Witajcie,
Na wstępie chciałabym napisać, że rozumiem jeśli ktoś z was zacznie potępiać mnie i mój sposób myślenia po przeczytaniu
tego posta. Niemniej jednak stwierdziłam, że muszę komuś się zwierzyć/wyżalić. Komuś kogo nie znam i komuś komu nie będę musiała
później patrzeć w oczy.. sama do siebie czuję wstręt. Mój rozum podpowiada mi coś a serce natomiast zupełnie coś innego.
Do rzeczy.
Mam 20 lat i od paru tygodni zaczęłam trenować fitness w klubie.
Tu zaczyna sprawa się komplikować.
Spełniam swoje hobby, od zawsze pragnęłam trenować profesjonalnie i przy tym świetnie się bawić.
Postanowiłam więc spróbować. Poszłam na trening raz, drugi, trzeci... poznałam ludzi, trenera. No i właśnie.
Tu jest pies pogrzebany. Trener jest niesamowitym człowiekiem. Umięsniony, myślący, posiadający dużą wiedzę.
Nie jest może mega przystojny ale ma w sobie to coś co powoduje u mnie szybsze bicie serca...
Jest mężczyzną dojrzałym, ma 50 lat i żonę z którą ma chyba mało ciepłe relacje. Nie ważne.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem w rocznym związku z moim rówieśnikiem.
Nienawidzę siebie. Zauroczyłam się w żonatym gościu a w dodatku sama jestem w związku... to jest chore!
Mówią "serce nie sługa" ależ bzdura! Ciągle po głowie chodzi mi jakiś mały romans, ot tak.. coś małego, niezobowiązującego
kompletnie. Tylko seks i nic więcej. Tylko trener i ja.
Nie potrafię sobie z tym poradzić.
Nie wiem jak mam okiełznać swoje pragnienia, uczucia i myśli.