Kobiety i nie tylko... wybaczcie, że będę się nad sobą użalać. Ale takie dno osiągnęłam dzisiaj, że mam ochotę zakończyć wszystko i nie musieć się męczyć (co nie znaczy, że to zrobię, natomiast jestem już bliska obłędu). Od dwóch tygodni nie ma już mojego męża z nami, kontaktuje się tylko telefonicznie ze mną, by zapytać co z naszym dzieckiem. A z dzieckiem wszystko idzie nie tak. Najpierw moje problemy z laktacją, potem jelitowe problemy dziecka, efekt jest taki, że dziecko płacze po 8-9 godzin dziennie, ja już nie mam pojęcia co mogę jeszcze zrobić bu mu ulzyć, nie śpię, nie mam apetytu. A jak przychodzi karmienie to ten mój durny mózg lewituje i myślę o mężu, przywołuję we wspomnieniach tego cudownego człowieka, a zapominam o tym, który zmaltretował mnie emocjonalnie już pod koniec ciązy i po porodzie, porzucił, a czas spędza z 'kumplem' (kobietą) na ściance wspinaczkowej. I co? Zamiast widzieć drania i egoistę, widzę kochanego faceta, z którym miałam być na zawsze, z którym wspólnie zdecydowałam się na dziecko i głupia tęsknie. Tak potwornie, że nie chce mi się żyć i cierpliwie czekać aż to minie. Mam pierwszą od wielu dni chwilę, że synek usnął na dłużej niż 15 minut, dlatego na szybko pisze (wiem, że chaotycznie). Pocieszcie mnie jakoś, proszę. Zadne hasła w stylu 'co nie dobije to cie wzmocni' i inne mądre myśli nie dają mi nic. Pewnie zamknęlam się na nadzieję i odrzucam przyszłość bez niego. Dlatego nie proszę o rady jak to przetrwać, tylko o o odrobinę otuchy. Mam dość...
Podobne tematy
Wiesz co ja bym zrobiła?wzięła dzieciaka,zawiozła do ojca na cały dzień i niech zobaczy co to znaczy opieka nad dzieckiem.on ma OBOWIĄZEK zająć się swoim dzieckiem.ty będziesz mogla w tym czasie trochę psychicznie odpocząć.a on niech spada na drzewo jak jest taki nieodpowiedzialny
3 2013-10-12 19:30:20 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-12 19:31:17)
Wiesz co ja bym zrobiła?wzięła dzieciaka,zawiozła do ojca na cały dzień i niech zobaczy co to znaczy opieka nad dzieckiem...
TYLKO nie zapomnij pistoletu by mu przystawić do łba, gdyby NIE PODJĄŁ wyzwania ![]()
Cóż można powiedzieć?
Pewnie twój stan psychiczny wpływa na zachowanie dziecka. Mama spokojna, to i dziecka BARDZIEJ... przeważnie.
Czy NIKT inny nie mógłby Ci jakoś pomóc? Bo tatuś to jak widać typ "książę na białym koniu" a tacy raczej nie mają predyspozycji do zajęć domowych i rodzinnych - do tego posiadają piastunki, nianie i bony. Czy on kiedykolwiek chciał tego dziecka w ogóle?
Myślę, że w tych warunkach to Ty najwyżej możesz dorobić się depresji... Może warto by poprosić o pomoc specjalistę?
Kochana, nie wiem co Ci powiedzieć bo to nie jest normalna sytuacja. Tak, jak powiedziała poprzedniczka, kłopoty Twego dziecka najprawdopodobniej są pod wplywem Twoich negatywnych emocji. Szkoda dziecka i tutaj jest Twój udział. Wiem ,ze cierpisz , ale myśl teraz o dziecku. Ono nie jest niczemu winne, ze ma tak nieodpowiedzialnego tatuśka.Ty musisz teraz być silna dla dziecka. Chcesz czy nie, masz siłę czy też nie, MUSISZ. Myślę,ze ten Twoj bobasek jest bardzo mały i bardziej bezbronny niż TY. Daj mu poczucie ciepła, miłosci i bezpieczenstwa.
A co zle napisalam?czemu laska ma się sama męczyć?on jej dzieciaka zrobił to niech też się poczuje odpowiedzialny!ona niech siedzi w pieluchach a on sobie może szaleć i mieć ją i dziecko gdzieś.
Klementynka, nie zawsze jest to takie proste. Teraz najważniejsze jest dziecko i ktoś musi byc za nie odpowiedzialny. Wiem,ze ponoszą nerwy , ale co zrobisz? Dziecko to nie karta przetargowa. ktoś musi w tym chorym związku, być dorosłym. Pozostaje w tym wypadku tylko matka, niestety.Kobiety zawsze są silniejsze!!!!!!
Tak jak napisałaś-ponoszą nerwy bo taki dziad jeden sobie korzysta z życia a ona biedna ledwo daje radę.
Mam pytanie do autorki:czy twój mąż interesuje się waszym dzieckiem?
AKEME, mówi się, że dziecko przejmuje od matki samopoczucie. Jesli, ty tak cierpisz, to dziecko też sie źle czuje i jest niespokojne.Wpływ na poprawę swego samopoczucia masz na pewno niewielki. Najlepiej byłoby, zebyś miała kogoś przy sobie, matka, siostra, koleżanka. Sama z ciągle płaczącym dzieckiem,niewyspana, i jeszcze z takim przeżyciem długo nie pociągniesz.Mnie zdarzyło się usnąc trzymając dziecko przy piersi, kiedy się ocknęłam główka syna leżała na wersalce, a ja na rękach miałam jego nóżki.Do dziś pamiętam jak bardzo się przeraziłam, mogłam mu sama z przemęczenia zrobić krzywdę. Dobrze, zebys mogla spokojnie pospać parę godzin.Cóż, w takiej sytuacji można tylko współczuć i wspierać cię, choćby wirtualnie.
Kiedy moje dzieci miały kolkę pomagało im, jak nosiłam je na ręce brzuszkami na dół. Serce się ściska, trzeba przeżyc , żeby wiedzieć.
Ja bym doradzala wizyte u jakiegos specjalisty.znalazlas sie w trudnej sytuacji i trzeba znalezc jakies wyjscie.Twoje samopoczucie na pewno odbija sie na malutkim. Nie bede pisala wez sie w garsc bo to nic nie da, nie wstydz sie prosic o pomoc bo teraz jej potrzebujesz.
Boze jak Ci wspolczuje, bo wiem, co czujesz (ja nie mam dzieci, ale odszedł ode mnie ukochany). Ja również widze go ciagle w rozowych kolorach, bo to była tak naprawdę moja jedyna w zyciu milosc. Jak spotykam inne osoby (dzisiaj np. spotkałam ok 15 nowych osob), mam wrazenie, ze wszyscy sa mniej inteligentni i atrakcyjni od niego. Nawet nie chce mi się z tymmi ludzmi dalej rozmawiać. Mam ochote blagac go kontakt, żeby chociaż ze mna rozmawial. Czuje się jak smiec, na totalnym dnie, od 2 miesięcy nie spie i nie jem normalnie, zaczynam wygladac jak widmo, nie chciałabym go teraz spotkać, bo chyba nie poznalby mnie na ulicy. To sa potężne i bardzo negatywne emocje. Przez caly rok tyle nie plakalam (w ogole nie plakalam) co teraz przez 2 miesiące. Wyobrazam sobie, jak to musi rzutować na dziecko.
