netkobietyWszystkie działy
Trudna miłość, zazdrość, nałogi

Trudna Decyzja o Rozstaniu

3 odpowiedzi2 495 wyświetleńzałożony przez alabasterkid, 21.02.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Trudna Decyzja o Rozstaniu

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 4 ]

1

Temat: Trudna Decyzja o Rozstaniu

Witam smile
Jestem tu nowa, nie zdążyłam jeszcze nic o sobie napisać, ale wynika to z faktu że potrzebuję choć odrobiny pomocy ze strony kobitek i ich spojrzenia na moją sytuacje, bez uczuć. Chcę w końcu z kimś się podzielić moim zmartwieniem. Więc zacznę od opisu...(trochę może zająć, postaram się jak najkrócej)

Otóż jestem ze swoim chłopakiem(ja 20 lat, on skończone już w tym roku 19) już prawie dwa lata w związku, dużo razem przeżyliśmy, wzlotów i upadków byliśmy na początku dla siebie wsparciem - tak myślałam, ale teraz się boje, że to mogła być toksyczna miłość bo ani on ,ani ja nic na tym nie zbudowaliśmy. Gdybym miała opisać nasz relacje TERAZ opisałabym je jako: służąca - hrabia, hrabia - służąca, z prostej przyczyny, to ja sprzątam ,ja piorę, ja gotuję, ja obrywam... ale nie od niego obrywam od jego matki. Mimo że mieszkamy już razem w innym mieście niż na początku, nigdy nie zapomnę jakie piętno odcisnęła na mnie jego rodzicielka, ile nerwów i psychiki mi naniszczyła, ale byłam silna dla niego - chciałam mu pomóc i wyrwać go od tej tyranii zasad jego matki, twierdziłam że mu pomagam, teraz nie wiem już nic... Udało się wyprowadziliśmy się daleko od niej, jego matka znalazła sobie kolejnego bogatego faceta i zaręczyła się z nim po 8 miesiącach znajomości oraz wyjechała do innego miasta razem z nim budować chatę, notabene upierała się wciąż że nie ma pieniędzy, a jej konto liczyło pokaźną sumę zer, ale nie miała zamiaru się z tym dzielić wraz ze swoimi dziećmi, oprócz mojego chłopaka była jest jeszcze jego siostra, ale mniejsza. Otóż myślałam że przy mnie Konrad (tak ma na imię) w końcu poczuję ulgę i będzie chciał coś zrobić ze swoim życiem, skończyć szkołę, znaleźć pracę... ale nic z tych rzeczy! Mimo że jedyne pieniądze jakie mógł dostawać to te z Funduszu Alimentacyjnego on nie zrobił nic by sobie i mi pomóc. Kasę z funduszu mógł dostać tylko wtedy gdy zacząłby na nowo chodzić do szkoły, ale nie bo to bo tamto, zawsze 1000 różnych wymówek i problemów, w końcu stanęło na tym że nie mieliśmy czym płacić za wynajem, a ja sama z nędznymi 600 zł nic za bardzo nie mogłam zdziałać, bo jeszcze przecież trzeba coś jeść no, nie? Wylądowaliśmy w październiku na działce... ogródki działkowe... w środku miasta... zaczyna być zimno więc woda już dawno zakręcona, jedyne co to prąd był... w tym czasie koledzy siostry jego własnej stwierdzili że z nią ustalili iż mogą w najbliższy weekend pić na działce, mimo że nie pałam do jej towarzystwa zbytnio i tak nie miałam za bardzo wyboru. Zgadnijcie czym się skończyło... bójką. Ale bójką w stylu "jakiś kumpel tw siostry nagadał że ukradłeś mu zegarek za 2 tysiące i byłeś niedobry dla swojej siostry to ci o*****e ryj", oczywiście z zegarkiem okazała się pomyłka, ale jakoś zdrowa mu nikt za to nie odda, trzy minitytanowe płytki w oczodole przywiercone 6 śrubkami + tydzień leżenia w szpitalu. Wszyscy oczywiście umywają od tego ręce, a jeśli już to liżą dupę mu, ja się nie liczę, nie liczy się to że wcześniej mówiłam że nie chce by tu byli, nie liczyło się że to ja musiałam sama wracać przez pół miasta na działkę gdy było ciemno, sama tam spać, myć się i przebywać - to się nie liczyło bo on siedział sobie w ciepłym szpitalu w czystej kołdrze i żarciem, a ja? "no musisz jakoś to przetrwać"... słyszałam, co z tego że ryczałam po nocach, załatwiłam sobie rękę widelcem i nie miałam już ochoty na nic - jego rodzina miała wywalone "robimy syf, zamieszanie, ale i tak później to można zwalić na kogoś poza