Tak uważam, cytat z mojej głowy
.
Czytam wiele postów, obserwuję swoje życie, życie innych osób i dochodzę do wniosku że ludzie widzą miłość jako etap "zakochania". A gdy owe "zakochanie" mija, pojawiają się problemy, wątpliwości.
Ja umiałam kochać. I zostałam tak zraniona, że nigdy więcej nie ułożę sobie z nikim życia i nikomu bezgranicznie nie zaufam. Mogłabym wejść w niezobowiązującą relację - ale po co? By znów przywiązać się i cierpieć?
Zaczynam wątpić w miłość. Ale z drugiej strony - przecież ja kochałam. Może istnieje miłość, ale tylko ta platoniczna? Miłość taka, jaką wszyscy by chcieli kochać, nie istnieje, dlatego duża część osób sądzi, że gdy kończą się motylki w brzuchu, miłość też się kończy, albo ta znajomość to była pomyłka.
A przecież, te motylki w brzuchu, to tylko początek czegoś pięknego. Później pojawia się ta dojrzała miłość, niechcąca niczego w zamian.
I u mnie zawsze, gdy pojawiała się ta dojrzała miłość, druga osoba rozmyślała się, bo "to już nie jest to".
Wydaje mi się, że kto raz kochał, nie pokocha już nigdy. Kocha się tylko raz. Czuję się wypalona, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.