iryd napisał/a:Primus: Zacząłbym od tego że...śmierć nie istnieje! Śmierci nie ma, choć nam samym wydaje się zupełnie inaczej
Powodzenia w tworzeniu nowej teorii świata i zbawienia Polski.
Może rzeczywiście napisałem trochę postów niezwiązanych z tematyką forum, być może pewnych rzeczy pisać nie powinienem, ale...co jest niejasnego, dziwnego lub niezrozumiałego w stwierdzeniu: "Śmierć nie istnieje - śmierci nie ma?". Przecież ja nie piszę tu o śmierci naszego ciała Irydzie, ja piszę o trwaniu, o tym że (czy nam się to podoba, czy nie), istniejemy bez początku i końca, innymi słowy - trwamy!
Skoro Irydzie zacząłeś ten temat, to pozwolisz że ja go dokończę (lub skończę
)
Przede wszystkim:
ŚMIERĆ NIE JEST CIEMNOŚCIĄ - JEST ŚWIATŁEM!
Zacząć należy od wyjaśnienia, że wszystkie nasze dotychczasowe wyobrażenia o śmierci, jako stanie w którym bezpowrotnie tracimy naszą energię witalną i popadamy w stan duchowej kontemplacji lub zupełnej nicości, są całkowicie błędne. Śmierć nie jest bowiem utratą naszych sił witalnych, śmiercią naszej pamięci i wspomnień - śmierć jest właśnie czymś zupełnie przeciwnym, jest napełnieniem nas ogromnymi pokładami życiowej energii, tak wielkiej, że bylibyśmy w stanie (mówiąc przykładowo), przenosić góry. Nie oznacza ona również wymazania wspomnień i całkowitej śmierci umysłu. W chwili śmierci naszego fizycznego ciała, napełnia nas taka wiedza (jest ona jednak stopniowana, napływa wolno, falami), że praktycznie już w chwili, w której nasza dusza opuszcza bezwładne ciało, jesteśmy bardziej niż pewni, naszej nieśmiertelności, oraz tego że zawsze będziemy mieli możliwość spotkać naszych żyjących bliskich. Problem polega na tym, że my nie potrafimy już wówczas o tym powiedzieć fizycznie, nie posługujemy się bowiem mową artykułowaną i to często przyprawia nas o stan pewnego rodzaju przygnębienia. Przygnębienie to spowodowane jest przede wszystkim myślą o naszych żyjących bliskich, których musimy pozostawić. Chcielibyśmy im wykrzyknąć: "Słuchajcie ja żyję, czuję się wspaniale. Nie płaczcie za mną, gdyż wkrótce ponownie się spotkamy", tego jednak nie potrafimy.
Jak jednak po kolei wygląda stan opuszczenia ciała przez duszę? Ktoś kiedyś powiedział (choć już nie pamiętam kto): "Życie zaczyna się dopiero po śmierci", i to stwierdzenie jest jak najbardziej prawdziwe. Jak więc wygląda proces opuszczania ciała przez duszę? Zawsze wygląda to tak samo, jakby coś, potężna siła nagle wypchnęła nas z naszego ciała. W chwili naszej śmierci, gdy jesteśmy bardzo chorzy, gdy umieramy w potwornym bólu, spowodowanym chorobą, lub wypadkiem (postrzałem, uderzeniem, pchnięciem ostrym narzędziem, etc.), nasza dusza...nie znosi bólu. W chwili więc, gdy ból staje się nie do wytrzymania, dusza opuszcza (wyskakuje, niczym odpalona torpeda), z ciała. Co ciekawe, dzieje się to...nim jeszcze naprawdę umrzemy. Dusza opuszcza ciało (które strasznie cierpi), nim jeszcze to ciało zdąży "naprawdę umrzeć". Jak to wygląda? Po opuszczeniu ciała przez duszę, ciało nadal żyje, oddycha, mruga, nadal jest ciepłe, choć już powoli stygnie.
