Dobry wieczór kochani:)
Chciałabym się Was poradzić w pewnej sprawie. Jestem na III roku studiów filologii obcej. Do tej pory jakoś sobie radziłam, ale chyba tylko dlatego, że miałam cholernie dużo szczęścia. Wydaje mi się, że język umiem całkiem nieźle, ale zajęcia mnie przytłaczają i z moją znajomością języka niewiele mają wspólnego. Źle się czuję na tych studiach nie tylko przez sam program, ale i ludzi, z którymi przyszło mi studiować.
Coraz częściej myślę, żeby je rzucić-jaki jest sens ciągnięcia ich, skoro na zajęciach siedzę, jak ostatni tłuk i nic nie rozumiem? Dwa lata minęły bez większych problemów, gdzieś tam zawsze fartem się prześliznęłam. W dodatku rodzice byli zadowoleni, że studiuję, nie najgorzej mi idzie. Wielokrotnie narzekałam i wielokrotnie słuchałam, kiedy mówili "Skończ, będziesz miała pracę, a jak nie to wyjedziesz za granicę, studia są ważne, jak sobie wyobrażasz przyszłość?". Takie wiecie, gadanie rodziców (którzy notabene są po zawodówce).
Co tu dużo mówić, wybrałam źle, zmarnowałam dwa lata i doszłam do wniosku, że wezmę dziekankę. Chyba bardziej dla świętego spokoju rodziców, bo sama rzuciłabym to w cholerę nawet się nie zastanawiając. Od przyszłego roku chcę pójść na filologię polską-od zawsze marzyłam o tych studiach i od zawsze wszyscy odradzali, bo przecież "po tym nie ma pracy". A ja uważam, że to właśnie są studia dla mnie i chcę wreszcie zrobić coś po swojemu.
Przechodząc do sedna, bo strasznie się rozżaliłam: chodzi o to, że mam egzamin warunkowy. Dziekanki bez jego zdania nie dostanę, więc chcąc nie chcąc zdać to dziadostwo muszę. Problem tkwi w tym, że ten egzamin jest strasznie ciężki i ni pierona nie ma szans, żebym go zdała. Próbowałam się uczyć, naprawdę. Przysiadłam do tego i ryknęłam płaczem. Nic nie rozumiem, a podejrzewam, że nawet gdyby to było po polsku, byłoby niezrozumiałe. Wpadłam na pomysł, żeby pogadać z profesorem i tutaj wreszcie wkracza moje pytanie: czy uważacie, że powinnam spróbować się z nim jakoś dogadać? Jest ciężkim przypadkiem człowieka, ale kiedy ma dobry humor jest w stanie nawet się uśmiechnąć;) Pomyślałam, żeby nauczyć się na blachę dwóch pytań ( z 50, odpowiedź na jedno to średnio strona a4) i poprosić go, aby zaliczył mi ten rok bez konieczności ich losowania. Mogłabym mu nawet przysiąc, że nie wrócę na te studia ( bo nie ma nawet o tym mowy), a dziekankę biorę tylko ze względu na rodziców.
W zasadzie nic nie tracę, bo jeżeli się nie zgodzi, to i tak dam sobie spokój i pójdę do pracy. Może nawet bardziej chciałam się wygadać, niż prosić o radę:) Ale chętnie poczytam, co Wy byście zrobili na moim miejscu.