rodziny"... ale mniejsza... DUŻO przeżyliśmy... bynajmniej ja. To akurat był jeden z nielicznych przykładów gdy o mały włos nie skoczyłam z mostu gdyby nie moja matka, która jako jedyna martwiła się zawsze o mnie ( w tym momencie napłynęły mi łzy do oczu ) ... zastanawiam się... czemu człowieka tak ogłupia miłość? Po tym wszystkim wyprowadziliśmy się do mniejszego miasta. Oczywiście Konrad nie ma pieniędzy nawet na wynajem, więc postanawiam po raz kolejny mu pomóc by stanął na nogi bo tym wszystkim...Na szczęście moje 600 zł wystarczy by opłacić wynajem, ale co dalej? Miała być szkoła, praca itd. itd. tyle pier***a, a skończyło się na tym że ja zaczynam kolejny semestr w szkole zaocznej, a on jedyne co robi to je, gra, śpi i ogląda seriale, czasem ma ochotę na sprawy łóżkowe - i to jest całe jego życie. Gdy pytam się kiedy pozałatwia wszystkie dokumenty itd. zawsze ta sama odpowiedź "pójdę jutro, w piątek, za tydzień, za dwa tygodnie, za miesiąc" i w końcu kończy się na tym że dalej jest bez kasy, bez pracy, bez wykształcenia, a mi robi wyrzuty że jestem dla niego nie miła... dałam mu czysty start - nie skorzystał z tego, z niczego nie skorzystał oprócz megabajtów na kompie i oglądaniu durnych seriali... bez perspektyw na życie, hobby czy w ogóle jakiś wysiłek nawet w stronę naszego związku mimo że wciąż słyszę że mnie kocha. Ale samą miłością nie przeżyjesz... I teraz następują moje pytania: Czy to ze mną jest coś nie tak? Czy jest jakaś szansa na zmianę czy może lepiej od razu zakończyć ten związek? Powiem że nie raz już o tym z nim rozmawiałam, nie raz się prosiłam, błagałam, krzyczałam...nic. Zawsze kończyło się na obietnicy poprawy. Pewno będzie że mogę odejść przecież nic mnie nie trzyma... ano nic. Ale parę dni temu okazało się że mogę... być w ciąży... i to nie pierwszy miesiąc... i teraz co mam zrobić?! gdzie mam pójść? może sobie zasłużyłam na taki los przez to że jestem zbytnio dobra i ufna i zawsze nadstawiam tyłka do obrony, ale czemu akurat gdy zrozumiałam musiało się stać to? Moja mama nie wie, on się chyba też nie domyśla, a ja żyję sobie słuchając obu stron i myśląc o podcięciu sobie żył. Moja matka mieszka w Danii z moim ojczymem, dzisiaj powiedziała że "możemy to ogarnąć, spakujesz się i przyjedziesz tutaj do Danii" a ja nie wiem kompletnie co mam z tym wszystkim zrobić... jestem sama na tej łodzi... bo nikt nie wie, nikt nic się nie domyśla, a ja muszę żyć z tą myślą codziennie wstając od rana że prawdopodobnie rośnie we mnie małe życie i nie będę w stanie mu zapewnić normalnego, godnego życia, że będzie musiało żyć bez ojca, że będzie przechodzić takie samo piekło w dzieciństwie co ja, a oprócz tego jeszcze zawiodę moją matkę że mimo iż mam 20 lat zachowuje się jak nienormalna nastolatka i teraz wpakowałam się w niezłe gówno, że teraz na pewno nie skończę szkoły, nie pójdę do pracy nic nie zrobię i że po raz kolejny ją oszukałam i zawiodłam... nie wiem czy to zniosę... nie chce po raz kolejny czuć się jak piąte koło u wozu. Na niego też nie mam co liczyć bo jest kompletnie nieodpowiedzialnym człowiekiem. Więc znów zostaję z problemem sama. Może dom samotnej matki? Nie wiem. Chcę coś w życiu osiągnąć, ale jedynie chyba co osiągnę to dno. Teraz już boje się że nikt nie poda mi ręki, że będzie jeszcze gorzej niż było, a to wszystko przez to że chciałam zaufać i kogoś pokochać. Nie była to moja pierwsza miłość, jedynie pierwsza którą traktowałam poważnie i wiązałam z nią nadzieje na przyszłość. Nie zdziwię się jak napiszecie że sama sobie to zgotowałam - bo to prawda to już wiem. Dałam się omotać i teraz odbija mi się to czkawką. A jutro do Polski przyjeżdża moja mama i chce ze mną poważnie porozmawiać... więc mój koniec jest bliski. Czy jest jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji? Czy lepiej od razu się spakować i wiać w siną dal?

