Prosze o porade.
Mam 20 lat i jestem w związku z chłopakiem ponad 3 lata. Jest na prawdę świetnym gościem, zaradnym, zabawnym raczej nie typem imprezowicza który wychodzi z kumplami i znika na całe wieczory - domator. Na początku starał się tak, że dziękowalam Bogu za takiego chłopaka, byłam dla niego najważniejsza. Niestety mój partner jest typem chłopaka który nie za bardzo umie wspieraći pomagać duchowo w problemach. Nie interesuje sie moimi problemami, nie pyta, zbywa je albo w tracki gdy mu o tym opowiadam siada do gry na komputerze lub potrafi nawet zasnąć. Ja jestem osobą bardzo czułą i wrażliwą - po cięzkich przejściach w życiu, potrzebuje od faceta bardzo dużo uwagi, rozmów i zrozumienia. Nie oceniam go źle - wiem, że sie stara, po prostu nie potafi taki być, to nie ten typ. Nie zauważa, że coś jest nie tak nawet gdy go naprowadzam, nie rozumie moich problemów często nawet wydaje mi się, że ma mnie za wariatke. On pochodzi z idealnej bezproblemowej rodziny, naprawde nie ma w życiu ŻADNYCH problemów, dlatego też nie potrafi zrozumieć moich bo nigdy nie był w cięzkej sytuacji. Od jakiegoś czasu zauważyłam, że bardzo mi to przeszkadza, wiem że są faceci którzy potafia dziewczyny wspierąc dobrym słowem i ciepłym ramieniem (bo tylko tego mi potrzeba i zrozumienia). To ogólny opis naszych relacji.
Problem trwa od mniej więcej roku, czuje, że nie jestem szczesliwa, ze nie satysfakcjonuje mnie taki zwiazek w ktorym mj przyziemny chlopak nie wspiera mnie w moich problemach. Przestalismy sie ze sobą kochać, zdarza sie to jakoś raz na miesiac raz na 3 tygodnie. Ja czuje totalną nie chęć i blokade, ponieważ wiem, że On tylko wtedy gdy chce tego ode mnie jest miły czuły i kochany a gdy już to dostanie siada do komputera lub bierze telefon (gdy ja potrzebuje chwili bliskosci nawet głupiego przytulenia).
On oczywiscie nie widzi tych problemów uwarza sie za idealnego, nie chce mówcie mi, żebym o tym z nim porozmawiała bo probowałam tłumaczyć milion razy - on nie zauważa swoich wad i nie umie ich naprawić. Oglądam sie za innymi mężczyznami, gdy oglądam filmy romantycze (wiem to głupie) marze o tym żeby coś sie wydarzyło. Nawet wdałam sie w krótki flirt z kolegą jednak przy propozycji spotkania na kawe zaprotestowałam od razu wymówką ''że mam chłopaka''. Mimo to wszystko boje sie odejsc. Bardzo przywiązuje sie do ludzi, jestem jego przyjaciółka i on jest przyjacielem dla mnie. Nie wiem czy umiałabym przyzwyczaic sie do innego, boje sie odejsc, nie chce tego a jednoczescie krzycze w sobie zamknięta jak w klatce. Wiem, że nie tak powinien wyglądać związek, że cały czas zastanawiam się czy go kocham i czy powinnam. Nie mam zbyt wielu przyjaciół - poświęcam sie cała związkowi, tylko z nim lubie spedzac czas i wychodzic, przez chłopaków nie lubie spotkań z koleżankami. Jak go zostawie to zostane kompletnie sama, przeraźliwie boje sie samotności, wieczorów, weekendów. Boje sie nawet o tym myśleć. Jednak czy tak powinno być? Ze jestem z nim a marze o tym , żeby coś sie wydarzyło? Ze gdy widze przystojnego chłopaka to aż mnie nosi, że zagadać? Z boku nasz związek wygląda na idealny jednak ja jak już wspomiałam ''krzycze sama pośród tłumu'' zamknięta w jego złotej klatce.