Witam!
Kiedyś w dawnych czasach jak zawaliłam studia zostałam stewardessą, jednak wróciłam zaocznie na geografię. Wtedy poznałam jego, mojego obecnego męża. Był starszy, już pracowała sam się utrzymywał, chociaż mieszkał z rodzicami. Po 3 latach znajomości mi się oświadczył. Kochałam go ale jeszcze bardziej imponowało mi to, że zarabia, że będziemy mieszkać z jego rodzicami i ja nie będę musiała się wysilać na razie żeby dorabiać. Ani nic w domu nie będę robić. Bo wszystko robiła teściowa ona dalej traktowała go jak małego synka prała, gotowała, przy okazji wyręczyła mnie. Także on pracował, często go nie było, a ja miałam totalne fory. Wracałam kiedy chciałam, bawiłam się w klubach. Jednak po 2 latach małżeństwa zaszłam w ciąże nie planowaliśmy tego. I on się denerwował, ze za wcześnie, że teraz powinnam się skupić na karierze, że przecież studiuje. Ale w gruncie rzeczy ja się cieszyłam, i on też. Kazał mi od razu zrezygnować z latania, bo to dziecku szkodzi, a on przecież zarabia i nas utrzyma. Tak więc przez rok tylko zostały mi studia i morze wolnego czasu. Miałam fajne życie. Jak urodziłam córkę, to praktycznie on cały czas był w pracy. Ale teściowa bardzo chętnie zajmowała się dzieckiem. I tak w ogóle ja ciągle chodziłam na wykłady, studia, wyjazdy, praktyki, kluby. Ale odnosiłam wrażenie, że teściowa jest zadowolona z takiego obiegu sytuacji, że ma małe dziecko. Po roku już zdecydowaliśmy się na drugie. A on awansował i miał wyjazd za granicę. Z gwarancją mieszkania i dużej pensji. Po skończeniu studiów dołączyłam do niego, 2 córka urodziła się za granicą. Wszystko fajne ale ja zupełnie nie umiałam się tam odnaleźć. W roli żony, matki i gospodyni domowej. Jego nie było ciągle, kłóciliśmy się. Ja nie chciałam się zajmować domem. I wtedy powiedziałam, że rozwód i ja wracam. On żeby mnie zatrzymać wynajął opiekunkę dla dziewczynek, a mnie załatwił pracę w pewnym urzędzie. Byliśmy za granicą 5 lat. Dorobiliśmy się dużo. Jak wróciliśmy do kraju on awansował coraz wyżej, ja też nie miałam problemów z pracą. Ale w miarę jak się wzbogacaliśmy zaczęło nam odbijać, teraz to widzę.. Trochę wyszło tak, że nasze córki robiły to co uważały. Bo nikt ich nie dopilnowywał. Ja przyznam szczerze dorobiłam się trochę kosztem męża. Trochę mi głupio bo pozowałam na spokojną kobietę a była taką. A w każdym razie. Jak byliśmy już naprawdę ustawieni, a dziewczynki na studiach za granicą. Coś między nami poszło nie tak. Ja zaczęłam go podejrzewać o romans. Co okazało się nieprawdą. Po prostu ktoś chciał nas skłócić. I wtedy po takim zawirowaniu. On zaproponował mi niewiarygodne wyjście. Otóż: dziecko. Powiedział, że cieszy się z córek ale chciałby mieć jeszcze syna. Nie byłam już młoda, dziecko byłoby wyzwaniem. Tym bardziej, że on nie chciał in vitro. Tylko sposób naturalny. Ale dobrze poszliśmy do klinki najlepszej zrobiliśmy badania. I lekarze zaczęli nas przygotowywać. 2 razy się nie udało. Ciąże były nie do utrzymania. Potem była separacja. I właśnie gdy zaczęłam myśleć o rozwodzie, nie mieszkaliśmy razem, nie było zaplanowane. Właśnie wtedy po jednym razie. Się udało. Powiedziałam mu a on wtedy wątpił w swoje ojcostwo. Oczywiście w głębi był pewnie ale chciał mnie sprawdzić. Ostatecznie zamieszkaliśmy razem a ja byłam pod kontrolną, wszytko dla dobra dziecka. Na nieszczęście, że chciałam urodzić w zagranicznej klinice. Bo w tym wieku bardzo trudno o zdrowe dziecko. A tam oferowali najwyższe standardy. I tam straciłam właśnie straciłam dziecko. On niewiarygodnie był zły. Przyjechał, powiedział jak wszedł: znowu straciłaś dziecko! Mojego syna! Uważał, że to prze zemnie. Chciałam go zostawić, ale on miał zaraz znowu awansować i byłam zmuszona go wspierać. Ja jeszcze potem przemyślałam i bardzo chciałam ratować nasze małżeństwo, ale on jet takim typem, że z nim się nie da. Wyniosłam się za granicę i tam prowadzę interesy już nie potrzebuję jego wsparcia, więc zaproponowałam rozwód, ale tak to się ma do życia. Że separacja i owszem ale rozwodu mi nigdy nie da. I teraz kiedy ja mam dość, on za wszelką cenę walczy żebym wróciła, a jest zdolny do wielu posunięć, Nie chcę żeby za mnie kto inny obrywał. Czy żeby coś się miało stać. Mimo wszystko nie chcę też jego skrzywdzić, czy żeby prze zemnie płakał. Ale nie mam zupełnie pomysłu na : wilk syty i owca cała. Myślę że interesy zdobywanie pieniędzy to mała rzecz w porównaniu ze sztuką ułożenia sobie życia prywatnego. Ciężko mi bardzo po alni pieniądze ani władza ani żadne wpływy nie rozwiążą problemu. Ja w ogóle nie wiem czy ten problem można rozwiązać. Zaczęłam się leczyć, chodzić na terapię bo czasem nie daję rady bez wsparcia. Ale ciągle zastanawiam się jak do tego wszystkiego doszło?
Przepraszam, za mój chyba słaby i dość chaotyczny j.polski.