Proszę o szczere odpowiedzi.

2

Odp: Trudna Decyzja o Rozstaniu
alabasterkid napisał/a:

Witam smile
Jestem tu nowa, nie zdążyłam jeszcze nic o sobie napisać, ale wynika to z faktu że potrzebuję choć odrobiny pomocy ze strony kobitek i ich spojrzenia na moją sytuacje, bez uczuć. Chcę w końcu z kimś się podzielić moim zmartwieniem. Więc zacznę od opisu...(trochę może zająć, postaram się jak najkrócej)

Otóż jestem ze swoim chłopakiem(ja 20 lat, on skończone już w tym roku 19) już prawie dwa lata w związku, dużo razem przeżyliśmy, wzlotów i upadków byliśmy na początku dla siebie wsparciem - tak myślałam, ale teraz się boje, że to mogła być toksyczna miłość bo ani on ,ani ja nic na tym nie zbudowaliśmy. Gdybym miała opisać nasz relacje TERAZ opisałabym je jako: służąca - hrabia, hrabia - służąca, z prostej przyczyny, to ja sprzątam ,ja piorę, ja gotuję, ja obrywam... ale nie od niego obrywam od jego matki. Mimo że mieszkamy już razem w innym mieście niż na początku, nigdy nie zapomnę jakie piętno odcisnęła na mnie jego rodzicielka, ile nerwów i psychiki mi naniszczyła, ale byłam silna dla niego - chciałam mu pomóc i wyrwać go od tej tyranii zasad jego matki, twierdziłam że mu pomagam, teraz nie wiem już nic... Udało się wyprowadziliśmy się daleko od niej, jego matka znalazła sobie kolejnego bogatego faceta i zaręczyła się z nim po 8 miesiącach znajomości oraz wyjechała do innego miasta razem z nim budować chatę, notabene upierała się wciąż że nie ma pieniędzy, a jej konto liczyło pokaźną sumę zer, ale nie miała zamiaru się z tym dzielić wraz ze swoimi dziećmi, oprócz mojego chłopaka była jest jeszcze jego siostra, ale mniejsza. Otóż myślałam że przy mnie Konrad (tak ma na imię) w końcu poczuję ulgę i będzie chciał coś zrobić ze swoim życiem, skończyć szkołę, znaleźć pracę... ale nic z tych rzeczy! Mimo że jedyne pieniądze jakie mógł dostawać to te z Funduszu Alimentacyjnego on nie zrobił nic by sobie i mi pomóc. Kasę z funduszu mógł dostać tylko wtedy gdy zacząłby na nowo chodzić do szkoły, ale nie bo to bo tamto, zawsze 1000 różnych wymówek i problemów, w końcu stanęło na tym że nie mieliśmy czym płacić za wynajem, a ja sama z nędznymi 600 zł nic za bardzo nie mogłam zdziałać, bo jeszcze przecież trzeba coś jeść no, nie? Wylądowaliśmy w październiku na działce... ogródki działkowe... w środku miasta... zaczyna być zimno więc woda już dawno zakręcona, jedyne co to prąd był... w tym czasie koledzy siostry jego własnej stwierdzili że z nią ustalili iż mogą w najbliższy weekend pić na działce, mimo że nie pałam do jej towarzystwa zbytnio i tak nie miałam za bardzo wyboru. Zgadnijcie czym się skończyło... bójką. Ale bójką w stylu "jakiś kumpel tw siostry nagadał że ukradłeś mu zegarek za 2 tysiące i byłeś niedobry dla swojej siostry to ci o*****e ryj", oczywiście z zegarkiem okazała się pomyłka, ale jakoś zdrowa mu nikt za to nie odda, trzy minitytanowe płytki w oczodole przywiercone 6 śrubkami + tydzień leżenia w szpitalu. Wszyscy oczywiście umywają od tego ręce, a jeśli już to liżą dupę mu, ja się nie liczę, nie liczy się to że wcześniej mówiłam że nie chce by tu byli, nie liczyło się że to ja musiałam sama wracać przez pół miasta na działkę gdy było ciemno, sama tam spać, myć się i przebywać - to się nie liczyło bo on siedział sobie w ciepłym szpitalu w czystej kołdrze i żarciem, a ja? "no musisz jakoś to przetrwać"... słyszałam, co z tego że ryczałam po nocach, załatwiłam sobie rękę widelcem i nie miałam już ochoty na nic - jego rodzina miała wywalone "robimy syf, zamieszanie, ale i tak później to można zwalić na kogoś poza rodziny"... ale mniejsza... DUŻO przeżyliśmy... bynajmniej ja. To akurat był jeden z nielicznych przykładów gdy o mały włos