Przytoczę pewien przykład starszego mężczyzny, który poddany sesji hipnotycznej, cofnął się do czasu swej poprzedniej śmierci. Doszło do niej, w chwili, gdy ów mężczyzna jechał - jako młoda kobieta, ze swym mężem i przyjaciółmi, dyliżansem przez dzikie prerie Ameryki. Dyliżans został napadnięty przez miejscowych Indian (XIX wiek). Wypuścili oni serię strzał, jedna z nich, przebiła szyję tej młodej kobiety. To co pamiętał ów mężczyzna, to przeszywający ból, nie mógł oddychać, dusił się. Wszędzie była krew, na rękach, na sukni, wszędzie - jej mąż chwycił ją za głowę i próbował podtrzymać, ona/on jednak umierała. Wówczas nastąpiła...eksplozja, choć nic nie wybuchło. To po prostu jej dusza wystrzeliła z ciała, po to, by dłużej nie cierpieć tego przeraźliwego bólu. Nasza dusza ponoć, nie jest większa od główki szpilki, lecz z chwilą opuszczenia ciała - dusza rośnie. Jej ciało jeszcze żyło, jeszcze funkcjonowały podstawowe procesy życiowe, takie jak oddychanie (próbowała oddychać), czy mruganie, a jednak jej już nie było w ciele, nie czuła bólu, czuła - czuła się wspaniale. Chciała powiedzieć o tym swemu mężowi, ale on jej nie słyszał, płakał nad jej wiotkim, martwym ciałem. Ten widok sprawiał jej ogromną przykrość, a widok jej martwego ciała, powodował nastrój żalu, mówił: "Mój Boże, moje biedne ciało, co oni zrobili z moim ciałem?".
Stan, w jakim się znalazła, zaraz po opuszczeniu ciała, podobny był do stanu nieważkości, z tą wszakże różnicą, że nie miała tu żadnych przeszkód w poruszaniu się. Wszystkie materialne przedmioty, które w normalnych warunkach uniemożliwiłyby jej poruszanie się w owym stanie, teraz nie stanowiły przeszkody - dematerializowały się przed nią. Cokolwiek chciała dotknąć, złapać - dematerializowało się. Sprawiało jej to przykrość, gdyż ponownie chciała dotknąć twarzy swego męża, objąć go, powiedzieć mu jak bardzo go kocha i że wkrótce znów się spotkają. Co ciekawe, zawsze po śmierci spotkamy naszych zmarłych wcześniej bliskich - ZAWSZE (jeśli tylko tego zapragniemy) i nie ma tu żadnego znaczenia, że osoba którą widzimy po naszej śmierci...wiedzie już kolejny żywot w innym ciele na Ziemi. Teraz jednak, tuż po wyjściu duszy z ciała, wszystko jest nastawione na to byśmy się uspokoili, odprężyli, byśmy już nie myśleli o tym co przed chwilą nas spotkało. Dlatego też, zaraz po wyjściu z ciała - słyszymy cichutkie, melodyjne dzwonienie, niczym dzwoneczki, które rytmicznie uderzają o siebie, powodując miły dla ucha dźwięk. Jednocześnie "coś", jakaś siła (ta sama, która "wyrzuciła" nas z ciała), lekko nas muska. Przypomina to delikatne poszturchiwanie łokciem, tak jakby chciała powiedzieć: "Spokojnie, nie bój się - pójdź za mną, wszyscy już czekają".
Rzadko kiedy decydujemy się od razu pójść za tą siłą, zresztą nie ma przymusu, możesz zdecydować, czy już chcesz odejść, czy pragniesz jeszcze poczekać - np. do dnia swego pogrzebu. Większość dusz odchodzi dopiero po swoim pogrzebie. Ale jeśli nadal nie chcesz odejść do świata, który na ciebie czeka, nie musisz, jak powiedziałem - nie ma przymusu. Niektóre dusze decydują się pozostać na Ziemi, sądząc że czegoś jeszcze nie dokończyły. Pragną też pomagać swym najbliższym, których tak nagle opuścili. Jakiś czas pozostają więc na Ziemi, jako tzw. "duchy", ale z duchami wykreowanymi w filmach Hollywoodu nie mają one wiele wspólnego. Wcześniej czy później muszą wrócić, odbywa się to jednak poprzez wysłanie do takiej "zabłąkanej" na Ziemi duszy jego osobistego Przewodnika, który przekona go że jego dalszy pobyt w tym świecie nie ma sensu - że wszystko czym się tak zamartwia, ułoży się, rodzina poradzi sobie i choć pozostanie on w ich pamięci - zaczną nowe, dobre życie. "Pójdź zaprowadzę cię do Domu" - padnie stwierdzenie. Nasz Duchowy Przewodnik, czyli nasz Opiekun uspokaja nas i pomaga wrócić. Z reguły jednak dusze odchodzą "same" (teoretycznie same, w rzeczywistości przez cały czas, zarówno w ciągu naszego życia, jak i zaraz po śmierci - nigdy nie jesteśmy sami).
