Witam. Postanowiłam tu napisać, bo już sama nie radzę sobie z tym co przeżywam. Czas kiedy poznałam byłego chłopaka był najlepszym w moim życiu. Fruwałam dwa metry nad ziemią i w tym amoku wierzyłam szczerze, że tak bedzie zawsze. A on bardzo mnie w tym utwierdzał. Nie byłam zbyt ufna, ale tak długo się o mnie starał, tak zabiegał że w końcu wpadłam. Kochałam i dalej kocham tak, że az boli. Byliśmy para krótko, bo jakieś 6 moze 7 miesięcy. I było cudownie, zgrywalismy się pod kazdym wzgledem, w łóżku fajerwerki, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Ostatni nasz wspólny miesiąc powinien mi dać do myślenie. Zaczęły się mniejsze i większe problemy, kłotnie. Tłumaczyłam sobie, ze jesteśmy zmęczeni praca, ja dodatkowo miałam na głowie studia. A przecież zawsze tak było a mimo to potrafilismy znaleźć dla siebie czas. W koncu dotarło do mnie, ze coś jest nie tak. Postanowiłam z nim porozmawiać, zapytać czy nie potrzebuje czasu. Zapewniał mnie wtedy gorąco, ze wszystko jest w porządku, ze jestem najważniejszą osobą w jego zyciu a te wszystkie napięcia biorą się z problemów w pracy. Wierzyłam, bo dlaczego nie miałabym wierzyć? Zawsze był dla mnie dobry, pomocny, starszy o 8 lat więc dojrzalszy i bardziej odpowiedzialny. I faktycznie było lepiej dopóki po trzech tygodniach nie usłyszałam magicznego: to koniec. Na rozpaczliwe pytania dlaczego nie potrafił odpowiedzieć. Tak co prawda kocha i jestem wspaniała, ale coś jest nie tak. Nie dogadujemy się i on mi nie będzie stał na drodze do szczęscia. Standardowy scenariusz. Pomyślałam, ze kogoś ma. Ale to też nie to. Na moje zapewnienia, że to właśnie on jest moim szczesciem odpowiadał, ze nie wiem nic o życiu, ze taka młodziutka jestem i cały świat przede mną i dalej w ten deseń. Przez trzy dni prosiłam, błagałam ale milczał jak grób. Tyle przytomności umysłu mi zostało, ze dałam sobie spokój z kontaktowaniem się. Ale to co wtedy przeżyłąm było starszne. Całymi dniami leżałam w łóżku, zawaliłam pracę, z nikim nie rozmawiałam, po pewnym czasie przestałam się nawet myć... Ten stan potrwałby dłuzej, gdyby nie stanowcza reakcja mojej mamy. Postanowiłam przynajmniej udawać, ze jest normalnie. Dla niej. Pracę zawaliłam, ale zostały zaoczne studia. Powoli małymi kroczkami wracałam do życia, wychodziłam do znajomych ale nie byłam i nie jestem szczęśliwa. Zdałam sobie sprawę, ze to ja powinnam być najważniejsza dla siebie, ale bez niego nic nie jest takie samo. I tak żyłam sobie w tym letargu, niby normalnie a jednak z ogromną pustka w środku, gdy odezwał sie ON. Ręce mi drżały gdy odpisywałam na wiadomości. Rozmawialismy kilka dni przez komunikator, aż w koncu zaproponował spotkanie. Wróciły wszystkie wspomnienia z którymi walczyłam, straszna tęsknota żeby go zobaczyć. Zgodziłam się. Jednak postanowiłam nie okazywać jak bardzo go potrzebuje, powiedziałam, ze chce trochę czasu bo teraz jestem zajeta i ze dam znac gdy bede miec chwile. Zgodził się i pisał dalej, ale jakos inaczej. Między wierszami wyczytałam, ze tu chodzi o seks. Załamałam się jeszcze bardziej. Od znajomych dowiedziałam się, ze on nikogo nie ma. To jeszcze gorzej bo latwiej byłoby mi odmówić. Moje życie jest koszmarem, nie umiem zerwać kontaktu, nie umiem odmówić spotkania tak bardzo bym go chciała zobaczyć, sni mi sie co noc. Ale zgadzać się na seks? To wykorzystywanie moich uczuc do niego. Wprost tego nie powiedział ale zbyt dużej inteligencji nie trzeba zeby to zrozumieć. Jestem rozdarta w środku i na dodatek chyba stałam się masochistką, bo doskonale wiem jak to bedzie bolało. Jakaś część mnie wierzy, ze jak sie spotkamy to wszystko się ułozy. Wiem, ze jedynym rozsadnym zachowaniem jest definitywne zerwanie kontaktu, ale ja po prostu nie potrafie. Mam żal do samej siebie, myślałam ze jestem silną kobietą... Może znajdą się osoby które doradzą, albo były w podobnej sytuacji?
Podobne tematy
"Zaczęły się mniejsze, większe problemy, kłótnie"....mniej więcej od tego momentu nie chciało mi się już czytać twojego postu...zaraz wrócę do niego..czytam czytam ..dalej....i co ? że niby mu chodzi tylko o sex ? nie rozumiem.....tak jakoś chaotycznie piszesz, albo ja się męczę to czytając..W sumie to rozumiem Ciebie...znam odcienie miłości od miłości do nienawiści.......ehhh......Ogólnie wydaje mi się że była u was rutyna potem , zużycie materiału, wyczerpanie materii......tak ogólnie mówiąc......Edyta Górniak śpiewa coś o tym w piosence "Dotyk", Natalia Kukulska w piosence "Im więcej ciebie tym mniej"....całe tomy są tam gdzieś na ten temat...Powiem Ci tak "Po prostu bądź sobą, ale też nie afiszuj się zbytnio z tym"..taka moja rada.