Witam.
Powiem szczerze, zarejestrowałem się tutaj, bo nie wiem komu mogę to wszystko powiedzieć. Nie mogę iść do przyjaciół, bo jest mi strasznie wstyd. Do rodziny też nie, z tego samego powodu co poprzednio. Może opiszę jak to wygląda.
Mam 25 lat, a od kilku jakichś 2 lat pracuję w pewnym miejscu. To tam poznałem ją. Dla mnie ideał. Wysoka, szczupła, a do tego inteligentna, z poczuciem humoru. Rozumiemy się bez słów, wystarczy tylko spojrzenie. Jest jednak jeden wielki problem (a ostatnio i drugi) - ma narzeczonego.
Jak to się wszystko zaczęło? Raz na imprezie pracowniczej, przełamałem się i powiedziałem co do niej czuję. Ona na początku stwierdziła, że to pewnie przez alkohol itd. ale w jej oczach widziałem wtedy iskrę. Na drugi dzień spotkaliśmy się żeby pogadać o tym co się stało. Starał się mnie jakoś przekonać, że to nie ma sensu, że ona jest starsza, że ma narzeczonego itd. Nie dawałem za wygraną i stało się... Zaczęliśmy romans. Pierwszy pocałunek to było jak uderzenie obuchem w głowę. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Może przez to, że czekałem na to prawie pół roku, że o tym śniłem. Można powiedzieć, że ją zdobywałem ale zawsze, gdzieś tam z tyłu widziałem jego. Poznałem go jeszcze wcześniej, na jakiejś imprezie u nich w domu. Moje uczucia były mieszane, ale jak się okazało, to nie było to tylko moje zdanie. Ale nie o tym. Jej narzeczony co jakiś czas wyjeżdża na kilka tygodni służbowo i te okresy były najlepsze. Oczywiście męczyło mnie to ukrywanie się, te potajemne spotkania ale ciężko było mi zerwać z nią kontakt. Dwa razy próbowaliśmy ale zawsze "wracaliśmy do siebie". Odwołali ślub który mieli zaplanowany, czemu? Podobno nie mogli się dogadać o salę - ja słyszałem coś innego...
Od jakiegoś jednak czasu nic się między nami nie działo i nawet przyzwyczaiłem się do tego. Myślałem, że mi przechodzi, że już mnie tak nie pociąga ale myliłem się. Od tych dwóch lat czułem i czuje ciągle to samo. Od pewnego momentu zauważyłem również, że zaczyna rozglądać się za dziećmi, że często mówi o nich. Spodziewałem się, że w pewnym momencie to się stanie, ale gdzieś tam w głębi oszukiwałem się. Kulminacją jej potrzeby bycia mamą była sytuacja, kiedy była w szpitalu i leżała zaraz koło patologii ciąży i noworodków. Widziałem to ale łudziłem się. Niedawno stało się to czego się najbardziej obawiałem - zaszła w ciążę. Widzę, że jest szczęśliwa i mnie to też cieszy, bo wiem, że tego chciała. Podczas spotkania mówiła, że bała mi się powiedzieć. Czemu? Nie wiem. Od tamtego spotkania (3 dni) widzieliśmy się raz. Powiedziałem jej co teraz czuje, powiedziałem, że zawsze może na mnie liczyć i zawsze gdzieś tam będę, bo nie tylko ją pokochałem ale była/jest moim przyjacielem. Od niej usłyszałem, że zawsze będę jej bliski i będzie o mnie pamiętać. Z tym, że tak naprawdę czuje się jakbym dostał kopa. Mimo, iż zdawałem sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, że to tylko układ, to boli mnie to strasznie. Jako facet nie powinienem tego pisać, ale zabolało mnie to aż tak bardzo, że później w domu popłakałem się. Dziecko to jest już duża sprawa i ja nie mam zamiaru tkwić w czymś (nawet gdyby ona chciała), co nie ma sensu. Wiem, że powinienem zapomnieć, zerwać kontakt ale nie potrafię. Jest mi za bliska. Widziałem też po niej, że nie jest jej łatwo, długo milczała (co nie jest normalne).
Drogie Panie powiedzcie mi co ja mam zrobić? Jak to przetrwać, bo od tamtego dnia nie ma chwili żebym o tym nie myślał. Do tego widujemy się w pracy prawie codziennie (na szczęście ma zamiar iść na L4). Gdy na nią patrzę to aż mnie serce boli i chce mi się płakać. Wiem, że pierwsze dni są najcięższe ale nie mogę sobie z tym poradzić. Z nią było ciężko, bez niej jeszcze ciężej, nawet w takiej formie spotkań jak kiedyś... Czuje, że straciłem TĄ kobietę...