nie skoczyłam z mostu gdyby nie moja matka, która jako jedyna martwiła się zawsze o mnie ( w tym momencie napłynęły mi łzy do oczu ) ... zastanawiam się... czemu człowieka tak ogłupia miłość? Po tym wszystkim wyprowadziliśmy się do mniejszego miasta. Oczywiście Konrad nie ma pieniędzy nawet na wynajem, więc postanawiam po raz kolejny mu pomóc by stanął na nogi bo tym wszystkim...Na szczęście moje 600 zł wystarczy by opłacić wynajem, ale co dalej? Miała być szkoła, praca itd. itd. tyle pier***a, a skończyło się na tym że ja zaczynam kolejny semestr w szkole zaocznej, a on jedyne co robi to je, gra, śpi i ogląda seriale, czasem ma ochotę na sprawy łóżkowe - i to jest całe jego życie. Gdy pytam się kiedy pozałatwia wszystkie dokumenty itd. zawsze ta sama odpowiedź "pójdę jutro, w piątek, za tydzień, za dwa tygodnie, za miesiąc" i w końcu kończy się na tym że dalej jest bez kasy, bez pracy, bez wykształcenia, a mi robi wyrzuty że jestem dla niego nie miła... dałam mu czysty start - nie skorzystał z tego, z niczego nie skorzystał oprócz megabajtów na kompie i oglądaniu durnych seriali... bez perspektyw na życie, hobby czy w ogóle jakiś wysiłek nawet w stronę naszego związku mimo że wciąż słyszę że mnie kocha. Ale samą miłością nie przeżyjesz... I teraz następują moje pytania: Czy to ze mną jest coś nie tak? Czy jest jakaś szansa na zmianę czy może lepiej od razu zakończyć ten związek? Powiem że nie raz już o tym z nim rozmawiałam, nie raz się prosiłam, błagałam, krzyczałam...nic. Zawsze kończyło się na obietnicy poprawy. Pewno będzie że mogę odejść przecież nic mnie nie trzyma... ano nic. Ale parę dni temu okazało się że mogę... być w ciąży... i to nie pierwszy miesiąc... i teraz co mam zrobić?! gdzie mam pójść? może sobie zasłużyłam na taki los przez to że jestem zbytnio dobra i ufna i zawsze nadstawiam tyłka do obrony, ale czemu akurat gdy zrozumiałam musiało się stać to? Moja mama nie wie, on się chyba też nie domyśla, a ja żyję sobie słuchając obu stron i myśląc o podcięciu sobie żył. Moja matka mieszka w Danii z moim ojczymem, dzisiaj powiedziała że "możemy to ogarnąć, spakujesz się i przyjedziesz tutaj do Danii" a ja nie wiem kompletnie co mam z tym wszystkim zrobić... jestem sama na tej łodzi... bo nikt nie wie, nikt nic się nie domyśla, a ja muszę żyć z tą myślą codziennie wstając od rana że prawdopodobnie rośnie we mnie małe życie i nie będę w stanie mu zapewnić normalnego, godnego życia, że będzie musiało żyć bez ojca, że będzie przechodzić takie samo piekło w dzieciństwie co ja, a oprócz tego jeszcze zawiodę moją matkę że mimo iż mam 20 lat zachowuje się jak nienormalna nastolatka i teraz wpakowałam się w niezłe gówno, że teraz na pewno nie skończę szkoły, nie pójdę do pracy nic nie zrobię i że po raz kolejny ją oszukałam i zawiodłam... nie wiem czy to zniosę... nie chce po raz kolejny czuć się jak piąte koło u wozu. Na niego też nie mam co liczyć bo jest kompletnie nieodpowiedzialnym człowiekiem. Więc znów zostaję z problemem sama. Może dom samotnej matki? Nie wiem. Chcę coś w życiu osiągnąć, ale jedynie chyba co osiągnę to dno. Teraz już boje się że nikt nie poda mi ręki, że będzie jeszcze gorzej niż było, a to wszystko przez to że chciałam zaufać i kogoś pokochać. Nie była to moja pierwsza miłość, jedynie pierwsza którą traktowałam poważnie i wiązałam z nią nadzieje na przyszłość. Nie zdziwię się jak napiszecie że sama sobie to zgotowałam - bo to prawda to już wiem. Dałam się omotać i teraz odbija mi się to czkawką. A jutro do Polski przyjeżdża moja mama i chce ze mną poważnie porozmawiać... więc mój koniec jest bliski. Czy jest jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji? Czy lepiej od razu się spakować i wiać w siną dal?