Nie wiem, co Ci poradzić. Na pewno dziecko w przyszłości będzie Cie wspierać. Ja nawet dziecka nie będę mieć...
dzięki za odpowiedzi, jedną ręką spróbuje odpisać, ale będą błedy. mąż chciał dziecka i do 6 mies. ciąży było w porządku. jak w połowie 7 miesiąca poszłam na l4 to zaczęły sie problemy. z mężem omówilismy wszystko, włącznie z moją bardzo prawdopodobną utratą pracy. wtedy byla jeszcze mowa o tym, ze w takim ukladzie zostane z dzieckiem dłużej niz macierzynski. zatrudnienie mi wygaśnie w grudniu 2013, od tego momentu bede bezrobotna i na zasiłku macierzyńskim. mama mi pomaga po swojej pracy i to jest bezcenne, bo sama zwariowalabym dużo wcześniej. ale nie moge sobie pozwoli na leki uspokajające, bo karmie piersią, a od mleka modyfikowanego syn ma zaparcia. poza tym nie chce rezygnować z karmienia. ale spokojna tez nie jestem. nie wiem jak zablokować wspomnienia i nie wyc pół nocy. dobija mnie mysl, ze mąż juz sobie znalazł 'lepszy model', którego niby nazywa swoim 'kumplem', ale to tylko kwestia czasu... trochę mnie teraz nie stac na psychoterapie. dzisiaj mam sie nieco lepiej... ale tylko dlatego, ze znów złapałam sie nadziei, ze on sie opamięta...
Boze jak Ci wspolczuje, bo wiem, co czujesz (ja nie mam dzieci, ale odszedł ode mnie ukochany). Ja również widze go ciagle w rozowych kolorach, bo to była tak naprawdę moja jedyna w zyciu milosc. Jak spotykam inne osoby (dzisiaj np. spotkałam ok 15 nowych osob), mam wrazenie, ze wszyscy sa mniej inteligentni i atrakcyjni od niego. Nawet nie chce mi się z tymmi ludzmi dalej rozmawiać. Mam ochote blagac go kontakt, żeby chociaż ze mna rozmawial. Czuje się jak smiec, na totalnym dnie, od 2 miesięcy nie spie i nie jem normalnie, zaczynam wygladac jak widmo, nie chciałabym go teraz spotkać, bo chyba nie poznalby mnie na ulicy. To sa potężne i bardzo negatywne emocje. Przez caly rok tyle nie plakalam (w ogole nie plakalam) co teraz przez 2 miesiące. Wyobrazam sobie, jak to musi rzutować na dziecko.
Nie wiem, co Ci poradzić. Na pewno dziecko w przyszłości będzie Cie wspierać. Ja nawet dziecka nie będę mieć...
no, przyznam, ze dziecko jest pod wieloma względami dla mnie ratunkiem... choćby dlatego, ze 'zmusza' do dawania rady, nawet wtedy, gdy ma sie ochote na kulkę w łeb. ale tez sie czuje obdarta z całej swojej wartości. to swoja droga tez nie swiadczy o mnie zbyt dobrze, bo to znaczy, ze swoje poczucie wartości zbudowałam na nim i jego obecnosci w moim zyciu. a tak nie powinno byc...
Ja bym doradzala wizyte u jakiegos specjalisty.znalazlas sie w trudnej sytuacji i trzeba znalezc jakies wyjscie.Twoje samopoczucie napewnomodbija sie na malutkim.Nie bede pisala wez sie w garsc bo to nic nie da,nie wstydz sie prosic o pomoc bo teraz jej potrzebujesz.
wiem o tym Luna, synek jest bardzo marudny i płaczliwy. ostatnio dobrze sie czuje tylko jak jest kołysany. budzi sie po 5 minutach od włożenia do łóżeczka. czasami jak on placze i nic nie pomaga, to ja sama zaczynam wyć jak jeszcze nigdy nie wyłam. taki wstyd, a jednak nie umiem tego zatrzymać. trochę mam kiepskie widoki finansowe na psychoterapie. za 2 misiace bede juz bezrobotna... a nigdy nie zarabiałam kokosów.
AKEME, mówi się, że dziecko przejmuje od matki samopoczucie. Jesli, ty tak cierpisz, to dziecko też sie źle czuje i jest niespokojne.Wpływ na poprawę swego samopoczucia masz na pewno niewielki. Najlepiej byłoby, zebyś miała kogoś przy sobie, matka, siostra, koleżanka. Sama z ciągle płaczącym dzieckiem,niewyspana, i jeszcze z takim przeżyciem długo nie pociągniesz.Mnie zdarzyło się usnąc trzymając dziecko przy piersi, kiedy się ocknęłam główka syna leżała na wersalce, a ja na rękach miałam jego nóżki.Do dziś pamiętam jak bardzo się przeraziłam, mogłam mu sama z przemęczenia zrobić krzywdę. Dobrze, zebys mogla spokojnie pospać parę godzin.Cóż, w takiej sytuacji można tylko współczuć i wspierać cię, choćby wirtualnie.
Kiedy moje dzieci miały kolkę pomagało im, jak nosiłam je na ręce brzuszkami na dół. Serce się ściska, trzeba przeżyc , żeby wiedzieć.
ja w nocy karmie na leżąco, wiec, ryzyko takie ze jak mnie zmiecie, to dziecko mi sie nie zsunie nigdzie. na kolke próbowalam juz wszystkiego. teraz przeszlam na bardzo restrykcyjna diete. nie jest trudno bo i tak nie mam na nic apetytu, a wszystko smakuje jak surowy ziemniak. zobaczymy co to da...
Mam pytanie do autorki:czy twój mąż interesuje się waszym dzieckiem?
telefonicznie się interesuje.
Nie pisz, proszę, postów jeden pod drugim, bo jest to sprzeczne z regulaminem forum. Jeśli chcesz coś dopisać, użyj opcji ,,edytuj".
Z góry dziękuję i pozdrawiam, Mod. Olinka
Ty masz kilkutygodniowe dziecko i Twój mąż Was porzucił?
Przecież to są najpiękniejsze chwile dla faceta, co z nim jest nie tak?
Powinien być przy Tobie i dziecku i troszczyć się o Was
Świat schodzi na psy niestety.
18 2013-10-13 17:26:18 Ostatnio edytowany przez alfaalfa (2013-10-13 17:32:36)
Kochana dasz radę. Dzieci szybko rosną i nawet się nie obejrzysz jak dzieciaczek będzie chodził i gaworzył do Ciebie..
Twój niedojrzały partner nie wie co traci..
Teraz tylko zadbaj o siebie, poproś rodzinę (np dziadków, bo pewnie chętnie przyjadą) aby pomogli. Tak jak napisała Kurcze, pomoc jest konieczna abyś mogła odpocząć, jak najczęściej się wyspać - no i czasem "babcine" metody się przydają. Jak Ty będziesz spokojniejsza to i dziecko przestanie płakać. Na mojego chrześniaka, aby przestał płakać, działało wszystko co błyska/świeci się i cichutko wesoło gra.. kolek prawie nie miał - chyba herbatka z kopru włoskiego pomagała..
Ty masz kilkutygodniowe dziecko i Twój mąż Was porzucił?
Przecież to są najpiękniejsze chwile dla faceta, co z nim jest nie tak?
Powinien być przy Tobie i dziecku i troszczyć się o Was
Świat schodzi na psy niestety.
w zasadzie porzucił mnie. teoretycznie on chce aby łączyło nas tylko dziecko. niby chce się nim zajmować, ale sam nie wie jak, kiedy, etc. Ja też nie wiem. żebym jeszcze była jakaś wredna, nie dbała o niego... przez całą ciążę byłam bezobsługowa, nie miałam zdrowotnych problemów, żadnych ciążowych zmian nastrojów, nic nie trzeba był koło mnie robić. wręcz przeciwnie, to ja cały czas dbałam by jemu nic nie brakowało. i takie podziękowanie...
