Nie będę opowiadać historii całej choroby mojej babci, bo jest tego mnóstwo.
Ogólnie:
Gdy miałam około 15 lat (obecnie mam 20) babcia zaczęła bardzo poważnie chorować i z biegiem miesięcy, lat ta choroba była coraz cięższa. Nie radziłyśmy sobie z mamą fizycznie, psychicznie i finansowo, więc umieściłyśmy ją w prywatnym domu opieki położonym 100 km dalej. Mama odwiedzała ją 1-2 razy w tygodniu, natomiast ja raz na 3-4 miesiące (to zajmowało cały dzień, a ja nie miałam ochoty przez kilka godzin patrzeć na wegetującą babcię). Leżała sobie w takim stanie przez jakieś pół roku (nie reagowała, nie trzymała moczu, nie połykała, nie patrzyła - nic; prawie, że agonia), aż w końcu wczoraj zmarła.
Zmarła, a ja tego nie przeżywam. Nie płaczę, nie jest mi z tego powodu smutno (wręcz się cieszę, bo nie będzie musiała już cierpieć), nie czuję potrzeby żałoby. Złapała mnie tzw. znieczulica.
Czy ze mną coś nie tak? Czy powinnam ,,przeżywać" żałobę mimo tego, że jej po prostu nie czuję? Czy ktoś miał podobną sytuację?
Dodam, że nie jestem zbyt wierząca. Obchodzę święta z tradycji, w kościele pojawiam się rzadko.