Czas dla duszy nie istnieje, to co dla innych jest dniami, czy tygodniami - dla nas po śmierci jest zaledwie chwilką, dlatego też czas od chwili śmierci do naszego pogrzebu - mija błyskawicznie, choć przecież normalnie musiały upłynąć dni, a niekiedy tygodnie. Dusze lubią bowiem brać udział w swoim pogrzebie (nie wszystkie - te "starsze", bardziej rozwinięte wracają natychmiast"), dzień pogrzebu jest jednak z reguły ostatnim, jaki spędzają na Ziemi, w otoczeniu swych żyjących bliskich. Gdy jesteśmy gotowi - możemy odejść. Wówczas widzimy nad sobą (lub w jakiejś odległości - nie ma to znaczenia), potężne światło (to światło pojawia się też zaraz po naszej śmierci, ale to my decydujemy czy jesteśmy już gotowi przez nie przejść). Wchodzimy (a raczej wpływamy), w to światło - zaczyna robić się ciemniej. Tam, gdzie dotąd było jasno, teraz jest trochę ciemniej, tak jakby bardziej szaro - ale wówczas już jesteśmy w tunelu. Na jego końcu znajduje się potężny krąg światła, coraz bardziej rozświetlający tunel (choć wydaje się nam, że jesteśmy sami w tej naszej drodze - cały czas nasze przejście śledzą "Anioły" w tym nasz Duchowy Opiekun). Gdy wypływamy z tego tunelu, nasz umysł zapełnia wiedza, wiedza o której nie mieliśmy pojęcia wcześniej, żyjąc na Ziemi. Prócz wiedzy, słyszymy myśli - setki, tysiące, miliardy myśli (a każdą i tak słyszymy indywidualnie), myśli pełne Braterstwa, Empatii, Troski, Miłości, a także...zrozumienia nas samych, tego kim jesteśmy, kim byliśmy oraz jak tu trafiliśmy.
Następny widok, jaki nam się ukazuje, po wyjściu z tunelu - to są chmury (ale nie przypominają one naszych ziemskich chmur). Płyniemy przez nie dalej. Widzimy półprzezroczyste, warstwowe poziomy światła - wszystkie są odmianami białego (są jasnobiałe i ciemno białe). Muzyka, którą słyszeliśmy od momentu naszej śmierci, staje się lepiej słyszalna, jest relaksująca, przyjemna, uspokaja. Kolory wciąż jeszcze są takie same (różne odcienie bieli - jaśniejsze i ciemniejsze), dopiero gdy, przepłyniemy już przez te pieniste chmury, przed naszymi oczyma pojawia się...widok nieopisanego piękna, wspaniałości wszelkich kolorów i barw.
W naszych pojęciach, przekazanych nam przez religię, tradycję i utwierdzonych w rodzinie i społeczeństwie, pojawia się rozróżnienie - podział na "Niebo" i "Piekło". Do tego drugiego, mają udawać się (lub są wciągani przez złe istoty, zwane diabłami), ludzie, którzy wiedli niegodziwe i pełne zła i okrucieństwa życie. Czy jest możliwe, by tacy ludzie również dostąpili tego o czym piszę? Jeśli widzimy mordercę, który popełnia przerażające zbrodnie, zabija z zimną krwią, z uśmiechem na ustach - często nie mamy wątpliwości, co może go spotkać po śmierci. Ale czy miejsce wiecznych cierpień - takie jak Piekło, rzeczywiście istnieje? Owszem, miejsce przypominające piekło - istnieje, my tam jednak nie trafiamy, nie możemy tam trafić. Zresztą, jak już pisałem - po śmierci ciała, cierpienie się kończy. Ale jak to jest możliwe, że wszystkie dusze, które za życia wiodły różne żywoty - jednakowo mogą powrócić do miejsca które opisuję (staram się nie pisać "Niebo" - gdyż to miejsce nie przypomina znanego nam z przekazów biblijnych - Nieba).
