Moi rodzice są rozwiedzeni. Mieszkam od ok. 8 lat z mamą i jest nam samym dobrze. Mój ojciec jest alkoholikiem, a do tego ma (niezdiagnozowane) zaburzenia psychiczne. Myślę, że nie chcę go znać, ale z drugiej strony czuję, że nie mogę go do końca odtrącić mimo wszystkich krzywd, bo jest to mój ojciec. Kontakt z nim ograniczam do minimum, ale problemem jest to, że on mieszka ze swoją mamą, moją ukochaną babcią, którą staram się odwiedzać jak najczęściej (póki nie wyjadę do innego miasta). Zatem jestem zdana na jego towarzystwo.
Jest on nieudacznikiem, ale sam sobie zapracował na takie beznadziejne życie. Jest wykorzystywany w pracy, zarabia bardzo mało, jest zrezygnowany, pije, babci nie pomaga - znęca się nad nią psychicznie, nie potrafię mu spojrzeć w oczy. Rozmawiam z nim z musu, by wiedział co się mniej więcej u mnie dzieje - dla świętego spokoju mojej babci, bo gdy on nie wie co u mnie to wini ją za to, że ona nakręca go przeciw mnie. Obrzydza mnie on i myślę, że mimo, że nigdy nie wydarzyła się jakaś jednoznaczna sytuacja (poza ogólnie niesmacznymi żarcikami, których nie powinien nigdy był wypowiadać w mojej obecności), to przez niego mam problemy ze zbliżeniem z moim chłopakiem.
Czuję się wykończona jego ciągłą obecnością w moim życiu, kiedy jestem u babci i widzę go to serce mi wali jak szalone. Boję się krzyku, kłótni, awantury. Wiele razy myślałam, że żałuję, że on wciąż żyje, ale potem karciłam się, bo to przecież mój ojciec i ma wiele problemów i powinnam mu współczuć. Ostatnio powiedział, że chyba się zabije i to mnie dotknęło. Boję się, że jak babci już nie będzie to on stoczy się całkowicie...
Przez tą moją chorą sytuację w rodzinie nienawidzę świąt. Z każdym rokiem jest coraz gorzej i marzę o tym by od tego człowieka się uwolnić. Ale ze względu na babcię spędzamy święta razem - babcia, mama, ja, ojciec... Kiedy widzę te wszystkie ozdoby świąteczne, prezenty to mnie po prostu skręca. Jak pomyślę, że w wigilię muszę spojrzeć mu w oczy to mnie skręca. Mama zawsze jest przy nim żałosna, głupia i sztuczna, to dla dobra nas wszystkich - rozmawia z nim i odpowiada na głupie teksty, by nie było awantury.
Czy ja się kiedykolwiek od tego uwolnię?
Czy takie problemy rodzinne powinnam omówić z psychologiem?
Czy do końca życia to będzie we mnie siedziało?