itajcie. Muszę przelać gdzieś moją historię i to co przeżyłam, nawet nie wiecie jak głupio mi strasznie, no ale wyszło jak wyszło...
Zacznę od tego, że jestem osobą która nie ma problemu z nawiązaniem znajomości czy kontaktu z kimś. Jakaś pewna siebie to nie, ale jak jest jakaś impreza, przyjęcie, spotkanie to nie mam problemu z rozpoczęciem rozmowy.
To samo dotyczy się kontaktu z facetami. Nie raz pierwsza zagadam w towarzystwie uśmiechnę się, napiszę pierwsza w necie. Spokojnie nie jestem żadna podrywaczka czy coś, doświadczenie mam małe ogólnie.
Mojego ukochanego poznałam w internecie. Spodobał mi się, pisałam przez 2 dni pierwsza, potem on. Niedługo potem spotkaliśmy się, nie ukryje ja pierwsza napisałam że możemy pogadać, zobaczyć się itp zgodził się od razu.
Spotkanie super, potem on się ciągle pierwszy odzywał. Rozpoczęliśmy znajomość.
Intensywna, romantyczna, świetnie się dogadywaliśmy.
Czułam że w tej relacji to ja jestem facetem.On od początku był taki wycofany, skryty, sam mi to powiedział. Tłumaczył się że nie ma doświadczenia z kobietami, że dostał nie raz kosza i przez to jest niedostępny, boi się pierwszy zrobić krok by się nie sparzyć. Uwierzyłam, czemu by nie, wyglądał na takiego zdziczałego trochę, chociaż dziwiło mnie to że bo był niezły z wyglądu, spokojnie mógł mieć powodzenie. Ogólnie sprawiał wrażenie nieśmiałego.
Zresztą nie przeszkadzało mi to by pierwsza pocałować, przytulić się, spytać o coś poważniejszego. Ja ogólnie jestem bardzo uczuciowa.
Przeżyliśmy masę super chwil, niektóre nawet jak z jakiegoś filmu, czułam się szczęśliwa, widziałam że i on też jest zadowolony, oczywiście wszystko inicjowałam ja.
Co mnie zdziwiło to to że nie chciał przedstawić mnie swoim znajomym zbytnio. Ja to zrobiłam, wkońcu po mojej sugeracji to zrobił. Ale spotkanie z jego znajomymi było udane.
Też nie chciał się określić co do nas. Jemu pasował taki wolny związek. Musiałam go pytać i powiedzieć byśmy się określili. Mówi że jest zakochany ale nie proponuje stałego związku... Wkońcu to zrobił ale tak nie konkretnie jak dla mnie.
Wszystko było super do czasu w oracy wszedł w towarzystwo i ja z miejsca poszłam w odstawkę.
Zaczęło się, że nie chciał się już często widzieć i rzadziej pisał.
Uraził mnie bardzo w czymś, po kłótni i powiedziałam że to chyba koniec. Jego reakcja to tylko przeprosił i bez krępacji zgodził się to zakończyć! Szok.
Nic że przemyśl to, nie rób tego, przecież jesteśmy razem, nic.
Ale ja już zakochana, znałam go,że boi się odrzucenia sama do niego pisałam że czemu tak zareagował, że jak mu zależy to żeby się postarał, przyjechał(wiem co sobie myślałam) itp
No i zrobił to ledwo i obiecał że się poprawi.
W tym okresie byłam bardzo nadskakujaca, chciałam załagodzić ostatnią kłótnie.
Ale facet był bardziej wycofany niż kiedyś.
Już nie zwracał zbytnio na mnie uwagi.
Po pewnej kłótni w której zażuciłam że mnie zaniedbuje, olewa, że podejrzewam że podoba mu się jakaś laska z pracy (nie przeczył zbytnio, nic nie odpowiedział) ja zareagowałam za nerwowo. Ruszyło go to. Mnie też zresztą i jak się uspokoiłam przeprosiłam go.
Facet nie odzywał się ale ja nie dawałam za wygraną, dzwoniłam, pisałam, przepraszałam. Bardzo mi zależało na nim no co ja poradzę.
Byłam jak w jakimś amoku. Nie obchodziło mnie,że mnie olewał, jakaś mu się podobała (tak podejrzewałam, on podobno tylko z nią pisał i nie chciał zrezygnować ), był często niesympatyczny i bardziej zacofany. Liczyło się żeby był ze mną.
Po 2 spotkaniach w których się kajałam, przepraszałam, płakałam prawie itp niby mi wybaczył ale... Pokazał swoje prawdziwe oblicze.
Nerwowy, wściekły,powiedzial dużo ciekawych rzeczy po których stwierdzić można było że facet nigdy we mnie zakochany nie był, a skorzystał z tego że ja za nim latałam, a był w rutynie życia, nudziło mu się a ze mną było ciekawie.
Moja miłość jeszcze była, jeszcze następnego dnia z nim rozmawiałam, pierwsza oczywiście znowu. Żeby to przemyślał, że przecież tyle przeszliśmy, i wogóle, że jak zmieni zdanie to zawsze może na mnie liczyć. Ale nic już to nie dało.
To był koniec.
Co ciekawe i zarazem zrobiło mi się przykro, bo dowiedziałam się że oklamywał mnie od samego początku.
Nawet w swoim charakterze.
Facet do niejednej pierwszy zarywał, podrywał, starał się,byl pewny siebie i szarmancki.
Moja przyjaciółka, zna te jego znajomą z roboty co okazało się zaczął flirtować i z tego co się dowiedziała facet startuje do niej jak nic zabiega o nią, jak szalony, zabiera w różne miejsca, dobija się, jak jest jej smutno robi wszystko by jej nie było źle, jest zazdrosny.
O mnie nigdy, ale przenigdy tak się nie starał..
Mówiłam koniec związku.. Okej to nara
Nie był nawet zazdrosny.. Wiedział że mam kolegów znajomych, nic a nic nie ruszało go...
Już nie będę zbytnio się rozpisywać ale byłam świadkiem jak mój luby nabijał się ze mnie, że ze mnie taka desperatka, że tylko on i nikt inny dla mnie ze jak go tak niby kocham, i śmiechy jak nic,że z żadnym facetem mi nie wyjdzie.zrobil ze mnie jego koleżankę co za nim lata a on dał mi kosza : D
No wstyd straszny, prosiłam się o faceta co mnie nawet teraz chyba nie lubi... Przykro mi, że o inne tak zabiegał a o mnie nie...W sumie no,, spędzał że mną miło czas,, tylko...
Chyba za bardzo naiwna byłam a potem starałam się zachować relacje...
Musze następnym razem bardzo uważać bo czuje się upokorzona, no ale czasu nie cofnie mam lekcje na przyszłość