AKEME, jak urodziłam pierwszego syna to byłam w takiej głębokiej depresji, że jak ktos pytał jak sie nazywam to musiałam sie głęboko zastanowić, jak stanęłam na srodku pokoju, stałam godzine i nie wiedziałam co mam zrobić. To dziecko wyciągnęło mnie z tego najgorszego stanu, obowiązki, tak jak piszesz, miłość, która wtedy zmuszala mnie do zabiegów koło niego .Potem pierwszy uśmiech, gaworzenie to jest zbyt cenne, zbyt piękne, żeby nie próbować odsunąc w cień pamięć o tym, który tak na prawdę sam sobie zrobił największą krzywdę,on straci coś bezcennego, można mu jedynie współczuć. Może uda ci się, wyprzeć ten ból, przysłonić najpiękniejszymi wzruszeniami,które można dostać od zycia, od rozwijającego sie na twoich oczach dziecka.
Najlepiej poświęcić mu się całkowicie, może zapisuj wszystko w pamiętniku, lub na forum, żeby odwrócic uwagę od tej obciążającej pamięci.A ten twój tchórzliwy men uciekł bo, może jeszcze nie dorósł do bycia ojcem.Czasami rzeczywistość przerasta człowieka, może jeszcze odnajdzie w sobie odwagę i wróci.
.
może jeszcze odnajdzie w sobie odwagę i wróci.
Pytanie tylko, ile jest wart człowiek, który zostawił w takiej sytuacji. Czy w ogóle jest sens dawać komuś takiemu drugą szansę? Moim zdaniem nie...
Kurcze napisał/a:.
może jeszcze odnajdzie w sobie odwagę i wróci.
Pytanie tylko, ile jest wart człowiek, który zostawił w takiej sytuacji. Czy w ogóle jest sens dawać komuś takiemu drugą szansę? Moim zdaniem nie...
Nie wiem, czy warto dawać szansę jemu, ale może warto dać szansę im. Jesli ten tatuś wystraszył się płaczu, obowiązków, ale myśli, myśli i w miarę wcześnie zorientuje się, z jakiej ścianki odpadł na samym starcie, to raz - nie zawsze, nie można go przekreślać, każdy jest człowiekiem, kazdy może popełniać błędy, decyzję podejmie AKEME.
Decyzja nalezy do AKEME oczywiscie.
Na pewno nie dorosl do roli ojca i stchorzyl.Ale myslicie ze AKEME dorosla?teraz dopiero sama sie przekonala jak to jest opiekowac sie dzieckiem 24 na dobe kiedy ona placze i nie wiadomo jak pomoc.Ona nie ma po prostu wyjscia i zajmuje sie nim bo kocha bo ma poczucie odpowiedzialnisci za kogos kogo stworzyla.Tez moglaby oddac dzieciaka gdzies,komus i powiedziec ze jeszcze nie czas ze tego nie czuje i czekac az myslenie jej sie przestawi na odpowiednie tory i wtedy zapalac miloscia do dziecka i zapragnac je wychowywac.I co wtedy z tym dzieckiem?dom dziecka,rodzina zastepcza? Facet po prostu uciekł i nie stanal na wysokosci zadania.Przeciez starali sie o to dziecko, to nie byla wpadka wiec czy mozna tutaj go usprawiedliwiac? Owszem mozna ale czy to ma jakikolwiek sens? AKEME zostala sama i dzielnie walczy kazdego dnia z przeciwnosciami losu i wierze ze jej ciezko i to bardzo jak nie ma sie wsparcia.Moj synek mial 4 miesiace i mial ospe.plakal praktycznie non stop i ja doslownie wylam razem z nim z bezsilnosci i wsciekalam sie na jego ojca w srodku.
Interesowanie sie telefoniczne to niech on sobie gleboko w cztery litery wsadzi,tu chodzi o odciazenie o wsparcie o poczucie ze sie ma kogos kto w trudnych chwilach przejmie paleczke.
Pewno, że trudno zaakceptować to co on zrobił, zwłaszcza jak się samemu przeżyło konsekwencje, takiego zachowania.Ale tak bywa, tatuś dostaje małpiego rozumu uświadamiając sobie, że teraz będzie musiał komuś służyć, komuś pomagać i całe dalsze życie w jego wyobraźni zaciesnia się tylko do tego, a po pewnym czasie ochłonie i zreflektuje się. AKEME i dziecko potrzebują męża i ojca, jesli tylko "pogubił" się, to w tym wypadku można mu dać drugą szansę, chociaż to zależy od AKEME.
Co innego jak jest pijaństwo, agresja wtedy gdy zagrozony jest spokój rodziny i jej bezpieczeństwo, wtedy uważam, że trzeba podejmować radykalne środki. Chociaż znam i takie sytuacje, w których ojciec po stracie rodziny opamiętał się i po leczeniu został znów zaakceptowany przez żone i dzieci.
Pewno, że trudno zaakceptować to co on zrobił, zwłaszcza jak się samemu przeżyło konsekwencje, takiego zachowania.Ale tak bywa, tatuś dostaje małpiego rozumu uświadamiając sobie, że teraz będzie musiał komuś służyć, komuś pomagać i całe dalsze życie w jego wyobraźni zaciesnia się tylko do tego, a po pewnym czasie ochłonie i zreflektuje się. AKEME i dziecko potrzebują męża i ojca, jesli tylko "pogubił" się, to w tym wypadku można mu dać drugą szansę, chociaż to zależy od AKEME.
Co innego jak jest pijaństwo, agresja wtedy gdy zagrozony jest spokój rodziny i jej bezpieczeństwo, wtedy uważam, że trzeba podejmować radykalne środki. Chociaż znam i takie sytuacje, w których ojciec po stracie rodziny opamiętał się i po leczeniu został znów zaakceptowany przez żone i dzieci.
AKEME, tak sobie myślę, w takich sytuacjach wpadamy w rozpacz dołujemy sie same, nie śpimy, szarzejemy i gorzkniejemy i całe jestesmy w żalach i pretensjach. I wyobraź sobie jak musi to odbierać, taki radosny ptak ja twój mąż, fruwający po górkach czy ściankach. Jaki to dla tego lekkoducha "balast". Dodając do tego obowiązki przy dziecku, te odbiera mu resztki ochoty do powrotu. Gdyby tak spróbowac pokazac mu, że dziecko dodaje skrzydeł, radości nowych nadziei, przecież za parę lat to maleństwo wyrośnie na fajnego chłopaczka i na pewno zechce śmigać z ojcem po tych ściankach. Jakoś odwrócić uwagę tego narcyza od trudnej strony bycia ojcem, na tę radośniejszą. To jest manipulacja, ale jesli on jest taki płytki, to może tylko tak z nim trzeba.
Kurcze, ja już dzisiaj wiem, że będzie chciał nauczyć syna 'prawdziwych sportów'. wiem też, że powinnam wziąć się w garść i pokazać siłę. I wiesz, są dni, że mi jakoś idzie. Ale są i takie, że wyję głośniej niż mój synek. Jedyne co bym wniosła do Twojego posta, to zmiana motywacji. Nie o to chodzi, by próbować męża w ten sposób odzyskiwać, ale dla siebie i dziecka się podnosić. To pierwsze, to może ewentualnie jako 'skutek uboczny'. Nawet mi się łatwo gada we własnej sprawie, a jak przychodzi kolejny samotny dzień i widok tatusiów pchających wózki, to roi się kiepsko. Zasadniczo, to dzisiaj mi jest trochę lepiej. Jutro mąż ma przyjechać by pobyć z synkiem (pierwszy raz tak naprawdę...), więc pojutrze pewnie znów mi będzie gorzej...
