Mam od kilku tygodni poważny zgrzyt z narzeczoną i potrzebuję spojrzenia na sprawę chłodnym okiem bo nie wiem czy to ja robię problemy czy ona szuka dziury w całym.
Ja mam 33 lata, narzeczona 31, jesteśmy razem od 5 lat. Od początku układa nam się w miarę dobrze, bez większych kłótni czy nieporozumień. Mniej więcej rok temu zaczęło się wiercenie dziury w brzuchu o ślub, który dla mnie był całkowicie zbędny, moja narzeczona też specjalnie religijna nie jest więc do końca tego ciśnienia nie rozumiałem, ale pomyślałem ok. Kocham ją, chcę z nią być, jeżeli z jakiegoś powodu ten ślub ma dla niej znaczenie niech będzie. Oświadczyłem się i ma być ślub. Jak zaczęło się planowanie to powiedziałem bez owijania w bawełnę, że chciałbym zachować rozdzielność majątkową. No i wtedy zaczęły się żale, fochy, wypominanie, oskarżanie, że nie kocham, nie ufam i jak w ogóle mogę. Ale dla mnie to jest temat nienegocjowalny o czym również powiedziałem wprost. Po 2 tygodniach pretensji, obrażania się itd... niby zapanowała względna normalność z elementami wypominania co 2 dzień i większymi lub mniejszymi kłótniami. Nie ukrywam, że mam tego coraz bardziej dosyć. Chciała ślub więc się zgodziłem, ja chcę rozdzielność więc jaki problem, żeby ona się zgodziła? Każdy będzie miał to co mu do szczęścia potrzebne, moim zdaniem to rozsądny kompromis. Nasze relacje bardzo mocno się ochłodziły, czuję, że cały czas ma do mnie żal, cały czas naciska i podgaduje czego nie mogę zrozumieć. Naprawdę uważacie, że w dzisiejszych czasach ta rozdzielność to taki wielki problem?
Jeżeli chodzi o finanse to ogólnie żyje się nam dobrze, ale to głównie ja nas utrzymuję. Moja narzeczona zarabia ok. 5000 zł netto, ja prowadzę przyzwoicie działającą firmę i zarabiam ponad 10 razy więcej, mieszkamy w moim mieszkaniu, nigdy nie prosiłem, żeby dokładała się do rachunków czy czynszu, czasami zrobi za swoje pieniądze zakupy spożywcze i na tym jej wspólne wydatki się kończą. Kupiłem dla siebie nowy samochód więc oddałem jej swój poprzedni, razem z kartą flotową więc utrzymanie, tankowanie i serwis samochodu którym jeździ nie kosztuje jej ani grosza. Wyjścia na miasto finansuję ja, wakacje również ja i poza spożywką, do której czasami się dokłada wszystkie inne wydatki również ja finansuję.
Nie mam z tym żadnego problemu, rozumiem, że zarabiam znacznie więcej i nie oczekuję, że mamy się składać po równo bo dla mnie 3-4 tyś zł dorzucone do domowego budżetu będą nieodczuwalne a dla niej to większość pensji. Więc jest jak jest, akceptuję to i nigdy nawet nie sugerowałem, że oczekuję od niej kasy.
Ale czy tak uczciwie patrząc na sprawę, to nie mam prawa chcieć się zabezpieczyć? Gdybym jej nie kochał to nie zgodziłbym się na ślub, ale wszyscy doskonale wiemy ile małżeństw i związków się rozpada, po co nam później jakieś szarpaniny. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, pieniądze nie są najważniejsze ale nie chcę udawać, że najczarniejszy ze scenariuszy gdzieś z tyłu głowy nie siedzi. Uważacie, że ma rację? Ślub z rozdzielnością to nie ślub? Dla mnie to totalnie bzdurny argument ale chciałbym poznać zdanie innych osób.