Witam. Jestem dość młoda i 1,5 roku temu zakochałam się po raz pierwszy w chłopaku mieszkającym 400 km ode mnie. Przyjeżdżaliśmy do siebie, wyszłoby, że średnio raz na dwa miesiące, ale czasami spędzaliśmy ze sobą cały tydzień. Wydawało mi się, że to jest właśnie to, że to jest prawdziwa miłość. Było ciężko, ponieważ w tamtym roku sprawy się trochę skomplikowały i nie mogłam przeprowadzić się do jego miasta. W zasadzie dopiero w tym roku idę na studia, więc myślałam, że przetrzymamy ten czas. Jaka była nasza relacja? No cóż, nigdy nie czułam się tak jak przy nim, on za to miał wcześniej dziewczyny, o których prawie wcale nie rozmawialiśmy, jednak twierdził, że żadnej z nich z pewnością nie kochał jak mnie. Potem dowiedziałam się od znajomej, że jedną z nich naprawdę przeżywał (m.in. pomimo, że zerwała, on dalej przy niej był - był to również związek na odległość). Wierzyłam mu we wszystko, on sam kilka razy mówił o tym, że jestem bardzo naiwna i ktoś mógłby to wykorzystać. Mimo tego, że tak mnie kochał, czasami miał zahamowania w pewnym sytuacjach, chyba przypominały mu doświadczenia z poprzednich związków.tongue Dodam, że nasz związek nie opierał się na seksie, bo on sam chciał, by "rozwijało się to normalnie, a nie tak jak wszystko dotychczas". W takich sprawach on się bardziej powstrzymywał niż ja. Był trudnym człowiekiem.
Problemy zaczęły się więc jesienią tamtego roku. Zaczął mieć pretensje o to, że zbyt dużo się uczę, nie poświęcam mu uwagi. Nie do końca była to prawda, zawsze miałam czas żeby z nim porozmawiać przez telefon, jednak esemesów nie mogłam pisać cały dzień, bo faktycznie, uczyłam się. Sporo złych rzeczy w tym czasie się wydarzyło i prawdę mówiąc, faktycznie wszystko mi zobojętniało, jednak byłam przekonana, że kocham go nad życie. On chyba jednak wszystko inaczej rozumiał, bo zaczęły się rozmowy na temat zerwania (inicjowane z jego strony), jednak stwierdził, że nie będzie brać tej odpowiedzialności na siebie. Mówił, że czuje się bardzo źle, że on mnie potrzebuje, ale tam, u siebie. Nie widzieliśmy się wtedy przez jakiś okres czasu. Ja miałam problemy ze zdaniem prawo jazdy, bardzo to przeżywałam, on natomiast studia i chyba brak pieniędzy. Nadal jednak twierdził, że kocha mnie nad życie. W listopadzie/grudniu przestał odbierać telefony. Było mi bardzo źle, miałam napady płaczu i bardzo mocną potrzebę rozmowy, jednak to na nic. Na początku grudnia postanowiłam więc do niego pojechać, co nic nie dało. Właściwie czułam się bardzo dziwnie po tych odwiedzinach, bo On między innymi grał na komputerze w czasie mojego pobytu u niego, wcześniej tego nie robił. Nawet już nie pamiętam, czy porozmawialiśmy wówczas o tej sytuacji, możliwe, że on nie chciał.
Gdy wróciłam do domu, sytuacja była taka sama, nieodbieranie telefonów, zbywanie (w rzeczywistości również często grał w tym czasie). Dla mnie taka rozmowa była prawie jak spotkanie. Uważał, że jeśli słuchałabym, wiedziałabym, dlaczego On tak się zachowuje. Ja natomiast całkowicie tego nie rozumiałam. Wszystko zaszło tak daleko, że około dwóch miesięcy temu nie wytrzymałam. Przez kilka dni, ponieważ zachowywał się okropnie, opisałam mu jak się czuję, rozpisałam się, on natomiast odpisał jakimiś dwoma bezsensownymi słowami, coś w stylu: "Boże, przestań". Następnego dnia czułam się naprawdę źle. Potrzebowałam rozmowy. Dzwoniłam kilka razy, bezskutecznie. Wieczorem napisałam do niego, że to koniec.
Odpisał następnego dnia, popołudniu. Bez zbędnych emocji podziękował mi za wszystko i usunął ze związku na facebook'u. Czułam się wtedy strasznie, bo nie miałam pojęcia tak naprawdę, że do tego dojdzie, nie chciałam rozstania, tak naprawdę wystarczyłaby mi odrobina zainteresowania z jego strony. Nie wyobrażałam sobie, że jeden esemes może wszystko zmienić. Nie chciał zadzwonić, nie odbierał. Po trzech dniach, napisał, że mnie chce i kocha, jednak nic nie wskazywało na to, że jest mu szkoda naszego związku i chciałby wrócić. W ten sposób jednak wymieniliśmy ok. 80 smsów. Gdy ja się odezwałam, powiedział, że mam dać mu spokój, mam nie pisać, nie odzywać się. Tak zrobiłam, przestałam próbować bezskutecznie się z nim kontaktować. Było bardzo źle. Zadzwonił po dwóch tygodniach nieodzywania się. Chciał się wyżalić, rozłączył się jednak po 5 minutach, bo jak sam stwierdził: "Usilnie wracam do starej sprawy". Bolało tak bardzo, że usunęłam go nawet ze znajomych z facebooka i właściwie nie mieliśmy żadnego kontaktu.
Ostatnio pisaliśmy, mamy sobie do oddania kilka rzeczy, które były powodem rozmowy. On całą winę obarcza mnie, bo przecież "ja zerwałam". Stwierdził nawet, że to ja go olałam, bo gdy zadzwonił raz z prośbą o pomoc, ja "gówno, nic" nie zrobiłam. Ponadto, że on bardzo liczy się z uczuciami innych. Cała ta rozmowa wydała mi się śmieszna, bo on wszystko poprzekręcał, wytłumaczył sobie na własny sposób. Nadal go kocham. Dochodzi do takich sytuacji, że potrafię bezustannie o tym człowieku myśleć i sama nie wiem, co z tym wszystkim robić. Przyjaciele nie chcą już o tym słuchać. Czy ktoś, komu kiedykolwiek zależało i kochał nad życie, mógł w ten sposób postąpić? Czy to naprawdę wyszło z mojej winy? Nie wiem, jak sobie z tym poradzić.