Nie o to chodzi, by próbować męża w ten sposób odzyskiwać, ale dla siebie i dziecka się podnosić.
To zdanie sobie wydrukuj i porozwieszaj w całym mieszkaniu - przyklej na szafie, na lustrze i na lodówce. Potem powtarzaj jak mantrę. Ty musisz żyć, nie wegetować - dla siebie i dla dziecka.
Przede wszystkim jednak teraz daj sobie prawo do słabości, w tym do łez. Nie czuj się winna, nie tłum emocji. Kiedy poczujesz, że chcesz krzyczeć - krzycz, kiedy do oczu napłyną łzy, to ich nie wycieraj. Kiedy się wykrzyczysz i wypłaczesz - poczujesz się lżej. Nawet jeśli tylko na chwilę, to nie szkodzi, bo z czasem te przerwy staną się dłuższe i dłuższe.
Dziś musisz przeżyć coś, co nazywamy żałobą (także po związku), a każdy ból i każda strata potrzebuje czasu. Aby ostatecznie móc się z nimi rozprawić, a potem w pełni pójść do przodu, człowiek musi przejść przez wiele etapów oswajania się z tą nową rzeczywistością. Niech Cię nic nie zaskakuje, bo każdy z nas jest inny, dlatego jednym wystarczy zaledwie kilka tygodni, inni zmagają się z tym bólem całymi latami. Ważne, żeby rozumieć własne emocje, a w miarę możliwości także sobie z nimi radzić, ale absolutnie się za nie nie winić ani tym bardziej za to, że cały ten proces trwa tak długo czy tak bardzo boli.
Trzymam kciuki, aby to wszystko nie trwało dłużej niż musi.
I trzymam kciuki, żeby ci się udało.
jeszcze go tu nie ma [męża], na ten moment się trzymam. szczęśliwie synek też już nie płacze tak przraźliwie jak przez ostatnie dni. dzięki Kobiety. Obiecuję sobie, że nie będę mięczakiem. Dzięki...
Wiesz, również mam maluteńkie dziecko, czytając Twoją historię zrobiło mi się bardzo przykro i mimowolnie spróbowałam sobie wyobrazić co ja bym zrobiła/czuła, rzecz jasna to bardzo teoretyczne.
Wiem jedno, dziecko daje bardzo dużo sił.
To największa radość jaka może dać los.
I nawet gdyby mojego męża zabrakło to po prostu uciekłabym w macierzyństwo. Eh.
Trzymam kciuki za Ciebie.
Hej, Zielony Domku. Ucieczka w macierzyństwo, a w zasadzie podjęcie roli matki, zgodnie z oczywistą konsekwencją, to najbardziej naturalna reakcja w takiej/podobnej sytuacji. Miałam przez chwilę taki niepokój, czy przypadkiem nie zrobię z synka zastępczego partnera. Ale tego niepokoju się pozbyłam bardzo szybko. To tak nie działa, przynajmniej nie na mnie. Byle nie zrobić z dziecka maminsynka. Ciągle się zastanawiam jak to będzie. Dziecko potrzebuje wzorca męskiego. Mój nie będzie go miał. Wiem, że nie czas zaprzątać sobie takimi sprawami głowy, ale ciągle jednak do mnie wraca, czy mój syn za parę lat będzie na mnie patrzył jak na silną kobietę, która poradziła sobie w kiepskiej sytuacji, czy raczej będzie widział we mnie kobietę, która była na tyle kiepska, że nie umiała zatrzymać przy sobie męża, a przez to on musiał wychowywać się bez taty. Podobnych wariacji w najróżniejszych aspektach przychodzi do głowy bardzo dużo.
Dzięki za miłe słowa z Twojej strony. Życzę aby Wasza Rodzina była mocna i stabilna. I po cichu zazdroszczę...
Doskonale rozumiem, nie wiesz jednak co los może przynieść dla Ciebie, nie od parady mówi się, że ojcem jest ten, który wychował.
Pewnie nie masz teraz głowy do "romansów", (bardzo upraszczam, ale wiesz zapewne o co mi chodzi) doskonale to rozumiem, ale kto wie co się w Twoim życiu zdarzy, za rok, za dwa, czasem w ciągu pół roku dużo się dzieje.
Wiesz, dla mnie - osoby, która de facto żyła w pełnej rodzinie (ale jakże nieszczęśliwej dla mnie i dla brata) wychowywanie przez jednego rodzica wcale nie musi oznaczać porażki.
Lepsze to niż pełna rodzina w której nie ma miłości, to dopiero jest "wzorzec".
Dasz radę, silna z Ciebie kobieta ![]()
Mój mąż żył w takiej rodzinie - tzn. rozdartej przez konflikt rodziców, którzy 'dla dobra dzieci' nie rozwiedli się. I też mówi, że to gorsze niż niepełna rodzina... ja nie wiem jak to jest, bo moi rodzice stworzyli spokojną rodzinę, nadal są razem i zawsze już będą.
A ja naprawdę nie rozumiem i nie zrozumiem, jak można porzucić żonę, w połogu, zdaną jedynie na siebie, w sytuacji, gdzie trzeba po kilka razy wstać w nocy i ogarnąć wszystko dookoła. Poza tym facet, który rezygunuje z noworodka na rzecz nowo poznanej latawicy to nie facet. Jakie sumienie trzeba mieć, aby tak postąpić? Przecież logiczny jest fakt,że kobieta będzie z tym wszystkim osamotniona, obowiązki przy maluchu i ta dobijająca myśl,że na najważniejszą osobę już liczyć nie można. To dla mnie irracjonalne i chore. Może powstrzymam się od pisania czegokolwiek dalej, bo w nerwach napiszę coś, czego bym nie chciała. AKEME jesteś silną kobietą, dasz radę bez niego. Wiesz, może to mało pocieszające, ale każdy z nas dźwiga swój krzyż, jedni cięższy, inni lżejszy. Wiedz jednak,że Pan Bóg obarcza cięższym krzyżem tych, co do których ma pewność,że uda im się go udźwignąć. Poddawanie człowieka takim próbom jest celowe, przypomnij sobie, jakim próbom poddawany był Pan Jezus przez 40 dni na pustyni.I dał radę, więc i Ty musisz dać! Nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny, widocznie musisz przejść przez takie cierpienie, by potem móc cieszyć się spokojnym, normalnym i szczęśliwym życiem, czego Ci z całego serca życzę. Tulę.
Carpathia, dziękuję. Moja kuzynka też mi coś takiego powiedziała: że nikt nie dostanie krzyża cięższego niż dałby radę unieść. Dzisiaj umiem te słowa przyjąć ze spokojem, bo jak kuzynka to do mnie mówiła, to akurat byłam w fazie obłędu (jak w tytule mojego wątku) i nie było to dla mnie żadnym pocieszeniem. A dzisiaj jakoś tak mi lżej. Myślę też, że mąż już został 'ukarany', bo wszyscy się od niego odwracają. Tak naprawdę to żal mi go... ale chyba już to gdzieś pisałam, więc się nie powtarzam. Mam chyba niewyczerpywalne pokłady empatii.
