End_aluzja napisał/a:akme i bardzo mądrze
a jesli masz w sobie tyle mądrości, to masz jej tez na tyle, że nauczysz swoje dziecko, co z tego, co ktoś mu wkłąda do głowy.. jeswt cenne
nauczysz go wybierać, i nauczysz go.. czym są wartości.. jak byc asertywnym i jak wybierac samemu..
Może mnie nie zlinczujesz , że się wtrącę:
- wiesz co znaczy, próba nawiązania kontaktu z dzieckiem, jesli ono sie waha i jest na rozdrożu?
- wiesz co znaczy, próba wyprostowania zagubionego, zbuntowanego dziecka?
- wiesz wreszcie, że dobrymi chęciami i zyczeniami piekło jest wybrukowane, i to nie piekło tatuska, tylko właśnie piekło dziecka i matki?
End_aluzjo, moge ci opisac swoje przejścia i doświadczenia, mam praktykę, sporą.
Moge ci opisać, co dzieje się wokół mnie, z niektórymi rodzinami. Ja nie jestem zła na ojców. Ja prędzej jestem zła na służby, na złe decyzje, złe prawa, ja jestem zła na spłycanie tego problemu i próbę znalezienia formy takiego przymusu, żeby to wszystko zagarnąć pod dywan, w związku z wiadomą polityką państwa i nie tylko.
Ja ojcu moich dzieci jestem wdzięczna za to, że od czasu jak od niego odeszłam ani raz, dosłownie ani raz nie próbował się z dziećmi kontaktować. Ale za każdym razem jak robiłam podwyżkę alimentów /3 razy w ciągu 20 lat/ płakał i lamentował przed sędzią, że to ja utrudniam mu kontakty z dziećmi.Jak odchodziłam jedno dziecko miało 1,4 /rok i cztery miesiące/, z drugim byłam w ciąży. Była alkoholikiem, damskim bokserem, mentalnie talibem. Fruwałam po ścianach bedąc w ciązy, a potrafił nawet rzucić we mnie płaczącym dzieckiem, bo się zirytował, a co nie miał prawa? Kto mu nie da. Najpierw mnie straszył, że sobie rady nie dam z dziećmi , jak ostrzegałam że odejdę, potem mnie straszył, że mi dzieci zabierze, potem, że mnie znajdzie albo kogoś na mnie naśle, żeby mi łeb ukręcił a dzieci mogą iść do obcych ludzi. Może mi tez powiesz, że sama go sobie wybrałam, a tak owszem, tylko on taki nie był, mało on miał juz dziecko, którego matka umarła i mysląc, że tym bardziej będzie mu zależało na dobru rodziny wdepnęłam w to.
Oczywiście w trosce o dzieci i ich kontakt z ojcem, mając świadomość jaki jest ich ojciec a jednak pomimo to, spróbowałam ich jakoś "sspotkać". Przyszły świeta, zaproponowałam żeby dzieci zadzwoniły do taty z życzeniami . Córka miała wtedy 5 lat, syn 3. Obydwoje z wypiekami na twarzy, radością i nadzieją w oczach nie mogły się doczekać az wykręcę do niego numer. I co? Po minucie rozmowy, córce stanęły łzy w oczach i oddała słuchawkę mnie, ja synowi pytając córkę już wtedy jawnie płaczącą co sie stało. Nie odpowiedziała mi i mimo, że od tamtego czasu minęło 15 lat nie wiem, co on jej powiedział. Za chwilę było to samo z synem.Nigdy więcej nie chciały z nim kontaktu, nawet kartki na święta nie chciały wysłać . Dwa lata temu, kiedy córka miała już skończone 18 lat, robiłam ostatnią podwyżkę alimentów i tata znów wyskoczył ze stara piosenką, że on nawet dzieci nie zna, że ja mu tak utrudniam, że powiedziałam , że policję będę wzywać jak się z dziećmi będzie chciał widzieć, sędzia nie bardzo chciała mnie słuchać, że to nie prawda.Bo juz niestety panuje to przekonanie, że mściwe matki nie dają się ojcom widywać z dziećmi. Ale postawiłam sprawę jasno, że mnie nikt nie musi wierzyć, ale prosiłam o przesłuchanie dorosłej córki, którą z tej racji, że sprawa toczyła się w klasie maturalnej reprezentowałam w sadzie. Po kolejnej sprawie, na której uczestniczyła córka, syn był jeszcze niepełnoletni, dostałam alimenty w żądanej wysokości a tatuś taką naukę od sądu, że myślałam , że w nim zraniona pycha, buta i egoizm eksploduje. Teraz ile może mści się, przysyłając alimenty kiedy chce, a często dopiero po moich listownych groźbach, że oddam go do komornika. Natomiast ja popadam w długi i problemy zdrowotne, bo NIE JESTEM Z ZELAZA. I tu jest ewidentne mszczenie się , bo jeżeli on dostaje pensję 10, zawsze i regularnie to ja też powinnam dostać w określonym dniu plus minus 1 dwa dni, niestety.
Opisałam jeden fakt, a mogłabym ho ho ho, tylko komu będzie się chciało to czytać. Natomiast słuchać i to na prawdę słuchać skarżących się matek , nie dorabiac do tego jakiejś idiotycznej filozofii, tylko najwyżej pokazać jej punkt widzenia, potem porozmawiać z dzieckiem, potem zrobić wywiad środowiskowy, to juz chyba za duzo, dla naszych służb.
Najlepiej wzystko do jednego worka, matki za łby, bo wiadomo one zawsze winne, a jak sie coś stanie to taka była wola Boga.
Taka często nie była wola Boga, bo te biedne matki mówią przecież jakimś językiem, a jeśli sprawiają wrażenie niepewnych czy pogubionych, to nie dlatego, że kłamią tylko dlatego, że takie są. Oczywiście są wyjątki od reguły.
Tylko, niech nie stanie sie regułą, że dziecko MUSI mieć ojca, bo to sie robi po prostu niebezpieczne.