Zakładając ten wątek, pisząc moją historię chyba najbardziej chciałabym przekonać niektóre osoby, że mówiąc o osobach, które siedziały w więzieniu, nie należy wrzucać wszystkich do jednego worka.
Są różni ludzi, jedni popełniają większe, inni mniejsze błędy, co nie oznacza, że się nie zmienią...
Mojego męża poznałam 2 miesiące po tym, kiedy wyszedł z Zakładu Karnego po odsiedzeniu przeszło 5 lat. Byłam bardzo młoda, miałam wtedy 18 lat. Czy od razu mi się spodobał? Nie, a wręcz działał mi na nerwy. W tym czasie byłam bardzo zbuntowaną dziewczyną i sama postawa, kiedy stał przede mną, denerwowała mnie.
Szybko to się zmieniło, bo okazało się, że to bardzo spokojny i ułożony chłopak, porównując go z moimi znajomymi. Dużo rozmawialiśmy, z czasem wręcz się zaprzyjaźniliśmy. Ale nie było mowy o związku, nie było uczucia, a dobra prawdziwa przyjaźń. On jako jeden z nielicznych nie oceniał mnie przez pryzmat przeszłości. Oceniał mnie taką jaka jestem na chwilę obecną. Bardzo dużo rozmawialiśmy, zwierzaliśmy się sobie. Pocieszał mnie, kiedy zostawił mnie facet, który był moją pierwszą miłością. Potem trochę imprezowaliśmy wspólnie. Zawsze odprowadzał mnie pod dom, dawał buziaka w policzek i się rozstawaliśmy. Kiedyś po jednej z imprez, kiedy mnie odprowadził i oboje byliśmy nieźle wstawieni, zaczęliśmy się całować. W sumie nie wiem nawet jak to się stało. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zostaliśmy parą i już wtedy nie rozstawaliśmy się na krok. Bardzo szybko też uświadomiliśmy sobie, że bardzo się kochamy. Kilka miesięcy później M zaczął namawiać mnie na dziecko, po jakimś pół roku zdecydowałam się, że chcę być matką.
W ciążę zaszłam bardzo szybko, dopiero potem był ślub i wspólne życie.
2 miesiące po ślubie mąż wyjechał za granicę, także ostatnie 3 miesiące ciąży i poród byłam "sama". Kiedy córka miała miesiąc wrócił do kraju.
Początki wspólnego życia pod jednym dachem były trudne, jak to w każdym związku. Musieliśmy się dotrzeć. Ja miałam wybuchowy temperament, on spokojny. Ja robiłam awantury z byle powodu, on nie lubił się kłócić. Było kilka takich sytuacji, że kiedy zaczynałam krzyczeć on po prostu wychodził stwierdzając, że jak się uspokoję to porozmawiamy. Przychodził za 20 min, pół godziny i w zależności czy dalej byłam wściekła, czy już się uspokoiłam albo zaczynaliśmy rozmawiać, albo na kolejne kilkanaście minut wychodził.
Tym sposobem po wielu latach ja się wyciszyłam, a on nauczył się kłócić - zawsze to jakiś kompromis ![]()
Jednym z większych jego błędów odkąd byliśmy razem, było to, że utrzymywał kontakt z "kolegą" poznanym w Zakładzie Karnym...
cdn...