Ba! Powiem więcej, masz niewyczerpane pokłady nie tylko empatii, ale i siły, woli walki, bo masz dla kogo żyć, dla tej małej kruszyny, którą dziewięć miesiączków nosiłaś pod serduchem. Chociażby dla dziecka znajdź w sobie siłę, by móc to wszystko przetrwać. Poza tym pamiętaj,że każdy zły uczynek wraca do człowieka ze zdwojoną siłą, być może Twój mąż właśnie tego doświadcza. Ponadto skoro i kuzynka pokryła się z moimi słowami, to uwierz,że to prawda, nie ma nic silniejszego niż człowiek, który raz złamany jedną tragedią, potrafi stawić czoła innym dramatom. Bo życie jest różne, ale tylko od Ciebie zależy jakie ono będzie. Bo masz nadzieję i wiarę. W co? W szczęśliwe życie. Gdzie? Być może właśnie nakarmione słodko sobie śpi, bądź patrzy na Ciebie i zastanawia się, dlaczego moja mamusia ma taka smutną minę. "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą"-Św. Augustyn. Pomyśl i nad tym....
Dziękuję Carpathia. Prawie się pobeczałam, ale tym razem to nie była rozpacz :-)
Zgadzam się. Porzucenie kobiety w połogu i w momencie gdy przy Maluszku jest bardzo dużo pracy (nawet przy spokojnym) to po prostu podłość.
Uśmiechnie się do Ciebie słońce szybciej niż myślisz.
39 2013-10-17 00:28:38 Ostatnio edytowany przez Carpathia (2013-10-17 01:07:16)
A to tak, na poprawę humoru ![]()
1) Tak, albo tak, będzie wygladało słoneczko, które z pewnością do Ciebie się uśmiechnie, o którym pisał Zielony Domek. Aha, nerwy, powodowane przez męża, traktuj, jak ten ludzik ![]()


2) Szczęście, chociażby pod taką postacią puści Ci takiego smile'a ![]()

3)Pamiętaj,że dla takiego szkraba musisz walczyć, chociażby w taki sposób



4) A Twojemu mężusiowi ktoś za to wszystko powinien odpowiednio podziękować, np. tak-do wyboru


5) Pamiętaj,że nie możesz więcej robić tak

6) W taki sposób pożegnasz wszystkie swoje problemy



7) I pamiętaj,że jeszcze nadejdą szczęśliwe chwile, a wówczas będzie, np. tak ![]()

8) A swojego męża potraktuj jako ![]()

A ja naprawdę nie rozumiem i nie zrozumiem, jak można porzucić żonę, w połogu, zdaną jedynie na siebie, w sytuacji, gdzie trzeba po kilka razy wstać w nocy i ogarnąć wszystko dookoła. Poza tym facet, który rezygunuje z noworodka na rzecz nowo poznanej latawicy to nie facet. Jakie sumienie trzeba mieć, aby tak postąpić? Przecież logiczny jest fakt,że kobieta będzie z tym wszystkim osamotniona, obowiązki przy maluchu i ta dobijająca myśl,że na najważniejszą osobę już liczyć nie można. To dla mnie irracjonalne i chore.....
W sumie dla mnie też powalone.
41 2013-10-17 01:13:37 Ostatnio edytowany przez Carpathia (2013-10-17 01:18:39)
Powalony to jest przede wszystkim "małżonek" ekhmm... tytuł ewidentnie nieadekwatny do sprawowanej funkcji. Obok męża, a co więcej ojca!
z pewnością nawet nie stał
Bo kto normalny tak się zachowuje?
![]()
Carpathia, super komiks :-)
Przyznam, że jak to zwykle bywa, choć wiedziałam, że tak się czasem zdarza, że kobieta z dzieckiem zostaje porzucona, to znając męża, naprawdę nie przypuszczałam, że tak zrobi. On nie miał zbyt dobrych wzorców w swojej rodzinie i przez cały czas trwania naszego związku (5 lat) próbowałam walczyć z tym, co (moim zdaniem) było wypaczeniem. Wiadomo, opierając się w swoich ocenach na wzorcach z mojej rodziny.
Rozmawiałam z księdzem, który udzielał nam ślubu (jeden z najmądrzejszych ludzi jakich znam). Powiedział mi dwie rzeczy. Po pierwsze, że mogłam to przewidzieć (tzn, że tak się moje małżeństwo może skończyć), bo wiedziałam, że mąż miał ciężkie dzieciństwo, wiedziałam, że jest uzależniony fizycznie i psychicznie od sportu, wiedziałam, że miał w pogardzie swoją matkę (a relacja z matką jest matrycą dla relacji z żoną/partnerką) itd... Dodał, że nie mam instynktu samozachowawczego, skoro chciałam próbować żyć w takim związku. Po drugie, powiedział mi, że to się kwalifikuje do unieważnienia ślubu kościelnego (i tu mnie zaskoczył...). Chyba nie jestem gotowa by unieważnić to, co naprawdę było dla mnie Sakramentem.
Czemu mi tak przykro, kiedy wszyscy wieszają na nim (mężu) psy? wiem, że nie jestem obiektywna, że przemawiają przeze mnie emocje i uczucia (wciąż żywe). Ciągle mam ochotę go bronić. Faktycznie brak instynktu. Dzisiaj nie mam doła. Przynajmniej teraz jeszcze. Nie poznaję siebie...
Akeme moze moglas przewidziec, moze nie.
U mnie dokaldnie na odwrot - on pochodzi z 'dobrej rodziny', normalnej, bez przmeocy, alkoholu, rodzice sa ze soba ze 35 lat i przede wszystkim sie szanuja. Brat tez w malzenstwie juz spory kawalek. Rodzice wierzacy, on niby tez, religia, wartosci zawsze wazne i widac to po tych ludziach. Nie sa idelani, ale naprawde sa w porzadku.
Szacunek do matki o ojca - oj tak. Teg ogo nauczyli, zaprocowali sobie i maja jego szacunek BARDZO duzy, oboje.
No a mimo wszystko..... on wybral inne zycie, przelalam schematy
wiec, widzisz, nie ma regul zadnych mimo wszystko.
TEz rozmawialam z ksiedzem, tez wspomnial o uniewaznieniu. Nie, sorki, nie ma UNIEWAZNIENIA malzenstwa. Ludzie to myla. Jest stwierdzenie niewaznosci, ze bylo niewaznie zawarte od samego poczatku. Nie ma czegos takieg oze bylo wazne a teraz jest uniewaznione. Bylam nawet w sadzie metroplotarnym czy nie wiem jak to sie tam nazywa prawidlowo. Ale w moim przypadku raczej nie bedzie na to szans, ani zdrada, ani jego odwidzialo mi sie, ne sa powodem d otego. zreszta chyba nawet tego nie chce. Bo dla mnie to malzenstwo BYLO wazne, a papierek? zebym znow byla 'wolna' albo raczej 'panna'? Nie potrzebuje. TRudno. Jesli mam kogos w zyciu spotkac wartoscioweg ojeszcze i ma nas polaczyc cos PRAWDZIWEGO to mysle ze zrozumie moja sytuacje, wiec nie chce uniewazniac malzenstwa dla samego faktu zebym mogla ponownie wziasc slub koscielny, bo sobie tego i tak nei wyobrazam. Zreszta musialabym wtedy tweirdzic ze to malzesntwo to pomylka i ze bylo niewazne. Wole powiedziec kiedys w przyszlosci komus prawde - jak bylo - malzenstwo bylo, bylo dobrze i ja kochalam, no ale nie da sie kochac w 1 strone.
Akeme, trzymaj sie.