Do Piekła po śmierci trafić nie możemy, cierpienie po śmierci nie istnieje - gdzie więc tu sprawiedliwość, dlaczego ci, którzy dopuszczali się czynów okrutnych i złych, mogą na równi wejść do "Królestwa Bożego". Tak właśnie jest, ale...nie myślcie sobie że tacy ludzie (czy też takie dusze), które mają wiele zła na sumieniu, są traktowane tak, jak inne. Tak nie jest, choć wszystko co opisałem do tej pory odbywa się tak samo dla wszystkich. Sytuacja jednak wygląda inaczej, już po przejściu do tego cudownego miejsca, które zaraz opiszę. Jak już pisałem, po śmierci dusza nie cierpi, ale...pozbawiona jest też przyjemności (które opiszę), dostępnych dla innych. Na "Tamtym Świecie", nikt ją nie wita, ani rodzice, ani znajomi - nikt - płynie bezpośrednio do miejsca swego przeznaczenia, gdzie już ją oczekują. Co jest tym miejscem? A to różnie, w zależności od naszych ulubionych na Ziemi miejsc, tam gdzie zawsze czuliśmy się szczęśliwi, gdzie było nam dobrze - dla jednych może to być...plaża pod palmami nad brzegiem morza, dla innych górska leśniczówka, lub ulubiony bar. To, gdzie zawsze czuliśmy się dobrze (nawet dusze, które dopuściły się za życia wielkiego zła, nie są pozbawiane przyjemnych wrażeń, z pamięci swego poprzedniego życia).
Ale na tym przyjemność się kończy. A co nas tam czeka? Cóż...bardzo trudna rozmowa. Ktoś powie to wszystko, nic więcej - za takie zbrodnie popełnione na Ziemi? To aż nadto, dusza, która w swym życiu dopuściła się zła, przez długi czas swego pobytu pozbawiona jest kontaktu z innymi duszami, swymi przyjaciółmi, rodziną, znajomymi, czas spędza tylko i wyłącznie w otoczeniu swego Opiekuna. Na początku więc, czeka ją "niemiła rozmowa" (niemiła w cudzysłowie, gdyż nie jest ona ani obraźliwa, ani upokarzająca, ani gwałtowna). My sami wiemy, udając się na to spotkanie, że przysłowiowo "daliśmy plamę" na całej linii, nie boimy się (dusze nie odczuwają strachu), ale ogarnia nas uczucie...żalu, że zmarnowaliśmy sobie życie, jednocześnie tracąc czas. Gdy przybywamy do naszego ulubionego miejsca (po prostu tam płyniemy - ściągani przez Opiekuna), możemy zastać naszego Przewodnika w różnych sytuacjach, jak już wspomniałem - jeśli to jest plaża po palmami, może być on w...hawajskiej koszuli z łopatką w ręku budując zamek z piasku (lub w bikini kąpiącą się w morzu), możemy go spotkać w naszym ulubionym barze (za życia), siedzącego nad szklaneczką whisky i czytającego gazetę, w oczekiwaniu na nas (w zależności od tego, gdzie najlepiej czuliśmy się za życia). To nie są żarty - to wszystko ma nam pomóc, uspokoić i pozwolić nam się otworzyć.
