Witam..jestem tutaj nowa
Mam nadzieje,ze ktos z was bedzie wiedział jak temu zaradzic.. moze zaczne od początku..Wybaczcie,ze bedzie to długie ale musze wam zakreslic chociaz obraz tez neszego zycia przed zwiazkiem..z gory wam bardzo dziekuje!
Mój narzeczony ma 23 lata ja 21. Poznalismy sie w trudnych okresach naszego zycia, jego zostawiła dziewczyna i przezywał chorobe swojego ojca [ wiedział,ze jego dni sa policzone ] po stracie waznej dla niego dziewczyny,wpadł w depresje,zaczal cpac,nie szanowac innych dziewczyn i chyba nawet siebie,opuscil szkole i wpadł w nerwice jak ja z otoczeniem to samo../ja natomiast trafiłam do szkodliwego otoczenia, niestety otarłam sie o lesbijstwo, jednak zwiazałam sie z kobieta nie dlatego,ze podobala mi sie ona - tylko ze wzgledu na wsparcie jakie od niej czulam czego mi na tamte czasy bardzo brakowało.. [ teraz wiem,ze to była głupota ]. Naleze do osób,ktore nie miały kolorowo w rodzinie, byłam swiadkiem jak moj ojciec bil sie z matką, zazywal ogromne ilosci alkoholu, awantury,najazdy..i to wszystko przy mnie. Mama tez nie niczego nie zaoszczedzila w 13 roku zycia wplatała mnie w sprawy "dorosłych". A przez to,ze byłam b. podobna do ojca czesto słyszałam,ze to wszystko moja wina,ze jestem taka sama jak on, ze mnie nienawidzi,gardzi mną. Ojciec po czasie nie wytrzymał ekscesów z moja matka i sie wyprowadził. Miałam mieszkac z ojcem ale matka sie na to nie zgodzila. Zostalam z nią. Szczerze mówiac po odejsciu ojca wcale nie było lepiej, widzialam,ze jak matka na mnie patrzy to widzi ojca..wykorzystywala kazdy moj bład zeby mnie zbewsztac...az po czasie pomyslala zeby zaczac mnie buntowac przeciwko ojcu..byłam mała,głupia..i sie niestety dałam ale jak kazde dziecko mialam przeswity i tak naprawde tesknilam za ojcem, nie chcialam byc taka jak ona..
Cały czas była ze mnie nie zadowolona, poprostu..czasami odechciewalo mi sie wszystkiego, zaczełam pic, palic trawke,wpadac w depresje, zaczełam miec problemy z otoczeniem,nie potrafilam z nikim byc długo w zwiazku, robilam straszne bledy,raniłam.. przez to trafilam do ludzi złych ale oni mnie akceptowali...dopiero po czasie zrozumialam,ze traktuja mnie poprostu jak głupia fajna laleczke..bolało..ale z 2 strony było to dla mnie znieczuleniem..AZ WKONCU POJAWIL SIE ON...
Wyciagnal mnie z tego wszystkiego, odciagnal od lesbijki, probowal pogodzic z matka [ niestety nie wyszlo moja matka nikogo nie akceptowala u mnie z facetów.. ] dzieki niemu zawalona szkole zaczełam poprawiac, poszłam do pracy..Wygladało na to,ze bedzie tylko lepiej i lepiej. Bardzo go pokochałam.. nikt tyle dla mnie nie zrobil. Matka nie raz kazała mi sie wyprowadzic, nie raz sie na mnie rzucała z rekoma..mialam dosyc.. ucieklam do niego do domu..jego rodzina z poczatku była wsciekla, ale zaakceptowali mnie..Najgorsze za mna.. myslalam..ale matka dawala o sobie znac..wysylala głupie smsy do jego mamy, kłamała,ze maja zlodzieja w domu, ze mam kochanka kiedy ja non stop siedzialam w domu..dzwonila, za wszelka cene probowala odciac mi droge ucieczki i szczescia..
Moj chłopak powoli mial tego dosyc...b mnie kochal ale ja jemu sie nie dziwilam,byłam rozdarta, nie wiedzialam co robic ..szalałam..Jakis spory czas temu b. sie z nim poklocilam..pojechalam do matki [ co za głupota ] bo kiedys mi mowila..zobaczysz, on Cie kiedys zostawi,zdradzi, to krętacz..