44 2013-10-17 11:21:51 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-17 11:27:50)
Rozmawiałam z księdzem, który udzielał nam ślubu (jeden z najmądrzejszych ludzi jakich znam). Powiedział mi dwie rzeczy. Po pierwsze, że mogłam to przewidzieć (tzn, że tak się moje małżeństwo może skończyć), bo wiedziałam, że mąż miał ciężkie dzieciństwo, wiedziałam, że jest uzależniony fizycznie i psychicznie od sportu, wiedziałam, że miał w pogardzie swoją matkę (a relacja z matką jest matrycą dla relacji z żoną/partnerką) itd...
Akeme moze moglas przewidziec, moze nie.
U mnie dokaldnie na odwrot
... Wole powiedziec kiedys w przyszlosci komus prawde - jak bylo - malzenstwo bylo, bylo dobrze i ja kochalam, no ale nie da sie kochac w 1 strone.Akeme, trzymaj sie.
DOKŁADNIE - trzymaj się Akeme ![]()
I nie daj sobie mieszać w głowie, nawet tym, którzy chcą dobrze i wiodą się współczuciem...
kiedysbylam: JAK dokładnie na odwrót - to na odwrót.
Ksiądz, mam wrażenie, uzasadniał, iż OD POCZĄTKU (jeszcze PRZED zawarciem związku) mąż Akeme NIE ROKOWAŁ dobrze jako materiał na męża - niedojrzały, kierujący się uzależnieniem (i cóż, że od sportu), nieprawidłowymi priorytetami (sport NAJważniejszy w hierarchii) spaczony wzorzec pozycji i roli kobiety w związku i poza nim. Etc.
SZKODA tylko, że ksiądz nie ostrzegł autorki w 4 oczy i nie wysunął swych wątpliwości PRZED ślubem. Ale czy znalazłby JAKIEKOLWIEK zrozumienie - JAK i obecnie nie jest to zrozumiałe?
RODZINA, rola męża i ojca to NAJWIDOCZNIEJ nie jego wizja na życie.
Chyba się nie mylę?
AKEME, to jest bardzo częsty sposób "pomagania" Kościoła w podobnych sytuacjach.
Możesz sobie odpuścić te słowa księdza, bo przecież nie może ci powiedzieć, że jesteś ofiarą. To by mogło przewrócić ci w głowie. Z reguły ofiara jest winna i jeszcze pociąga inne. Dla tego księdza twój mąż ma prawo do słabości i podstawy do swojego "postepowania", ty niestety już nie bardzo. Chore i rzeczywiście ubogie, tylko czy o to chodzi? Jednym słowem powinnas skończyć psychologie i jeszcze pomóc swojemu mężowi. Czego nie może kobieta?
AKEME, to jest bardzo częsty sposób "pomagania" Kościoła w podobnych sytuacjach.
Możesz sobie odpuścić te słowa księdza...
Nie chcę się kłócić, ale to CHYBA jednak niecodzienna postawa kleru, by SUGEROWAĆ unieważnienie małżeństwa?
Kurcze napisał/a:AKEME, to jest bardzo częsty sposób "pomagania" Kościoła w podobnych sytuacjach.
Możesz sobie odpuścić te słowa księdza...Nie chcę się kłócić, ale to CHYBA jednak niecodzienna postawa kleru, by SUGEROWAĆ unieważnienie małżeństwa?
A skąd wniosek, że ja oczekiwałabym takiej sugestii? Absolutnie nie, ale jesli to ma byc pociecha, albo wsparcie, albo nadzieja to dziekuje za takie słowa, tym bardziej, że to jest ostatnio dziwna tendencja Koscioła, "dowalić" leżącemu.
Bronisz męża-to normalny odruch,też broniłam swojego faceta, dopóki nie zrobił tak
i tak
. No i nie powiem, obrzydził mi siebie do końca życia. Wówczas bliska szaleństwa zachowywałam się tak
Ale Ty masz tą słodką kruszynę, przede wszystkim dzięki niemu, dlatego jakoś musisz to ogarnąć
. Bo życie to masa sprzeczności, ale wierzę,że dasz sobie radę.
Anhedonia napisał/a:...to CHYBA jednak niecodzienna postawa kleru, by SUGEROWAĆ unieważnienie małżeństwa?
A skąd wniosek, że ja oczekiwałabym takiej sugestii? Absolutnie nie...
Nie chodzi o to co TY byś oczekiwała.
TA sugestia z ust owego księdza WYRAŹNIE PADŁA... Może przeczytaj ten fragment jeszcze raz:
Po drugie, powiedział mi, że to się kwalifikuje do unieważnienia ślubu kościelnego (i tu mnie zaskoczył...)
Ja nie jestem na takim etapie, by unieważniać moje małżeństwo, bo wyszłam za mąż chcąc spędzić z tym człowiekiem życie i chęć unieważnienia raczej stałaby w sprzeczności powyższym. I tym bardziej nie jestem na takim etapie, by wyobrażać sobie życie z kimkolwiek innym (a w konsekwencji stawać z tym kimś przed ołtarzem). W przeciwieństwie do męża nadal noszę obrączkę, choć przeniosłam ją na lewy palec (tak jakby bez wzajemności nie mogła już być na prawym).
Carpathia, nie wiem jak między mną i mężem będzie. Na ten moment nie czuję obrzydzenia, nie czuję złości, raczej żal i zrezygnowanie. Wolę zachować w miarę dobre relacje ze względu na syna. Ale już teraz otwiera mi się scyzoryk w kieszeni na myśl o tej, która mnie zastąpi/ła. Szlag mnie trafia, że za jakiś czas mój syn będzie miał styczność z tą inną podczas kontaktów z ojcem (póki co mąż deklaruje chęć bycia tatą). Ale staram się nie mysleć o tym teraz.
Rozumiem, i w dalszym ciągu śmiem sadzić, że AKEME nie po to poszła do ksiedza,nie po taką "poradę" i nie takie "wsparcie".
Tak samo uważam,/ byc może , że sie mylę/, że nie poczuła sie tym co jej powiedział ksiądz, podniesiona na duchu, czy usatysfakcjonowana, że oto może wystapić o rozwód nawet w kościele.
52 2013-10-17 16:31:54 Ostatnio edytowany przez End_aluzja (2013-10-17 16:34:59)
nie na temat. wykasowałam. pozwoliłam sobie na osobiste wycieczki w strone carpathii i komentarze na temat głupkowatych emotikonów
przepraszam z góry carpathia
Rozumiem, i w dalszym ciągu śmiem sadzić, że AKEME nie po to poszła do ksiedza,nie po taką "poradę" i nie takie "wsparcie".
Tak samo uważam,/ byc może , że sie mylę/, że nie poczuła sie tym co jej powiedział ksiądz, podniesiona na duchu, czy usatysfakcjonowana, że oto może wystapić o rozwód nawet w kościele.
O proszę, patrz powyzej odpowiedź AKEME,pisałyśmy prawie jednoczesnie.
Akeme, przytoczę słowa W. Churchilla, które przynajmniej dla mnie dodają otuchy w ciężkich chwilach:
"Jak trafisz do piekła, to nie przestawaj iść".
