Jestem w kropce i pomyślałam, że może jak z kimś "pogadam" to będzie łatwiej.
Moje małżeństwo nie ma jeszcze roku, a już się rozsypało (przed ślubem nie byliśmy długo razem).
Przez moje albo nasze wspólne błędy i zachowania zostało doprowadzone do stanu całkowitego wyniszczenia. Mój mąż czuje się przeze mnie zniszczony, mieliśmy wiele prób "naprawiania", rozmów, itp. poza terapią (choć mąż już był wstępnie), a mimo to nic się nie zmieniało. Tkwiliśmy w toksycznych, złych relacjach i w martwym punkcie bez wyjścia. W końcu uznałam, że tak nie może dłużej być, że lepiej dla nas obojga będzie się rozstać i wyprowadziłam się od męża. Niestety nie wiem co mój mąż tak naprawdę myśli o tym wszystkim i na ile jest gotów się rozejść i jak szybko, bo cała odpowiedzialność za podjęcie decyzji spadła na mnie. Jak i w sumie cała wina za rozpad. Domyślam się, że mąż jako człowiek uważający ze miał toksyczną żonę, która go niszczyła może już nie chcieć nic ratować i pewnie "zaraz" poleci załatwiać formalności, ale jeszcze mam nadzieję, że tego nie zrobi. Moje uczucia do Niego się nie zmieniły i nie chciałabym tracić tego związku, ale czy takie coś ma jeszcze jakiekolwiek szanse? Czy dłuższa separacja i danie sobie czasu nie kontaktując się ma sens? Czy wiedząc co mąż o tym myśli nie mieć już nadziei na nic? Nie mam pojęcia jak sobie poradzić z niepewnością i wizją rozwodu ![]()
Podobne tematy
W sumie ciężko cokolwiek Tobie odpisać na ten post, bo tak na prawdę nie wiadomo w czym tkwi problem.
Nie napisałaś niczego, co dałoby jakiś obraz sytuacji, jedynie tyle że wasze małżeństwo się rozpada.
Napisz jak długo znaliście się przed ślubem, ile macie lat, dlaczego na niego się zdecydowaliście, na czym polega "toksyczność" waszych relacji...
A może warto zapytać męża?
4 2014-04-21 01:07:49 Ostatnio edytowany przez lakhti (2014-04-21 01:08:36)
Męża nie pytam, bo rozmów i pytań było już miliony. Znam jego zdanie, wiem, że czuł się tak samo (lub bardziej) źle w takiej sytuacji. Co do wieku, to "dziećmi" nie jesteśmy, ja przekroczyłam trzy dzięsiątki, On cztery. Przed ślubem przyjaźnilismy się 3 lata. W małżeństwie poróżniły nas różne rzeczy, takie jak spojrzenie na niektóre sprawy, oczekiwania itp. Za mało było kompromisów, a za dużo przeciągania liny. Tak czy siak uważam, że to nie ma teraz znaczenia. Chciałam wiedzieć czy ktoś był w podobnej sytuacji, co uważacie na temat separacji? Czy daje ona jakąkolwiek szansę na odnowienie relacji czy bardziej oddala ludzi? Czy jest to sprawdzian dla uczuć? Czy już okazja do układania sobie nowego życia?
lakhti mam wrażenie, że jesteś osobą. która nie jest nauczona sama podejmować decyzje. To życie jest Twoje, to Ty ponosisz za nie odpowiedzialność. Podobnie jest z mężem, trafiło na ludzi, którzy szukają poza małżeństwem rozwiązywania problemów i czekania aż coś się stanie samo. Stanie się samo tylko jedno. Przegracie oboje swoje zycie. Sama rozmowa jest dobra, ale to za mało. To nie powinno być tylko rozładowanie emocji. Tu trzeba małymi kroczkami iść do przodu, nauczyć się cieszyć tym małżeństwem. Cos razem postanowić, próbować to razem zrobić.
Trzeba wierzyc , ze sie uda ![]()
W małżeństwie poróżniły nas różne rzeczy, takie jak spojrzenie na niektóre sprawy, oczekiwania itp. Za mało było kompromisów, a za dużo przeciągania liny. Tak czy siak uważam, że to nie ma teraz znaczenia.
I tu się mylisz, bo w zależności od powodów separacji, różnie może być z jej sensem i skutecznością.
Nie ma złotego środka na wszelkie problemy.
To Wy oboje musicie wiedzieć, czy jest co ratować, odnawiać i co najważniejsze, czy tego chcecie.
8 2014-04-21 13:06:11 Ostatnio edytowany przez adamajkis (2014-04-21 13:09:24)
-