Myslalam,ze miala racje.. ale mylilam sie..Jedyna osoba z rodziny,ktora myslalam,ze jest prawdziwa była siostra -zawsze byla przy mnie, opiekowala sie bardziej niz matka heh...w zyciu bym nie pomyslała ze była by zdolna mnie zostawic...a jednak. Czesto jezdzilam do niej jak sie z nim klocilam, zeby swie poradzic ale niestety...jak to czlowiek w załamce i bolu..czesto mowi co tylko TA osoba zlego zrobila zamiast powiedziec ' on zrobil to bo ja... ' albo " ja to zrobilam i tak mysle poniewaz ..... jak myslisz? "
A ja nie "wiesz on..to...i tamto.. " Nie dziwie sie,ze siostra wkoncu przestala go tez trawic ale swoja droga mogla by nas wtedy wziac we 2 i pogadac co sie dzieje, ale nigdy tak nie zrobila...wkoncu zaczelam od niej slyszec tylko slowa " zerwij z nim, meczysz sie, skonczysz w rynsztoku" Dziwne..ale to nie ona tylko halo.. On mnie do siebie zabral, zaopiekowal sie mna jak matka ojciec razem wzieci..siostra tylko gadała..ale to tez pewnie moja wina,ze zle przedstawialam sprawe..za bardzo emocjonalnie..Wkoncu doszlo do tego, ze krzyczelismy non stop na siebie, on kazal mi sie wyprowadzac, sama moja obecnosc go denerwowala kiedy wracalam od siostry, mialam tego dosyc..okazalo sie,ze i on czul,ze z moja siostra jest cos nie tak, wiedzial,ze nie moze mi odebrac rodziny, nie chcial ale meczyla go mysl, ze kolejna osoba bedzie chciala nas rodzielic...? Tego sama do konca do dzis nie wiem..I tak sie stalo..Wyprowadzilam sie, siostra przyjechala spakowala mnie..byłam w takim szoku,ze odebralo mi mowe..myslalam,ze jak wyjade to moze zateskni, nie bedziemy dla siebie agresywni, wtedy myslam,ze mnie nie docenia...mylilam sie. Byłam wtedy sklocona z matka, nie mialam gdzie wrocic wiec siostra zaproponowala,ze pomimo swoich niecheci do niej zagada z matka zebym mogla wrocic do domu. No,udalo sie. Obiecała,ze bedzie pomagac mi sie z tego pozbierac,ze bedzie mnie odwiedzac.... ale nic z tego nie zrobila co gorsze. Ustawily ultimatum..moge mieszkac, jesli nie bede miala zadnego kontaktu z moim nazreczonym ..co lepsze..zerwalam ta zasade..kochalam go..cały czas..i wiecie co..? Od tego czasu siostra odwrocila sie do mnie dupą,ze złamałam zasade...ale halo..SERCE NIE WYBIERA prawda..? Jak mozna odwrocic sie od siostry tylko dlatego,ze wybrała taka milosc nie inna. Strasznie sie rozpisalam...ogolnie...wrocilismy do siebie [ ja i on ] tyle,ze po czasie automatycznie jak cos bylo nie tak zwalałam wine na niego, wzbudzilam w nim ciagła wine..agresywnie potrafilam na niego reagowac.. podswiadomie zabraniałam mu rzeczy,ktora ja sama robilam..pojawila sie jeszcze wieksza zazdrosc...strach o jego inne byłe..miotałam sie..stałam sie egoistyczna po stracie siostry..czułam SIE WINNA..i bronilam sie zwalajac wszystko na niego.. MAM ZWIAZKU Z TYM DO WAS PYTANIE... JAK JA MOGE SIE TEGO POZBYC...WYRZUCIC Z SIEBIE ZE BY TO ON Z ATO NIE CIERPIAL..KOCHAM GO NAD ZYCIE...A..ZACHOWUJE SIE JAK ZACHOWUJE..MOWIE NIGDY WIECEJ ALE JAK PONIOSA MNIE EMOCJE ZNOW ROBIE TO SAMO... aktualnie mamy przerwe na tydzien..mamy oboje pomyslec nad soba...nad zwiazkiem..wstyd to przyznac ale on sie meczy z taka dziewczyna jaka jest teraz...a ja sama siebie takiej nie akceptuje..sam powiedzial,ze gdzie podziala sie tamta dziewczyna,ktora poznal..i to prawda...cholernie zle sie z tym czuje..tego czlowiek nie jest niczemu winny a ja traktuje go jak zło..! Jak ja mam sie tego wyzbyc, oczyscic, tak sie boje,ze go strace..a dobrze wiem,ze zycie nie mialo by juz praktycznie dla mnie znaczenia bez niego...
:(:(:(
Wybaczcie,ze takie dlugie ale musialam opisac to i owo.