Jak już powiedziałem, tam nie ma krytyki naszych postaw, nie ma upokarzania i obraźliwych sformułowań - choć mimo to rozmowa jest bardzo ciężka. Przede wszystkim dlatego, że my sami wiemy że popełniliśmy duży błąd (a głównie że straciliśmy mnóstwo niepotrzebnego czasu, zamiast się rozwijać - staliśmy w miejscu). Takie spotkanie może więc zacząć się od pytania naszego Opiekuna: "Słuchaj, kiepsko to wyszło. Opowiedz mi o swoim życiu". Nasz Przewodnik i tak wie o nas wszystko, zna nas lepiej niż my sami siebie znamy, nic się przed nim nie ukryje, nawet największa drobnostka. Mimo to, to On (lub Ona - co ciekawe po śmierci płciowość również odgrywa dość ważną rolę - choć już nie tak istotną jak na Ziemi), prosi nas byśmy to my, opowiedzieli mu o swoim życiu. Gdy to zrobimy, może paść pytanie: "Co chciałbyś zmienić w swym życiu, gdzie dostrzegasz błędy". Rozmowa taka trwa praktycznie przez cały czas pobytu tej "złej" (za życia), duszy na "Tamtym Świecie". Przez ten czas nie robi ona nic innego, tylko stara się zrozumień swoje błędy i wyciągnąć z nich konsekwencje. Wreszcie sama dochodzi do przekonania że musi doświadczyć tego samego, czym wcześniej obdarzała innych. Dopiero wówczas wybiera sobie nowe ciało i "przybywa" (ponownie się rodząc), na Ziemię.
To nie jest przymus, my sami widzimy, jakie pokłady negatywnej energii wytworzyliśmy za życia, musimy ją teraz...zebrać. Dlatego też ci, którzy np. za życia maltretowali kobiety, bili je, gwałcili, mordowali dla kaprysu, lub dla tzw.: "zemsty rodowej", którzy kobiety potwornie okaleczali, dla zasad wyznawanej przez siebie religii. Co ciekawe, Opiekunowie wykazują pewien rodzaj zrozumienia, w sytuacji gdy podeprzemy się właśnie wychowaniem, w takiej czy innej kulturze, ale mogą zapytać: "Wiec to ona cię zdeprawowała?", jednak, jeślibyśmy chcieli cokolwiek zmyślić, okłamać - nie mamy szans, Opiekunowie i tak znają nas lepiej. Gdy jednak będziemy wykręcać się tylko wpojonymi nam przekazami religijno-społecznymi, Opiekun może spytać: "Dlaczego nie wejrzałeś w głąb siebie. Posiadasz przecież poczucie umiaru, wstrzemięźliwości i odpowiedzialności - ty jednak je zignorowałeś". Często może paść pytanie ze strony owej duszy: "A co ty zrobiłeś/aś, dlaczego mi nie pomogłeś/aś, gdy tego potrzebowałem, dlaczego cię nie było, gdy zło wzięło nade mną górę?", odpowiedź z reguły bywa zbliżona do: "Jeśli ciągle będę cię prowadzić - do czego zamierzasz sam dojść?", następne pytania (przykładowe), Opiekuna mogą brzmieć: "Co według ciebie, jest w tobie najważniejsze?", "Czego pragniesz w życiu?", "Pragniesz podziwu, współczucia innych - dlatego ich krzywdziłeś? To nie było godne ciebie"
Gdy jesteś już pewien że nadeszła właściwa pora - wybierasz sobie swoje nowe życie, takie, jakie wcześniej prześladowałeś. Przykładowo, jeśli gwałciłeś i mordowałeś kobiety - kolejny twój żywot, spędzisz w miejscu na Ziemi, gdzie kobiety są okaleczane i upokarzane. Musisz "Zebrać plon, który sam zasiałeś" - jak mówił Jezus Chrystus. Jednak to ty o tym decydujesz, nikt ci niczego nie nakazuje, nie wybiera za ciebie nowego życia - ty, dysponując swoją Wolną Wolą, decydujesz jak chcesz się zmienić. Tak wygląda "piekło", dla tych dusz, które za życia dopuściły się okrutnych i złych czynów - to jest ich "Katharsis" (Oczyszczenie). Podobnie wygląda sytuacja z duszami, które "uciekły z Ziemi", uciekły ze swojego życia, wybierając samobójstwo. I jedni i drudzy są pozbawieni na "Tamtym Świecie", towarzystwa swych przyjaciół i rodziny. Spędzają ten czas jedynie w towarzystwie swego Opiekuna, po to by wspólnie dojść do przekonania co zmienić w kolejnym życiu, by zrównoważyć negatywną energię, powstałą na skutek zła przez nas popełnianego, lub samobójstwa. Dlatego też większość światowych religii, a szczególnie Chrześcijaństwo, głosi, że za odebranie sobie życia - czeka nas piekło. "Piekło" wygląda właśnie tak, jak wyżej opisałem.