Cześć Natalko,
Doskonale Cię rozumiem i wiem, że na ten moment jest Ci przeogromnie ciężko...
"Wiem, że słowa nic nie znaczą, ale z drugiej strony potrzebowałam usłyszeć, że mnie nie kocha. Żeby się uwolnić, żeby zabić mimo wszystko tą głupią, cholerną nadzieję, żeby móc zamknąć ten rozdział. " ---> otóż to, z pewnością łatwiej by Ci było gdyby Twój M. (jak go sama określiłaś) podał powód rozstania, wyjaśnił Ci dlaczego definitywnie postanowił zakończyć wasz związek ...
Bo skoro stwierdził, że nie możecie być razem i POTRAFIŁ jasno Ci to wyartykułować, mimo, iż doskonale zdawał sobie sprawę z Twojego zaangażowania i ogromnego uczucia, to nie powinien mieć najmniejszych problemów z ujawnieniem, dlaczego tak postąpił, tym bardziej, że w takiej sytuacji wyjaśnienie Ci się należy...
"Nie potrafił mi tego powiedzieć i zastanawiam się, czy to po prostu niechęć do ranienia mnie, chęć trzymania sobie furtki czy po prostu, nie wiem co." ---> Niechęć do ranienia Ciebie ? Przecież on już to zrobił, z pewnością widział, że nie spłynęło to po Tobie jak po kaczce, nie klepnęłaś go przecież po ramieniu i nie powiedziałaś : " super,ja też tego chciałam i teraz możemy to uczcić
Moja sytuacja z rozstaniem z narzeczonym wyglądała tak, że jego oświadczenie o rozstaniu spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, też chciałam wiedzieć dlaczego!... gdyż nagła gonitwa myśli, tworzenie analiz i psychoanaliz różnych sytuacji nie dawały mi spokoju, i jest to chyba naturalna reakcja człowieka, który dostaje strzał w pysk w postaci informacji " nie będziemy już razem ".
No i dowiedziałam się, że takie wyznanie jest trudne, że on nie chce o tym mówić, że pozapalały mu się w głowie jakieś czerwone światełka, diody...i kij wie, jakie świetlne iluminacje i w wyniku owych reakcji wyszedł taki zonk i wniosek sam mu się nasunął na korę mózgową. Czyli jak sama widzisz niczego konkretnego dowiedzieć się nie potrafiłam, mimo, iż JASNO ZAZNACZAŁAM , że jest to dla mnie WAŻNE, gdyż i tak zranił mnie, potraktował przedmiotowo moje uczucia, a dzięki wyjaśnieniom łatwiej byłoby mi się pozbierać. Nie musiałabym w kółko analizować tematu i co najważniejsze szukać winy w sobie ... gdyż wzięłam cały ciężar odpowiedzialności za klapę i fiasko związku na swoje barki ...ale nie bez przyczyny :-) o nie! mój narzeczony musiał przecież w prostym komunikacie, bez zbędnego tłumaczenia co , jak i dlaczego, stwierdzić, że to po prostu moja wina , bo....? bo tak, bo zauważył pewne rzeczy, poddał przetworzeniu przez swe synapsy i z rachunku prawdopodobieństwa i rozkładu t studenta wyszło mu, że z tego nic nie będzie.
Oczywiście teraz z perspektywy czasu jego zachowanie wydaje mi się śmieszne, niedojrzałe, momentami wręcz żałosne...i to chyba prawda, że czas leczy rany i pozwala spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy.
Pozdrawiam serdecznie ;-)