Witajcie.
W tym wątku chciałabym poruszyć następujące kwestie:
1) inicjatywa ze strony kobiety,
2) brak wiary w siebie,
3) niezdecydowanie,
4) marne doświadczenie w relacjach damsko-męskich.
1) Jeśli chodzi o to czy kobiecie wypada robić pierwszy krok to zdaję sobie sprawę, że zdecydowana większość zbluzga mnie pisząc, że "oczywiście, że nie! Nie wypada! Będziesz spalona!" Itp. itd. Delikatnie rzecz ujmując, mam w nosie, co wypada, a co nie. Jak chcę być szczęśliwa i CZUJĘ, że to jest osoba, dla której mogłabym stracić głowę to na pewno dam sobie szansę. Problem tkwi w tym, że nawet jeśli napiszę do kogoś pierwsza (bo tylko na taki krok mnie stać), to nie wiem, co dalej zrobić z tym fantem.. Niby powinno być już z górki, ale zazwyczaj nie jest. U mnie to dalej jest niejednoznaczne. Bo mogę z kimś pisać, mogę się odzywać ja, może tamta strona, a jednak są we mnie jakieś opory, bariery. Nigdy nie byłam pewna czy dobrze robię czy nie. Czy ta osoba chce ze mną utrzymywać kontakt czy nie. No bo jak piszę ja i mnie nie olewa, rozmowa się klei, to dobry znak, prawda? A jak później odzywa się on pierwszy to już w ogóle bajka? Tylko tak jakoś na rozmowach zazwyczaj się kończy.. Nikt nie wychodzi z inicjatywą spotkania, poznania się na żywo.. To jest problem pierwszy.
2) Jestem, niestety, wyróżniającą się z tłumu dziewczyną, a to przez wysoki wzrost. >180. To jak na kobietę za dużo. Rzadko która znajoma mi dorównuje wzrostem, a mężczyźni.. Na palcach jednej ręki policzę, ilu jest ewentualnie równych ze mną. Wzrost powoduje u mnie barierę, blokadę i brak wiary w siebie. Mam wrażenie, że to przez to, że jestem takim wielkoludem nie uda mi się znaleźć kogoś, kogo mogłabym pokochać. Kto pokochałby mnie. Bo jak taki wielkolud może znaleźć drugiego wielkoluda...
3) Jak już się jakimś cudem trafia ktoś, kto jest wyższy ode mnie, na pozór przystojny, inteligentny i już powinno być dobrze to znowu klops - dochodzę do wniosku, że to jednak nie ta osoba. I tak oto przez całe swe życie nie doświadczyłam żadnego związku. Wychodzę z założenia, że wolę być sama niż z kimś, do kogo nic bym nie czuła. I tykający zegar i smutek tego we mnie nie zmienią. Nie będę z kimś tylko po to, żeby być. Kropka. W ogóle to czasem wydaje mi się, że jak uda mi się kiedyś być w związku to tylko z kimś kogo JA znajdę. To głupie, wiem.. Ale paradoksalnie - im bardziej mnie ktoś ignoruje, tym bardziej mi zależy
A jak komuś zaczyna zależeć na mnie to czuję się z tym nieswojo, no bo jak ktoś może chcieć MNIE? Wręcz odstrasza.
Próbuję to wszystko rozgryźć z psychologicznego punktu widzenia, ale jakoś nie potrafię. Stąd wpadłam na pomysł , żeby zarejestrować się tutaj i w takim miejscu wyrzucić z siebie to wszystko. Jak ktoś widzi na to jakiś złoty lek to proszę o receptę! A jak ktoś uzna, że powinnam iść prosto do psychiatry to też mnie nie zdziwi, bo sama mam czasem takie myśli ;P
Bardzo chciałabym kochać. I być kochaną. Któż z nas by nie chciał? Dla mnie to recepta na szczęście, na to największe szczęście i radość życia. Wiem, to może okazać się złudzeniem. I nie powinno się koncentrować na tym, czego brak, ale jak to zrobić? Jak znaleźć mężczyznę pięknego, mądrego i dobrego, którego pokocham z wzajemnością?
Z góry dziękuję za wszelkie odpowiedzi ![]()