Motywacja i nawet swojego rodzaju upór, bunt przeciwko przyjęciu losu takiego, jakim został przed nami postawiony pozwala często zajść tam, gdzie w teorii się dojść nie da. Najgorsze co można zrobić w takich sytuacjach, to poddać się w walce o szczęście. Własne szczęście. Czasem czujemy się, że najchętniej chcielibyśmy umrzeć, albo schować się przed światem, ale wtedy, na granicy desperacji i rezygnacji budzi się wojownik, który wie, że każda komórka jego ciała stawia opór przeciwko akceptacji takiego życia. Buntownik, który chce pokazać światu i Opatrzności fakersa i chce wykrzyczeć w kierunku nieba, że nie podda się w wysiłkach. Że nikt i nic nie ma prawa narzucić mu trwania w cierpieniu bez możliwości zmian stanu rzeczy. Że nikt nie ma prawa pozbawiać drugiego człowieka marzeń, celów, szczęścia i radości. Każdy na to zasługuje. Ale nie każdy umie to sobie wypracować, a praca jest zaiste heroiczna i pełna chwil zwątpienia, kusi skrótami, łatwiejszymi rozwiązaniami.
Bardzo podoba mi się sentencja Einsteina : "jeśli coś wydaje się niemożliwe do zrobienia, to daj to komuś, kto o tym nie wie, a na pewno to zrobi". Nikt nie zna pełni swoich możliwości, wytrzymałości, drzemiącej w nim siły i hartu ducha, dopóki nie zostanie wrzucony w świat chaosu i braku kontroli. Tego się trzymaj, a z czasem da Tobie spokój, siłę i życiowy azymut. I tego Tobie życzę.
A to tak, na poprawę humoru
1) Tak, albo tak, będzie wygladało słoneczko, które z pewnością do Ciebie się uśmiechnie, o którym pisał Zielony Domek. Aha, nerwy, powodowane przez męża, traktuj, jak ten ludzik
http://emotikona.pl/emotikony/pic/radosne-sloneczko.gif
http://emotikona.pl/emotikony/pic/sikanie.gif
2) Szczęście, chociażby pod taką postacią puści Ci takiego smile'a
http://emotikona.pl/emotikony/pic/czter … iczyna.gif
3)Pamiętaj,że dla takiego szkraba musisz walczyć, chociażby w taki sposób
http://emotikona.pl/emotikony/pic/dziec … zeczku.gif
http://emotikona.pl/emotikony/pic/0Laie_53.gif
http://emotikona.pl/emotikony/pic/0am.gif
4) A Twojemu mężusiowi ktoś za to wszystko powinien odpowiednio podziękować, np. tak-do wyboru
http://emotikona.pl/emotikony/pic/0bicz.gif
http://emotikona.pl/emotikony/pic/42rzeznia.gif
5) Pamiętaj,że nie możesz więcej robić tak
http://emotikona.pl/emotikony/pic/2placz.gif
6) W taki sposób pożegnasz wszystkie swoje problemy
http://emotikona.pl/emotikony/pic/0dj.gif
http://emotikona.pl/emotikony/pic/2papa.gif
http://emotikona.pl/emotikony/pic/papa.gif
7) I pamiętaj,że jeszcze nadejdą szczęśliwe chwile, a wówczas będzie, np. tak
http://emotikona.pl/emotikony/pic/milosc.gif
8) A swojego męża potraktuj jako
http://emotikona.pl/emotikony/pic/2spam.gif
to mi sie podoba
tylko mieć tyle wewnętrznej siły, żeby tego sie trzymać to już trochę problem wg mnie
ale lepiej na duszy się robi, jeśli ktoś tak potrafi z humorem powiedzieć dobre słowa
nie na temat. wykasowałam. pozwoliłam sobie na osobiste wycieczki w strone carpathii i komentarze na temat głupkowatych emotikonów
przepraszam z góry carpathia
Ale o co chodzi? Jakie osobiste wycieczki? Przyznam,że nie wiem, co było napisane, bo dopiero przysiadłam do lapka. Mogę wiedzieć co napisałaś?Może wyprowadzę Cię z błędu, pisząc,że użycie emotów było celowe. Już wyjaśniam czemu. Pierwsze moje posty w jej wątku były poważne, jednakże podnoszące na duchu, jak sama AKEME przyznała. Po kolejnym napisała,że prawie się rozpłakała, ale tym razem już nie z rozpaczy-przypuszczam,że ze wzruszenia, gdyż pisałam o małym szkrabie, który zastanawia się dlaczego mama ma smutną minę. Widząc jak autorka to wszystko przeżywa, postanowiłam dla humoru, stworzyć coś, co poprawi jej samopoczucie-sama z resztą przyznała,że komiks jest super
Skąd więc te osobiste wycieczki? Był jakiś powód? Nie sądzę. Liczę na wyjaśnienia, bo po pierwsze nie mam w zwyczaju być złośliwą w stosunku do osób, które same potrzebują pomocy, tak jak autorka-do niedawna sama miałam podobną sytuację do niej, no a po drugie, skoro jej to wszystko się podoba, dlaczego taką awersję wywołało u Ciebie? I tak dla jasności piszę w gwoli wyjaśnienia, nie po to, by wywoływać jakieś kłótnie- niech mnie Bozia broni
- tu problem autorki jest najważniejszy. Po prostu mam małego karpia, gdy wchodzę i patrzę, a post wyedytowany z dopiską jedynie o formalnych wycieczkach. W ogóle o so chosiiii?
Czeski film ![]()
Akeme, przytoczę słowa W. Churchilla, które przynajmniej dla mnie dodają otuchy w ciężkich chwilach:
"Jak trafisz do piekła, to nie przestawaj iść".
Motywacja i nawet swojego rodzaju upór, bunt przeciwko przyjęciu losu takiego, jakim został przed nami postawiony pozwala często zajść tam, gdzie w teorii się dojść nie da. Najgorsze co można zrobić w takich sytuacjach, to poddać się w walce o szczęście. Własne szczęście. Czasem czujemy się, że najchętniej chcielibyśmy umrzeć, albo schować się przed światem, ale wtedy, na granicy desperacji i rezygnacji budzi się wojownik, który wie, że każda komórka jego ciała stawia opór przeciwko akceptacji takiego życia. Buntownik, który chce pokazać światu i Opatrzności fakersa i chce wykrzyczeć w kierunku nieba, że nie podda się w wysiłkach. Że nikt i nic nie ma prawa narzucić mu trwania w cierpieniu bez możliwości zmian stanu rzeczy. Że nikt nie ma prawa pozbawiać drugiego człowieka marzeń, celów, szczęścia i radości. Każdy na to zasługuje. Ale nie każdy umie to sobie wypracować, a praca jest zaiste heroiczna i pełna chwil zwątpienia, kusi skrótami, łatwiejszymi rozwiązaniami.
Bardzo podoba mi się sentencja Einsteina : "jeśli coś wydaje się niemożliwe do zrobienia, to daj to komuś, kto o tym nie wie, a na pewno to zrobi". Nikt nie zna pełni swoich możliwości, wytrzymałości, drzemiącej w nim siły i hartu ducha, dopóki nie zostanie wrzucony w świat chaosu i braku kontroli. Tego się trzymaj, a z czasem da Tobie spokój, siłę i życiowy azymut. I tego Tobie życzę.
Mądrze piszesz. Ja w zasadzie to wszystko wiem. Już raz mi się rozpadł świat na drobniutkie kawałki i krok po kroku wyszłam z kryzysu, choć po drodze były antydepresanty, żyletki, marazm, poczucia utknięcia w czarnej d*** i inne depresyjne przyjemności. Teraz nie mogę brać antydepresantów, bo karmię, nie tnę się, choć autoagresja mi się włączała wielokrotnie, mniej teraz beczę po kątach. Pamiętam jak było wtedy, obserwuję siebie teraz. Są podobieństwa i są różnice. Tak więc z autopsji wiem, że to co piszesz to tylko prawda. Dzięki za dobre słowa. Są momenty, że czuję jak mi się zamykają różne 'szufladki' w głowie. Potem znów się otwierają, ale wyczuwam dynamikę swojego kryzysu. Może tym razem nawet pozbieram się do kupy szybciej niż za poprzednim razem, no bo w zasadzie muszę.
