Cześć. Mam na imię Marcin lat 24.
Nie mam w ogóle znajomych i tym bardziej dziewczyny.
W czwartek klasie podstawówki zmieniłem szkołę i tam byłem klasową łajzą do bicia.
Od tego czasu zaczęło się również moje uzależnienie od masturbacji. W gimnazjum próbowałem poznawać się z nowymi ludźmi ale gadałem tylko z kilkoma cichymi kolegami takimi jak ja. Po szkole byłem głównie sam ze sobą przy komputerze i nie bałem się odrzucenia od strony kolegów - nikt nie chciał ze mną spędzać czasu. W gimnazjum odzywali się tylko do mnie jak chcieli spisać lekcje. Moją wymówką by nie wychodzić do ludzi była nauka. Miałem co roku najwyższą średnią. W liceum dalej byłem zakompleksiony i miałem 2 kolegów, którzy wraz ze mną byli największymi frajerami. Na dziewczyny bałem się nawet patrzeć i z koleżankami przez 3 lata zamieniłem kilka zdań. Kolega w LO poznał mnie ze swoją kuzynką. Była podobnie zakompleksiona jak ja i mi się nie podobała, ale zacząłem się z nią spotykać tylko by kogoś mieć. Mi się nie podobała. Trwało to prawie 2 lata. Nikt w LO nie zapraszał na imprezy itd. W LO profil Mat-fiz 5 z matmy i fiz. Poszedłem na Polibudę z optymistycznym nastawieniem i znowu zostałem tylko osobą do wytłumaczenia, pożyczenia notatek. Wpadłem w wir nauki przez pierwsze dwa lata. Na imprezy kilka razy mnie wyciągali w środku tygodnia ale nie mogłem iść bo codziennie dojeżdżałem do szkoły 50km pociągiem i wracałem zawsze do domu po zajęciach. Dzisiaj żałuję. Potworzyły się grupy, a ja zawsze musiałem prosić się bym mógł np. w przerwie między zajęciami z nimi gdzieś pójść. Znalazłem w necie materiały o pewności siebie i zagadywaniu do kobiet. Zdałem sobie sprawę z komplesów, zacząłem pracować np. nad mową ciała, luźną gadką. Udawałem wręcz osobę zrelaksowaną, pozytywną ale i tak to nie działa. Zagadałem w różnych okolicznościach kilka razy do obcych dziewczyn, ale wszystko zawsze się kończyło maksymalnie po 7-8 spotkaniach. Jestem inżynierem. Zaledwie kilka osób prócz mnie się obroniło. Pierwszą pracę na stanowisku młodszego inżyniera dostałem przez znajomości wójka. Duża korporacja. Od początku byłem dla każdego uczynny, uśmiechnięty. Wszyscy zdają się mnie lubić. Gdy była impreza firmowa nocna na 150 osób to znowu poczułem się samotny. Zrozumiałem że z tymi ludźmi umiem gadać tylko w pracy o pracy. Na imprezie praktycznie do nikogo się nie odzywałem. Później czułem że z litości ludzie próbowali mnie trochę rozruszać. Poszedłem na studia magisterskie zaocznie i również jakoś jest tak że stoję z boku i tylko słucham. Jakoś nie mam pewności siebie. Teraz nie mam znajomych w ogóle a w telefonie mam tylko numery do kilku osób z rodziny i klientów (korepetycje w czasie studiów i po). Najciekawsze jest to że pewnie nikt z klientów nie zdaje sobie sprawy że mam takie problemy. Mam wyrobioną gadkę czy z uczniami, rodzicami, optymizm, pogadam trochę o pierdołach przed czy po.
I na tym się kończy. Nie wiem co robić.
Potrafiłem pracować 8h i od razu po tym uczyć dzieci matmy 2-4h dziennie.
Kiedyś myślałem że poczuje się lepiej zarabiając. Szczerze to wcale mi to nie pomogło.
Nawet 5letni samochód przestał cieszyć po kilku tygodniach. Od niedawna rzuciłem nauczanie z resztą i umowa o pracę się kończy i już wiem, że muszę szukać czegoś nowego.
Jakiś tam drobny sukces w strefach zarobkowych WOGÓLE nie przeniósł się na inne płaszczyzny.