kocha, ale potrafił być bardzo czuły i kochany. Wcale nie naciskałam na te dwa słowa, ale z czasem jego brak jakichkolwiek zapewnień o uczuciu do mnie zaczął mnie smucić. Jego jedyne słowa odnośnie naszej "miłości" to "bardzo się zaangażowałem". Myślałam, że to przez śmierć jego matki kilka lat wcześniej. Czasem był wspaniały, a potem traktował mnie jak znajomą, na święta Bożego Narodzenia zamiast przyjechać, napisał mi smsa z życzeniami, dopiero 2 dni później daliśmy sobie osobiście prezenty i złożyliśmy życzenia..
Dwa razy kiedy ja byłam u siebie w mieście, on u siebie, poddałam w wątpliwość sens naszego związku, skoro tak rzadko się widujemy i to jakby mi bardziej zależy. Chyba chciałam tym sprawić, żeby bardziej się mną interesował, teraz żałuję tego, bo to było trochę jak manipulacja z mojej strony. Za pierwszym razem jakby się ocknął, wybił mi moje głupoty z głowy, mówił że bardzo się zaangażował, na drugi dzień z rana już u mnie był i się pogodziliśmy.
Za drugim razem, stwierdził że coś jest nie tak i żebyśmy może zostali przyjaciółmi. Było mi baaardzo przykro, nie był dla mnie kolegą... powiedziałam mu to. Zaproponował spotkanie i rozmowę. Pojechałam do niego, porozmawialiśmy, płakałam , było mi bardzo smutno, pogodziliśmy się.
Przez jakiś czas było ok, jednak bez szalonego zaangażowania. Kilka tygodni później w złości napisał mi smsa, że ma już tego dość, że to wszystko to jakiś żart, że chce się rozstać. Oczywiście wściekłam się i dolałam oliwy do ognia. Napisał mi w smsie, że jestem dla niego tylko koleżanką. Tym przekroczył granice mojej cierpliwości. Wpadłam w szał i powiedziałam mu kulturalnie mówiąc żeby spadał.
Po tym napisał tylko, że "to nie tak". Na drugi dzień rano dostałam smsa ż przeprosinami, jednak nie odpisałam, bo dalej się we mnie gotowało. Myślałam, że zadzwoni, powie że tęskni, żałuje, chociaż napisze smutnego smsa. Nic. Zerwał ze mną smsem i przestał tak po prostu się odzywać po 8 miesiącach znajomości... Ciężko to przeżyłam, dużo płakałam bo zakochałam się. Jednak nie chciałam się odzywać pierwsza, bo to ja wcześniej bardziej pokazywałam, że mi zależy. Nie szukałam i nie szukam kontaktu, on też nie. Olał mnie na całego, jakbym nigdy nie istniała. To mnie boli najbardziej.
Minęło już pół roku bez żadnego kontaktu,a ja codziennie o nim myślę, żałuję tego jak kiedyś się zachowywałam. Przez jakiś czas było mi lepiej, bo żyję własnym życiem, ale często mam gorsze dni. Ostatnio znów zrobiłam się płaczliwa. Mam wrażenie, że to moja wina, że wszystko zepsułam, bo byłam zbyt dziecinna, że za często się obrażałam i nie chciałam mówić o tym co mnie wkurza, smuci, że musiał się dopytywać. Dlatego miał mnie dość. Żałuję, że częściej się nie widywaliśmy i nie rozmawialiśmy, że na koniec nie porozmawialiśmy jak normalni ludzie... A na koniec najbardziej żałuję że nie dałam się przeprosić, chociaż wydawało mi się że jeden sms za tak okrutne słow to za mało. Wydaje mi się, że on ma już kogoś innego i to też bardzo mnie smuci.
Poznałam niedawno chłopaka, któremu bardzo na mnie zależy, ale nie potrafię odwzajemnić jego uczuć, nie chcę się przytulać, pocałunki nie sprawiają mi już tyle radości, nie chcę się w nic angażować, co dzień jestem smutna lub zła. Nie jestem w nim zakochana. Ciągle myślę o byłym. Przez to mam wrażenie, że zostanę sama.
Kiedyś nie wiązałam swojej przyszłosci z warszawą, chciałam gdzieś indziej zacząć kierunek studiów, którego nie ma w wawie, mówiłam mu o tym, a on mówił że ma w warszawie dobrą pracę i możliwości i że nie może się przeprowadzić.. teraz zaczęłam się zastanawiać czy tak naprawdę zależy mi akurat na tym kierunku, ze jest tyle pokrewnych w wawie,myślę nad przeprowadzką tam, nie ze względu na niego, ale żałuję że nie podjęłam tej decyzji wcześniej, może by to coś zmieniło..
Czy to moja wina? Czy jeśli zdecyduję się na ten krok (przeprowadzka) mam jakoś o tym dać znać?