....Wolę zachować w miarę dobre relacje ze względu na syna. Ale już teraz otwiera mi się scyzoryk w kieszeni na myśl o tej, która mnie zastąpi/ła. Szlag mnie trafia, że za jakiś czas mój syn będzie miał styczność z tą inną podczas kontaktów z ojcem (póki co mąż deklaruje chęć bycia tatą). Ale staram się nie mysleć o tym teraz.
Co ona ma do tego? Z nią ślubu nie brałaś.
N4VV ona nie ma nic do tego, poza tym, ze to mój mózg sie buntuje. Delirium tremens. widzę jaszczurki, szczury i karaluchy. po prostu pozbywam się szlamu. za jakiś czas może oleję to ciepłym moczem i będę z boku bez emocji patrzeć jak ona próbuje zgadywać myśli i nastroje mojego męża, żeby jakoś mu dogodzić...
Ja nie jestem na takim etapie, by unieważniać moje małżeństwo, bo wyszłam za mąż chcąc spędzić z tym człowiekiem życie i chęć unieważnienia raczej stałaby w sprzeczności powyższym...
Na ten moment nie czuję obrzydzenia, nie czuję złości, raczej żal i zrezygnowanie..
OK.
JA sie nie upieram - TY natomiast możesz spokojnie dalej bujać w obłokach... A przy okazji "szlag Cie będzie trafiał..." BO ON sobie, zgodnie z założeniem, życie układa a TY za cierpietnice co najwyżej robić będziesz...
KTOŚ do małżeństwa sie nie nadaje (ba NAWET duchowny to potwierdza!) - TY z tym sie nie zgadasz. TWOJA WOLA
Ciekawe, kto JEST w tym stanie rzeczy szczęśliwszy? TEN, kto dopuszcza do siebie PRAWDĘ, czy ten który jej zaprzecza?
PÓKI CO... ?
Współczuję Ci bardzo. Dziki "niefart" UPRZEĆ sie na kogoś (nadać mu WIELKĄ rangę) gdy dla niego jest się TYLKO (jedną z wielu?) opcją.
Anhedonia, z obłoków spadłam głową w dół. Nie bujam w obłokach. Rzeczywiście zdrowiej by było po prostu się otrząsnąć, ale co mi to stwierdzenie nieważności ma dać? Szansę na podejście do ołtarza po raz drugi? Mało prawdopodobny scenariusz, mimo że pasztetem nie jestem. Ale nie ukrywam, że moja mama ma podobne podejście co Ty. Też uważa, że nie powinnam sobie zamykać drzwi.
62 2013-10-19 08:46:59 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-19 11:25:46)
Anhedonia, chyba kuleję intelektualnie... Nie bardzo Cię zrozumiałam. Możesz rozwinąć myśl? Chętnie czytam opinie odmienne od mojej, chętnie przyglądam się innym punktom widzenia, bo to zawsze daje szanse na zweryfikowanie własnych poglądów.
NIC nie kulejesz intelektualnie.
Jesteś w punkcie życia nie do pozazdroszczenia. Nie wiem czy będąc na Twoim miejscu umiałabym zachować taką klasę, jaką Ty zachowujesz.
PRAWDĘ (bez żadnej korzyści) TO - odpowiedź na Twoje pytanie
...ale co mi to stwierdzenie nieważności ma dać?
(BEZ dawania PRAWDA nie ma żadnej wartości? NA PRAWDĘ? To ja głupia jestem i TAKA już umrę
)
BO ja mam wrażenie, że Ty bronisz się przed prawdą.
TY wprawdzie zawierałaś związek w dobrej wierze - wierząc, iż TO WSPÓLNY wybór. Tymczasem to był wybór tylko TWÓJ. ON nie dojrzał do takiego typu wyborów - co też potwierdza mądry (jak sama mówisz) ksiądz.
Więc twoja wola (zawarta w twoich słowach o związaniu się z TYM człowiekiem na całe życie) TO TYLKO twe pobożne życzenie. Z NIM (akurat) się nie da.
TAKA prawda.
A wierz mi, że kler TAKICH opinii raczej szczędzi niż nimi szafuje. Raczej skłania się ku: "widziały gały co brały, a nie "ON NIEZDATNY..."
Anhedonia, chyba kuleję intelektualnie... Nie bardzo Cię zrozumiałam. Możesz rozwinąć myśl? Chętnie czytam opinie odmienne od mojej, chętnie przyglądam się innym punktom widzenia, bo to zawsze daje szanse na zweryfikowanie własnych poglądów.
64 2013-10-19 11:30:27 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-10-19 11:39:33)
N4VV ona nie ma nic do tego, poza tym, ze to mój mózg sie buntuje. Delirium tremens. widzę jaszczurki, szczury i karaluchy. po prostu pozbywam się szlamu. za jakiś czas może oleję to ciepłym moczem i będę z boku bez emocji patrzeć jak ona próbuje zgadywać myśli i nastroje mojego męża, żeby jakoś mu dogodzić...
Dobry pomysł - im wcześniej, tym lepiej.
Rozumiem, i w dalszym ciągu śmiem sadzić, że AKEME nie po to poszła do ksiedza,nie po taką "poradę" i nie takie "wsparcie".
Tak samo uważam,/ byc może , że sie mylę/, że nie poczuła sie tym co jej powiedział ksiądz, podniesiona na duchu, czy usatysfakcjonowana, że oto może wystapić o rozwód nawet w kościele.
Na jej miejscu poczuł bym wsparcie. Jest rzeczywiste - maksimum, co urzędnik kościelny w tej sprawie może zdziałać. Nie opowiadanie bajek o drodze do nieba.
Anhedonia, chyba kuleję intelektualnie... Nie bardzo Cię zrozumiałam. Możesz rozwinąć myśl? Chętnie czytam opinie odmienne od mojej, chętnie przyglądam się innym punktom widzenia, bo to zawsze daje szanse na zweryfikowanie własnych poglądów.
Między innymi chodzi o to, że unieważnienie usankcjonuje stan faktyczny.
Druga sprawa: by sakrament był ważny, konieczna jest (dobra) wola obu ślubujących stron - tego nie było.
65 2013-10-19 11:35:22 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-19 11:37:45)
Coś pochrzaniłam technicznie ![]()
Przeczytaj jeszcze raz post powyżej - chciałam zacytować a wyszło jakoś tak... wyżej/niżej.
Whatever - TY sobie nie masz nic do zarzucenia.
TWOJĄ prawdę potwierdza NAWET ksiądz (moim zdaniem tak rzadkie takie zachowanie, że nieomal CUD) ![]()
Zechcesz ją mieć czarno na białym i zrezygnować z "więzów" małżeńskich z TYM człowiekiem - masz taką szansę...
Wolisz "na zawsze" mieć piętno z nim związanej, pomimo nawet jego ewentualnego kolejnego ślubu cywilnego - TWÓJ wybór. Rób to co Cię zadowala.
Ale sama, jak w znanej weselnej przyśpiewce: "wiążesz sobie ten świat"... odbierając szansę na INNE ułożenie sobie przyszłości.
PRAWDA to prawda.
NIEMNIEJ możesz ja odrzucać i trwać przy swoim...
W sumie - NIE pali się.... nie musisz się śpieszyć. Nie musisz WCALE do prawdy dążyć (to moja MANIA, nie Twoja).
Życzę sił na teraz i na codzienność ![]()