Witam.
Długo myślałam żeby dodać ten wątek, jednak postanowiłam się otworzyć - to pomaga.
Całe życie byłam osobą szczupłą. Niską, drobną osobą, kochającą jeść. Inne dziewczyny mi zazdrościły.
"Ale ty masz fajnie. Możesz jeść i jeść, a dalej będziesz szczupła. Też tak chcę"
Więc co się stało? Nie akceptowałam siebie. Tego, że wyglądam o wiele, wiele młodziej niż jestem. Ludzie komentowali (dalej komentują) mój wygląd. To dobijające, ale nie o tym mowa w tym wątku. Chciałam mieć coś, dzięki czemu siebie zaakceptuje. Prócz tego zaczęłam zauważać u siebie lekko wystający brzuch. Taki, który przeważnie ma każda kobieta, bo to naturalne. To nie był tłuszczyk. Mimo wszystko przeraziłam się. Zaczęło się niewinnie. Byłam wtedy na wsi, miałam naprawdę bardzo dużo ruchu. Praktycznie od rana do wieczora. Praca fizyczna, spacery, jazda na rowerze, bieganie. Prócz tego zaczęłam mniej jeść. Myślałam, że jak wrócę do domu, waga pokaże chociażby 1 kilogram mniej. Nic. Dalej tak samo. Coś przestawiło się w mojej głowie. Ograniczyłam jedzenie prawie do minimum. Jadłam jeden posiłek dziennie. Próbowałam nawet wymiotować. Mimo licznych prób to było na nic. Udało mi się może tylko raz, ale też nie do końca. Poleciało przy tym więcej łez niż tego, co zjadłam. Potem nie jadłam w cale. Wyrzucałam do torebek, do łazienki. Piłam kawę, kakao, by mieć 'energię' na kolejne 24 godziny. Chudłam. Zamknęłam się na otoczenie. Chciałam być sama. Zmuszałam się, żeby wyjść z domu gdziekolwiek. Okaleczałam się. Miałam myśli samobójcze. Rodzice nic nie widzieli na początku. Nie pokazywałam im się na oczy, od razu zamykałam się w swoich 4 ścianach. Widzieli, że jedzenie nie zaczęło znikać z lodówki. Wszystko wiedział mój chłopak. Był bezradny. Zaczął zauważać moje kości, których ja nie widziałam. Bałam się spojrzeć w lustro. Unikałam tego. Nie mogłam na siebie patrzeć. Było mi ciągle zimno. Przesypiałam spotkania, nie miałam na nic siły. Wytrzymywał to wszystko. Był ze mną. Mimo, że ja się zmuszałam do spotkań. Byłam wrakiem człowieka.
Pierw z 49 kg. schudłam do 40. To był mój cel. Czyżby? Tak się tylko wydawało. Chciałam jeszcze i jeszcze. Udało się. 36 kg. Byłam już na skraju wyczerpania. Ledwo podnosiłam się z łóżka. Wszystko się wydało. Badania krwi wykazały, że natychmiast muszę jechać pod kroplówkę. Miałam też być zamknięta na leczenie psychiatrycznie. Zdiagnozowali mnie. Anoreksja, początki depresji. Jeździłam po szpitalach, by przyjęli mnie chociaż na kroplówkę. Powiedzieli na szczęście, że zamknięcie na 3 miesiące leczenia to ostateczność. Zaczęły się regularne wizyty u psychiatry, potem doszła terapia psychologiczna. Zaczęłam przyjmować leki. Antydepresanty, uspakajające. Dwa rodzaje.
Zaczęłam pierw jeść jeden posiłek dziennie. Nie za duży, zdrowy. Jogurt naturalny z płatkami. Rodził się u mnie strach, panika przed tym, wylewałam łzy. Wyrzuty sumienia były ogromne. Czułam się wtedy jak zero. Potem jadłam już więcej, w miarę normalnie. Byłam pilnowana, chodziłam na wizyty. Przytyłam do 44 kg. Zaczęło się wszystko od nowa. Powróciło. Zaczęłam jeść mniej. Dużo ćwiczyć, by spalić to co zjadam. Próby wymiotowania dalej na nic. Przeczyszczałam się. Objadałam się. Myślałam, że skoro i tak jestem 'grubą krową' to objem się do takiego stopnia, że jedzenie mi zbrzydnie. Głodowałam na przemian z normalnym jedzeniem, z napadami bulimicznymi. Depresja się zaczęła pogłębiać. Cięłam się. Odkładałam leki. Brałam większe dawki 'od tak'. Chciałam się zabić. Tak przynajmniej mówiłam sobie. Płakałam dużo po nocach, nie widziałam sensu w niczym. Raz wzięłam tyle leków na depresje, które sobie odłożyłam, że moje serce zaczęło o wiele szybciej bić. Kołowało mi się w głowie, trzęsły mi się ręce. Nie mogłam wstać. Po jakimś czasie przeszło.
