Zakładam swój wątek bo pilnie potrzebuję jakiejś porady albo wsparcia.
Byłam z chłopakiem 1,5 roku. Z początku była to miłość dziecinna, naiwna, piękna. Potem coraz dojrzalsza, coraz więcej kłótni, zaczęliśmy przeglądać na oczy że może jednak do siebie nie pasujemy? Ale wiem na pewno że kochamy się bardzo mocno. Zaczęliśmy myśleć poważnie o swojej wspólnej przyszłości, miała to być miłość "na zawsze", tak jak jego rodziców, którzy nieprzerwanie są ze sobą od jakichś 25 lat, od samego liceum... I oboje w siebie wierzyliśmy. Zawsze dawałam mu 100% z siebie, to ja się poświęcałam, inicjowałam spotkania, oddałam mu całe swoje serce, a on odwdzięczał się cichym, stabilnym uczuciem, lojalnością, szczerością, wsparciem i przyjaźnią...
Zawsze byliśmy jak papużki nierozłączki, chociaż nie zawsze szczęśliwi, było dużo wzlotów i upadków. Kilka kłótni kończyło się zerwaniem jednak zawsze po kilku dniach do siebie wracaliśmy, głównie z mojej inicjatywy. Mój najukochańszy ma bardzo trudny charakter. Jest niesamowicie zamknięty w sobie, kamufluje wszystkie emocje, nie mówi mi o swoich uczuciach, muszę się ich dopatrywać w gestach. Jest też niepoprawnym perfekcjonistą. Ma ogromną męską dumę, która idzie w parze z tym, że nigdy nie mówi o tym że go zraniłam, po kłótniach zawsze mówił "rób co chcesz, droga wolna", chociaż wiem że nie chciałby, abym odeszła. Przez ten jego perfekcjonizm, każda najmniejsza porażka kończy się depresją, co najmniej miesięcznym dołkiem.
I niestety w ostatnim czasie doświadczał tego dołku wyjątkowo intensywnie. Co spowodowało kryzys w naszym związku. Żadnego uczucia, żadnych spotkań. On zawsze mnie odtrąca kiedy miewa te swoje kryzysy z samym sobą, zawsze mówi że sam sobie poradzi i nie chce mnie w to wciągać (ALE NIGDY SOBIE Z ŻADNYM NIE PORADZIŁ). A im bardziej staram się mu pomóc, tym bardziej mnie odrzuca. Może byłam ostatnio trochę nachalna, ale on zażyczył sobie przerwy od związku żeby "ułożyć sobie życie". Potem był ciąg nieporozumień, bardzo poważnych ale nie będę ich teraz opisywać. W każdym razie zakończyło się to kolejną ostrą kłótnią, powiedzieliśmy sobie mnóstwo przykrych słów. O wiele za dużo. Dodam że przez jakieś 2 miesiące cały czas był kryzys i ta "niby-przerwa". Nasza kłótnia zakończyła się zerwaniem. Zawsze pierwsza go przepraszałam (on NIGDY nie mówi przepraszam, ale widzę zawsze w jego oczach ból, że mnie zranił, że żałuje... to brzmi trochę dziecinnie ale na prawdę jego oczy to odzwierciedlenie duszy), więc i tym razem chciałam wszystko naprawić, jednak on powiedział że to już definitywny koniec, że go zraniłam, że wie że on tez mnie zranił, ale że nie ma do czego wracać. On nie pierwszy raz powiedział takie rzeczy.
Ale ja wiem że on w głębi nie jest zdecydowany, że mnie kocha... Oczywiście po tym zerwaniu napisaliśmy sobie jeszcze kilka przykrych smsów, ostatni był z jego strony i brzmiał mniej więcej abym się odczepiła i zajęła swoim życiem.
Sytuacja wygląda teraz poważnie a ja nigdy nie pogodzę się z tym zerwaniem i wciąż mam nadzieję na powrót. Wiem że ten zwiazek nadal ma jakieś malutkie szanse... Nie wiem tylko czy mam mu teraz dać spokój żeby sobie ułożył wszystko i zaczekać aż czas wyleczy rany?
Czy znowu się do niego odezwać i spróbować na spokojnie porozmawiać? To się wydaje oczywiste że powinnam dać mu spokój a co będzie to będzie, ale ja nie wytrzymam z myślą że przez taką przerwę, przez nieporozumienia nasze uczucie może się coraz bardziej zniszczyć... Dodam że teraz spokojna rozmowa nie wchodzi w grę, nie możemy sobie nic wytłumaczyć bo on odciął się ode mnie... Ten post jest już całkowicie wyprany z emocji bo całymi dniami płaczę i nie wstaję z łóżka, teraz mam chwilę kiedy mogę obiektywnie wszystko opisać...