Witajcie.
Z góry przepraszam za długość tego postu, ale jestem dość wylewny w takich sprawach.
Mój problem jest z jednej strony dość skomplikowany a zarazem całkiem prosty, gdyż oczywistym jest co powinienem zrobić, tylko że mam z tym problem. Moja historia zaczęła się gdy poznałem pewną młodą (ledwo dwudziestoletnią), atrakcyjną dziewczynę. Szybko się sobą zainteresowaliśmy i po ponad miesiącu znajomości zostaliśmy parą. Wszystko szło idealnie, dzwoniła, że tęskni po paru godzinach od spotkania, była ciepła i dobra. Aż po około miesiącu, dzień po kłótni, przyjeżdża do mnie i twierdzi, że to nie to i czuje się osaczona (choć sama za mną się uganiała, a ja byłem bardziej tym oschłym ?chamem?). Jeszcze dzień wcześniej podczas godzenia się podkreślając, że jest jej ze mną dobrze i nie chce się rozstawać.
Ale wszystko było ok, nikt się nie zakochał, więc nie mięliśmy problemu aby pozostać w dobrych relacjach ze względu na wspólne grono znajomych. Wszystko szło dobrze przez kolejne kilka tygodni, aż moja ex nie zaproponowała mi seksu bez zobowiązań. Chodziliśmy ze sobą do łóżka jako para, więc już się znaliśmy, pomyślałem, że czemu nie, nigdy w czymś takim nie byłem, nie czułem się emocjonalnie związany z eks a fizycznie mnie bardzo pociągała. Niestety po jakimś czasie zacząłem coś czuć, a ona raz traktowała mnie jak swojego faceta, mówiła czułe słówka, przejeżdżała nie tylko na seks ale i zwierzać się, przytulać, całować. Dokładnie tak jak kiedy byliśmy parą. Za to przy następnym spotkaniu w gronie znajomych potrafiła mnie traktować jak powietrze, rzucając nieraz komentarze, które miłe nie były. Dzwoniła do mnie codziennie po kilka razy, wiąż podkreślając jak się cieszy, że mnie ma.
Kiedyś nie wytrzymałem, powiedziałem jej co czuję, że chcę powrotu albo zakończenia tej chorej sytuacji. Po kilku dniach ciszy wszystko zaczęło się od nowa. Znów zaczęła przyjeżdżać, zachowywać się jak partnerka. Wrócił, seks, rozmowy, przytulała się mnie w obecności zdziwionych znajomych, którzy wiedzieli, że nie jesteśmy parą. Myślałem, że skoro wyznałem jej miłość to już nie jest to samo co wcześniej, a gdy pytałem nie zaprzeczała, mówiła tylko, że jestem najważniejszy i chce być ze mną ale ?nie może?. Zaślepiony rozumiałem z tego tyle, że jeśli się jeszcze bardziej postaram to może się coś udać. Biegałem wokół niej jak księżniczki, im bardziej się starałem tym bardziej ona miała mnie gdzieś. Nie wytrzymałem po raz kolejny, powiedziałem jej jak się czuję, że mnie zwodziła miesiącami i wykorzystywała nie dając nic w zamian. W odpowiedzi usłyszałem tylko, że to nie jej wina, że ją kocham i ona nie zrobiła nic złego bo na wszystko się godziłem, a codzienne telefony i smsy były dla mnie bo sam ich chciałem.
Teraz w zasadzie nie rozmawiamy, ale wiąż ze względu na znajomych widujemy się od czasu do czasu. Powoli zaczynam się leczyć z tego wszystkiego. Bolą mnie tylko jej publiczne opowieści jak szuka nowego faceta, ale nie może znaleźć, jak umawia się z innymi, albo jak ostentacyjne traktuje swoich kolegów w sposób w jaki ja byłem traktowany wcześniej. Jest w tym wszystkim pewnie sporo mojej winy, mogłem się nie godzić na pewne rzeczy. Koleżanka powiedziała mi, że byłem za dobry i się mną znudziła. Sam nie wiem. W międzyczasie usłyszałem od znajomych wiele rzeczy, które jeszcze bardziej wskazywały na to, że byłem tylko furtką, pomocą domową i żywym wibratorem. Mam świadomość, że to po prostu nie jest dobra dziewczyna dla mnie, ale jakoś nie umiem sobie wybić jej z głowy.
Jeszcze raz przepraszam za taki elaborat, choć i tak pominąłem masę szczegółów aby nie przeciągać.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta
Pozdrawiam.