Witajcie, jestem to nowa, chciałam się tylko wygadać...
Dwa miesiące temu dowiedziałam się, że moj narzeczony zdradził mnie ze swoją koleżanką ze studiów. Nie był to jednorazowy wyskok, ponoć ich "znajomość" trwala ok 3-4 miesięcy. Nasz związek trwał 7 lat, kawał czasu razem, przez te 7 lat cały czas mieszkaliśmy razem, naprawdę wielka miłość, która przetrwała różne zawirowania losu aż to teraz :(
Nie układało nam się od kilku miesięcy, kilka lat temu mój eks rozpoczął kolejne studia (jesteśmy świeżo po 30tce), tam inny świat, inni ludzie, świeża krew, wspólne wypady na piwo i powoli zaczął się oddalać, nie wiedziałam czemu, poniekąd czułam, że to przez studia, pytałam, próbowałam rozmawiać i tłumaczyć, ale mnie zbywał. A ja im bardziej było źle, tym bardziej się starałam, tym bardziej wylewałam swoje uczucie, zapewniałam o wsparciu i miłości w zamian dostając niewiele, aż w końcu doszłam do punktu jak ja to nazywam "zero" - kiedy to popadłam w stan odrętwienia, zmęczenia sytuacją, jakiegoś smutku i frustracji. zaczęłam się zastanawiać nad nami, szukać przyczyny kłopotów.
Jako że sytuacja zbiegła się z dość poważnymi problemami zdrowotnym eksa, doszłam do wniosku, że martwi się o zdrowie, czegoś boi i dlatego zamknął się w sobie. Po kilku tygodniach takiej sytuacji i różnych dziwnych okoliczności, które miały miejsce w tych miesiącach pewnego dnia przy śniadaniu nagle stało się - "połączyłam kropeczki"i wszystko stało się dla mnie jasne, różne dziwne sytuacje i zawsze jeden wspólny mianownik w postaci pewnej koleżanki.... Kiedy zapytałam wprost ile wspólnego z naszymi kłopotami ma pewna osoba, nie zaprzeczył, do wszystkiego się przyznał.
Odpowiedź, którą usłyszałam zmiażdżyła mnie emocjonalnie, nie mogłam uwierzyć, że mój wyśniony ideał, ukochany przyjaciel, który do tej pory nigdy mnie nie zawiódł, zdradzał mnie od miesięcy! Jakiż to był ból i szok !
Jedyne co pamiętam z tego dnia to masa łez, szoku, niedowierzania, pakowanie mu torby i walizki, ból tak ogromny, że aż nie do opisania...Następnego dnia wrócił, rozmawialiśmy, przepraszał i tłumaczył się tym, że się zmieniliśmy, obwiniał mnie, że nie spędzałam z nim czasu, że siedziałam do późna w pracy, że czuł się samotny. Dziś oczywiście wiem, że to standardowe zagranie, wtedy jednak skołowana i oszołomiona sytuacją łykałam wszystko po kolei i sama biłam się w pierś (nie wierzę jak mogłam być taka głupia?!) W czasie gdy rozgrywał się mój osobisty dramat, jeszcze nie miałam pojęcia o tym forum, w tym czasie dopuściłam się wszystkich klasyków gatunku - poniżania się, błagania o miłość, zachowywałam się jak nie ja, byłam gotowa mu wybaczyć tu i teraz - w końcu z mojej ówczesnej analizy sytuacji wynikało, że ja też jestem winna, przecież czuł się samotny, nie poświęcałam mu czasu, nie rozmawiałam wystarczająco, itepe, itede....
Postanowiłam zatem wspaniałomyślnie mu wybaczyć, po ok 2 tygodniach pozwoliłam wrócić, wspólnie ustaliliśmy, że trzeba czekać i czas pokaże jak będzie i czy uda się to jeszcze skleić. Mój eks bardzo chciał wrócić, jednak widziałam, że jest oddalony, ma dużo dystansu, nie błaga mnie na kolanach i jakby się nie cieszy z tego, że dostał drugą szansę. Jestem osobą o świetnej intuicji, szybko reaguję kiedy czuję, że coś jest nie tak, nie wiem jakim cudem nie zastanowiło mnie wtedy takie chłodne zachowanie.
Minął tydzień, a chłód jedynie się pogłębiał, ja, zdradzona, ale dumna i chcąca zachować klasę, początkowo nie dopytywałam go o sytuację z tą dziewczyną,jednak po kilku dniach demony dawały o sobie znać, kiedy w końcu usłyszałam, że nie wie co czuje, że czuje obojętność do wszystkich i wszystkiego, powiedziałam, że chyba się pośpieszyliśmy, poprosiłam o spakowanie walizki i powrót do nocowania u mamy. Dwa dni później umówiliśmy się na pakowanie walizki, przyjechał w niedzielę wieczorem, po zajęciach, chwilę pogadaliśmy, wszystko jeszcze było ok, do czasu aż zapytałam gdzie tej nocy nocował...Wtedy padła odpowiedź szczera do bólu, że u niej. W tamtej sekundzie poczułam taki cios i ból, coś jakby strzał adrenaliny prosto w serce, jednocześnie coś we mnie pękło, miarka się przebrała, kazałam mu się natychmiast wynosić, uniosłam się gniewem, krzyczałam, że nim gardzę i nie chcę nigdy więcej widzieć...Koszmar:(((
To było 5 tygodni temu, od tamtej pory nie utrzymuję z nim kontaktu, w sumie uszanował moją prośbę aby się nie kontaktować, poza sporadycznymi smsami nie zawraca mi głowy, jakoś się trzymam, chociaż nie jest mi łatwo, nie ogarniam tego emocjonalnie, wiem jednak, że zrobiłam jedyną słuszną w tamtej sytuacji rzecz - ratowałam jedyne, co można było uratować - siebie.
Z natury jestem bardzo uczuciową i wrażliwą osobą, dla której miłość i wsparcie partnera to jedne z ważniejszych spraw w życiu, czuję mega złość, czasem chyba nienawiść, że odebrał mi radość życia, że razem ze sobą pociągnął mnie w dól.
Dziś, 5 tygodni później nadal jestem emocjonalnym wrakiem, wychodząc do ludzi przyklejam uśmiech nr 5 i nie daję po sobie poznać jak bardzo ta sytuacja rozwaliła mi system, jednak wszystko siedzi głęboko i nie daje za wygraną. Ciągle zastanawiam się kiedy będzie lepiej, kiedy ten ból przestanie ściskać serce:(