Schudłam do 38 kg. Nie mogłam się na niczym skupić, a miałam maturę. Podeszłam do niej, zdałam ją. Dostałam się na studia. Znalazłam pracę na wakacje. Ledwo dawałam radę, bo mało co jadłam.
Wtedy to ja powiedziałam sobie 'dość'. Teraz to ja, sama z siebie postanowiłam, że będę walczyć. Przecież nie wszystko mi się nie udaje, coś osiągam w życiu. O mało co nie straciłam chłopaka. Po co znów mam niszczyć siebie anoreksją? Wtedy walka wyszła z mojej inicjatywy, a nie od innych, tak jak wtedy. Mam przecież cudownego chłopaka, który to wszystko wytrzymywał, mimo że naprawdę było mu ciężko i nie wiedział co ma robić. Zaczęłam walczyć znów, ale tym razem na 200 %.
Leków już nie brałam od jakiegoś czasu. Nie były mi potrzebne. Przynajmniej tak myślałam, bo potem zaczęłam znów je brać. Jadłam. Starałam się. Nie było to łatwe. Wręcz przeciwnie.
Obecnie ważę około 43 kg. Jem. Moje BMI jest prawie w normie. Nie wyglądam na skrajnie wychudzoną. Będę tyła i wiem to. Raz jest lepiej, a raz jest gorzej. Leków nie biorę.
Mimo to, nie jest tak kolorowo, jakby się to wydawało. Ta choroba odebrała mi samoakceptację, która i tak już była niska. Nienawidzę siebie. Choroba sprawiła, że czasami mam infantylne podejście, nie potrafię kierować się dojrzałością. Staram się.
Poprzez zamknięcie się na ludzi, ciężko mi zawierać znajomości. Czasami ludzie traktują mnie jak powietrze. To pogłębia moje spojrzenie na własną osobę. Czuję się jak dno. Od paru tygodni moja depresja wróciła. Nie jest ona duża, ale jest. Niczego w sobie nie akceptuje. Zakodowałam sobie w głowie, że mój chłopak pozna lepsza ode mnie, a przecież każdy jest. Zasługuje na fajną dziewczynę, którą ja nie jestem. Każdego dnia się tego boję. Nawet jak gdzieś wyjdzie ze znajomymi, w mojej głowie rodzi się strach. Od paru dni płaczę prawie codziennie. Mam czasami myśli samobójcze. Czasami się okaleczę. Czuję, że wszystko mnie przerasta. Wyrzuty sumienia z powodu jedzenia powróciły. Przed innymi udaję, że jest wszystko w porządku. Nie chcę znów kontroli ze strony rodziców. Chce żeby wiedzieli, że wszystko jest w porządku. Chodzę dalej na wizyty do psychiatry. Do psychologa muszę się w końcu umówić znów. To mi jednak nie pomaga. Nie lubię tych spotkań, nudzą mnie. Babeczki są naprawdę fajnymi osobami, mogę z nimi porozmawiać, ale nie o tym. To mnie męczy. Rozmawiam z chłopakiem, piszę bloga, gdzie są dziewczyny które też walczą. Teraz piszę tu. To mi pomaga.
Mogłabym wrócić do leków. Nie chcę. Jest tyle powodów, nie chce mi się wymieniać.
Pragnę być w pełni zdrowa, ciesząca się życiem. Tak jak kiedyś. Wiem, że anoreksji nie da się pozbyć do końca. Ona zawsze będzie. Gdzieś w środku. Może nawracać. Czasami czuję, że nie chce by odeszła. wtedy zabierze mi cząstkę siebie. To dziwne, ale jak coś mi się nie układa, wiem że mogę do niej powrócić. Sprawić, że będzie coś co w sobie zaakceptuję, w co będę mogła uciec. To złe myślenie i ja doskonale o tym wiem.
Mam 20 lat, studiuję pedagogikę wczesnoszkolną i wychowanie przedszkolne. Nie mam zbytnio znajomych. Mam tylko Jego, a boję się. Boję się, że odejdzie. Z dwiema przyjaciółkami kontakt praktycznie mi się urwał, z resztą one też mało co wiedzą.
Pragnę tylko jednego. Być szczęśliwa. Czerpać radość z życia, cieszyć się z małych rzeczy.
Próbuję. Naprawdę próbuję. Nie zamierzam się poddawać.
Dlatego piszę też tutaj. Żeby wyrzucić z siebie wszystko.
Nie oczekuję porad. Może moja historia się na coś komuś przyda?
Może komuś da do myślenia.
Dziękuję, za przeczytanie moich wypocin. Mam nadzieję, że nie zanudziłam ![]()