Proszę o szczere odpowiedzi.

Hej , wysłałam Ci maila . Pozdrawiam

3

Odp: Trudna Decyzja o Rozstaniu
Laura86 napisał/a:
alabasterkid napisał/a:

Witam smile
Jestem tu nowa, nie zdążyłam jeszcze nic o sobie napisać, ale wynika to z faktu że potrzebuję choć odrobiny pomocy ze strony kobitek i ich spojrzenia na moją sytuacje, bez uczuć. Chcę w końcu z kimś się podzielić moim zmartwieniem. Więc zacznę od opisu...(trochę może zająć, postaram się jak najkrócej)

Otóż jestem ze swoim chłopakiem(ja 20 lat, on skończone już w tym roku 19) już prawie dwa lata w związku, dużo razem przeżyliśmy, wzlotów i upadków byliśmy na początku dla siebie wsparciem - tak myślałam, ale teraz się boje, że to mogła być toksyczna miłość bo ani on ,ani ja nic na tym nie zbudowaliśmy. Gdybym miała opisać nasz relacje TERAZ opisałabym je jako: służąca - hrabia, hrabia - służąca, z prostej przyczyny, to ja sprzątam ,ja piorę, ja gotuję, ja obrywam... ale nie od niego obrywam od jego matki. Mimo że mieszkamy już razem w innym mieście niż na początku, nigdy nie zapomnę jakie piętno odcisnęła na mnie jego rodzicielka, ile nerwów i psychiki mi naniszczyła, ale byłam silna dla niego - chciałam mu pomóc i wyrwać go od tej tyranii zasad jego matki, twierdziłam że mu pomagam, teraz nie wiem już nic... Udało się wyprowadziliśmy się daleko od niej, jego matka znalazła sobie kolejnego bogatego faceta i zaręczyła się z nim po 8 miesiącach znajomości oraz wyjechała do innego miasta razem z nim budować chatę, notabene upierała się wciąż że nie ma pieniędzy, a jej konto liczyło pokaźną sumę zer, ale nie miała zamiaru się z tym dzielić wraz ze swoimi dziećmi, oprócz mojego chłopaka była jest jeszcze jego siostra, ale mniejsza. Otóż myślałam że przy mnie Konrad (tak ma na imię) w końcu poczuję ulgę i będzie chciał coś zrobić ze swoim życiem, skończyć szkołę, znaleźć pracę... ale nic z tych rzeczy! Mimo że jedyne pieniądze jakie mógł dostawać to te z Funduszu Alimentacyjnego on nie zrobił nic by sobie i mi pomóc. Kasę z funduszu mógł dostać tylko wtedy gdy zacząłby na nowo chodzić do szkoły, ale nie bo to bo tamto, zawsze 1000 różnych wymówek i problemów, w końcu stanęło na tym że nie mieliśmy czym płacić za wynajem, a ja sama z nędznymi 600 zł nic za bardzo nie mogłam zdziałać, bo jeszcze przecież trzeba coś jeść no, nie? Wylądowaliśmy w październiku na działce... ogródki działkowe... w środku miasta... zaczyna być zimno więc woda już dawno zakręcona, jedyne co to prąd był... w tym czasie koledzy siostry jego własnej stwierdzili że z nią ustalili iż mogą w najbliższy weekend pić na działce, mimo że nie pałam do jej towarzystwa zbytnio i tak nie miałam