hej,
wcześniej pisałam o moich problemach z moim chłopakiem... o tym, że jak sie napije na próbie zespołu czy coś to nie wraca do domu, nie odbiera tel albo odbiera i mówi, że idzie spać gdzieśtam i że o co mi chodzi... ostatnia taka akcja miała miejsce 2 tyg temu - potem oczywiście mnie przepraszał, odbyliśmy mega długą rozmowę, w której mówił, że ma doła przez prace, że go nudzi, że to dlatego pije a nie pije w domu bo ja się czepiam wtedy... ustaliliśmy, że będziemy jednak próbować rozwiązywać jego problemy wspólnie.
przedwczoraj jechaliśmy rano do pracy, wieczorem miał mieć próbę. mówię mu: "tylko mi nie powiedz wieczorem, że ci się samochód popsuł bo dziwnym trafem zawsze się psuje, kiedy masz próbę..." a on "no co ty, jasne, nie popsuje się chyba" "okej, bo ja chce iść do klubu na chwilkę to być mnie zgarnął wracając do domu" "ok". (z samochodem chodzi o to, że kiedy ma nim wracać po próbie to nie pije.. a jak się popsuje to pije na umór)
godz 17 z hakiem, dzwoni - mówi, że wykrakałam, że samochód się popsuł. ja zrezygnowana zapytałam tylko czy wraca dzisiaj do domu a on obruszony, że jasne bo niby gdzie indziej ma wracać? pod most?
spoko... zrobiłam zakupy, posprzątałam w domu, ogarnęłam się i poszłam spotkać z koleżanką w klubie.
o północy zaniepokoiłam się trochę, że on nie daje nic a nic znać więc zadzwoniłam. rozmowa wyglądała tak: ja: "hej" on: "no hej" "co tam?" "spoczko, a u ciebie?" "no spoczko.." "gdzie jestes?" "no, w klubie" "aha, to ja ide dzisiaj do s. spać"....
więc ja mówię, że kurde nie, umawialiśmy się na coś, rozmawialiśmy o tym nie dalej jak 2 tygodnie temu do cholery, że czemu to robi? że proszę, żeby wrócił. nie było opcji. więc powiedziałam tylko, że po prostu albo wraca do domu albo to koniec. powiedział "tak? no to spoko, to niech to będzie koniec". i tyle....
spakowałam się, wzięłam z domu wszystko prawie włącznie z naszymi dwoma kotami i wyniosłam się do mamy mimo, że mieszkanie w którym mieszkaliśmy jest moje... ale nie potrafiłam tam zostać....
rano nie dałam rady iść do pracy. na dodatek ze stresu zaczęłam mieć standardwowe problemy z żołądkiem - wymioty, bóle. masakra totalna....
ok 13 napisał do mojej najlepszej przyjaciółki czy ze mną gadała i czy wszystko jest okej. odpisała mu, że jak chce wiedzieć to niech sam do mnie zadzwoni. nie odpisał jej ani nie zadzwonił...
napisał mi sms "dziubku czy to naprawde koniec koniec? czy ty tego chcesz?". nic nie odpisalam...
po jakichs 2 godz napisal mi "ja czekam na twój ruch ty czekasz na mój ruch. dla mnie to bez sensu"... wiec mu napisałam "w kółko jest to samo. nasze ustalenia nie przynoszą żadnych skutków. czy masz pomysł co dalej?" on na to "ja czekam na twój ruch. widocznie za mało od ciebie czuje. i tak w ogóle to smutno...." więc ja na to "wczoraj w nocy ja czekałam na twój ruch i wybrałeś, że to ma być koniec więc o czymm ja mam teraz decydować?" a on "ja z kolei pamiętaj, że to ty powiedziałaś, że to koniec ale hgw. nie martw się o mnie bo nie ma o co"
.... jestem załamana.
jeszcze w weekend zabrał mnie na zlot całej jego rodziny, w niedzielę siedzieliśmy u moich rodziców i wielka miłość. jeszcze rano w poniedziałek - wielka miłość. a w poniedziałek już chlanie z kolegą i "koniec? no to spoko".
ciężko byłoby mi mu w ogóle przebaczyć gdyby nawet przyjechał pod mój dom z kwiatami i błagał a on nie dość, że tego nie robi to jeszcze pisze, że "za mało ode mnie czuje" ?????????
serce mi pęka bo wiem, że to w 90% przez alkohol. wiem, że on nie pójdzie się leczyć. wiem, że nic z tego nie będzie. ale tak bardzo chciałabym wyciągnąć tą część jego, kiedy jest trzeźwy. tego kochanego, dbającego o mnie chłopaka...
a wiem, że się nie da.
nie odzywam się do niego. bo po co? on i tak rzeczywistość widzi wykrzywioną - według niego to ja go rzuciłam i to jeszcze pewno bez powodu... ale tak strasznie tęsknie do tych dobrych chwil... u rodziców śpię w łóżku, w którym jeszcze w niedzielę spaliśmy razem. w łóżku do którego rano przynosił mi herbatę. w łóżku, w którym budził mnie pocałunkami.
czy naprawdę można być dr. jekylem i mr. hydem jak on?! aż mi się nie chce w to wierzyć...
na dodatek dzisiaj w nocy obudziłam się po najgorszym śnie w życiu chyba. wcześniej gadałam o moim chłopaku z moim ojczymem - alkoholikiem, który się leczył w AA ale niedawno znowu zaczął pić i on zaczął mi mówić o szansach na to, żeby ktoś w ogóle zaczął się leczyć kiedy jeszcze nie stracił pracy, rodziny, dzieci... i o tym, że nawet jeżeli jakimś cudem zacznie to jaki procent ludzi przestaje pić na zawsze...
i przyśniło mi się, że mój chłopak był narkomanem... że siedziałam z nim w jakimś brudnym, zaszczanym, ciemnym pokoju. on leżał na jakimś materacu i dawał sobie w żyłę... i że potem cały się obsikał, że leżał w jakichś wymiocinach... koszmar. nie mogę się pozbyć tej wizji...
nie chcę z nim zostać, bo wiem, że mnie zatruwa. wiem, że im prędzej wyleczę się z tej toksycznej miłości tym lepiej dla mnie...
ale nie chcę też opuścić go kiedy istnieje jakiś promil chociaż szansy na to, że mogę mu pomóc w decyzji o leczeniu... niewielka to szansa a jednak...
nie wiem co mam robić. nie wiem jak znieść to, że on tak się zmienia w cyborga bez uczuć po alkoholu. nie wiem jak wytrzymać, że potrafi się nie odzywać teraz. że mnie przetrzymuje - kto się pierwszy złamie... nie mogę normalnie żyć z myślą, że być może jego miłość do mnie nie wystarczy? bo jego miłość jest taka właśnie - toksyczna...
chcę zrobić wszystko, żeby to uratować. ale nie wiem sama po co. nie wiem po co tęsknię skoro wcale nie byłam szczęśliwa. nie wiem co mam zrobić, w którą stronę pójść, na co się w życiu zdecydować...
pomocy....