za bardzo wyboru. Zgadnijcie czym się skończyło... bójką. Ale bójką w stylu "jakiś kumpel tw siostry nagadał że ukradłeś mu zegarek za 2 tysiące i byłeś niedobry dla swojej siostry to ci o*****e ryj", oczywiście z zegarkiem okazała się pomyłka, ale jakoś zdrowa mu nikt za to nie odda, trzy minitytanowe płytki w oczodole przywiercone 6 śrubkami + tydzień leżenia w szpitalu. Wszyscy oczywiście umywają od tego ręce, a jeśli już to liżą dupę mu, ja się nie liczę, nie liczy się to że wcześniej mówiłam że nie chce by tu byli, nie liczyło się że to ja musiałam sama wracać przez pół miasta na działkę gdy było ciemno, sama tam spać, myć się i przebywać - to się nie liczyło bo on siedział sobie w ciepłym szpitalu w czystej kołdrze i żarciem, a ja? "no musisz jakoś to przetrwać"... słyszałam, co z tego że ryczałam po nocach, załatwiłam sobie rękę widelcem i nie miałam już ochoty na nic - jego rodzina miała wywalone "robimy syf, zamieszanie, ale i tak później to można zwalić na kogoś poza rodziny"... ale mniejsza... DUŻO przeżyliśmy... bynajmniej ja. To akurat był jeden z nielicznych przykładów gdy o mały włos nie skoczyłam z mostu gdyby nie moja matka, która jako jedyna martwiła się zawsze o mnie ( w tym momencie napłynęły mi łzy do oczu ) ... zastanawiam się... czemu człowieka tak ogłupia miłość? Po tym wszystkim wyprowadziliśmy się do mniejszego miasta. Oczywiście Konrad nie ma pieniędzy nawet na wynajem, więc postanawiam po raz kolejny mu pomóc by stanął na nogi bo tym wszystkim...Na szczęście moje 600 zł wystarczy by opłacić wynajem, ale co dalej? Miała być szkoła, praca itd. itd. tyle pier***a, a skończyło się na tym że ja zaczynam kolejny semestr w szkole zaocznej, a on jedyne co robi to je, gra, śpi i ogląda seriale, czasem ma ochotę na sprawy łóżkowe - i to jest całe jego życie. Gdy pytam się kiedy pozałatwia wszystkie dokumenty itd. zawsze ta sama odpowiedź "pójdę jutro, w piątek, za tydzień, za dwa tygodnie, za miesiąc" i w końcu kończy się na tym że dalej jest bez kasy, bez pracy, bez wykształcenia, a mi robi wyrzuty że jestem dla niego nie miła... dałam mu czysty start - nie skorzystał z tego, z niczego nie skorzystał oprócz megabajtów na kompie i oglądaniu durnych seriali... bez perspektyw na życie, hobby czy w ogóle jakiś wysiłek nawet w stronę naszego związku mimo że wciąż słyszę że mnie kocha. Ale samą miłością nie przeżyjesz... I teraz następują moje pytania: Czy to ze mną jest coś nie tak? Czy jest jakaś szansa na zmianę czy może lepiej od razu zakończyć ten związek? Powiem że nie raz już o tym z nim rozmawiałam, nie raz się prosiłam, błagałam, krzyczałam...nic. Zawsze kończyło się na obietnicy poprawy. Pewno będzie że mogę odejść przecież nic mnie nie trzyma... ano nic. Ale parę dni temu okazało się że mogę... być w ciąży... i to nie pierwszy miesiąc... i teraz co mam zrobić?! gdzie mam pójść? może sobie zasłużyłam na taki los przez to że jestem zbytnio dobra i ufna i zawsze nadstawiam tyłka do obrony, ale czemu akurat gdy zrozumiałam musiało się stać to? Moja mama nie wie, on się chyba też nie domyśla, a ja żyję sobie słuchając obu stron i myśląc o podcięciu sobie żył. Moja matka mieszka w Danii z moim ojczymem, dzisiaj powiedziała że "możemy to ogarnąć, spakujesz się i przyjedziesz tutaj do Danii" a ja nie wiem kompletnie co mam z tym wszystkim zrobić... jestem sama na tej łodzi... bo nikt nie wie, nikt nic się nie domyśla, a ja muszę żyć z tą myślą codziennie wstając od rana że prawdopodobnie rośnie we mnie małe życie i nie będę w stanie mu zapewnić normalnego, godnego życia, że będzie musiało żyć bez ojca, że będzie przechodzić takie samo piekło w dzieciństwie co ja, a oprócz tego jeszcze zawiodę moją matkę że mimo iż mam 20 lat zachowuje się jak nienormalna nastolatka i teraz wpakowałam się w niezłe gówno, że teraz na pewno nie skończę szkoły, nie pójdę do pracy nic nie zrobię i że po raz kolejny ją oszukałam i zawiodłam... nie wiem czy to zniosę... nie chce po raz kolejny czuć się jak piąte koło u wozu. Na niego też nie mam co liczyć bo jest kompletnie nieodpowiedzialnym człowiekiem. Więc znów zostaję z problemem sama. Może dom samotnej matki? Nie wiem. Chcę coś w życiu osiągnąć, ale jedynie chyba co osiągnę to dno. Teraz już boje się że nikt nie poda mi ręki, że będzie jeszcze gorzej niż było, a to wszystko przez to że chciałam zaufać i kogoś pokochać. Nie była to moja pierwsza miłość, jedynie pierwsza którą traktowałam poważnie i wiązałam z nią nadzieje na przyszłość. Nie zdziwię się jak napiszecie że sama sobie to zgotowałam - bo to prawda to już wiem. Dałam się omotać i teraz odbija mi się to czkawką. A jutro do Polski przyjeżdża moja mama i chce ze mną poważnie porozmawiać... więc mój koniec jest bliski. Czy jest jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji? Czy lepiej od razu się spakować i wiać w siną dal?

Proszę o szczere odpowiedzi.

Hej , wysłałam Ci maila . Pozdrawiam

Dziękuję za słowa otuchy, na prawdę czuję że są mi potrzebne w tej chwili, mam nadzieje że da się coś zmienić, ale boje się że przez ciąże może tylko na gorsze. Jedynie to mnie teraz trzyma przy nim - nie wiem co z tym zrobić... cóż okaże się jutro wieczorem.

Posty [ 4 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Trudna Decyzja o Rozstaniu

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026