Hej, jestem tu całkiem nowa, na forum wpadłam dziś przez przypadek, mam nadzieję, że tak jak innym, pomożecie mi spojrzeć na sytuacje z innej perspektywy.
Zacznę może od tego, że w tą niedzielę rozstałam się po roku związku z moim chłopakiem. Mam 21 lat, a on (K.) będzie miał w tym roku 32. Tak wiem, ogromna różnica. By dodać "pikanterii" jesteśmy dalekimi krewnymi, mimo to nasze rodziny się dość dobrze znają. Chcąc dobrze opisać moją sytuacje muszę wspomnieć, że mój pierwszy chłopak bardzo mnie skrzywdził, a K., jeszcze, jako krewny, pomógł mi się uporać z rozstaniem, wyciągnął z kompleksów nabytych przez byłego. Po tym czasie, po kilkunastu nietraktowanych przeze mnie, jako randka spotkaniach(w końcu dla mnie to był krewny), poczułam, że się w nim zakochałam. On zresztą jak mi później wyznał, zakochał się trochę wcześniej i późniejsze spotkania były skierowane na konkretny cel. Czyli jakby nie mówić, uwiódł mnie
Po pierwszym związku, ja z natury nieufna, tym bardziej byłam niepewna tego wszystkiego, tym bardziej, jeśli dodamy obawy pt. ?a co na to rodzina". Po ustalonym tygodniu testowym, nadszedł miesiąc, kolejny i tak do stycznia. Przez cały ten czas nikt z rodziny nie wiedział, cóż, nieraz musieliśmy się uciec do kłamstwa, co potem uznaliśmy za ogromny błąd, ale nie byliśmy sami tego wszystkiego pewni, więc takie oficjalne deklaracje mogłyby stać się źródłem niewygodnych sytuacji, gdyby się nie udało. K. nie miał do tej pory dobrej motywacji by się wyprowadzić z domu i zamieszkać przynajmniej samemu(ja mieszkałam w wynajmowanym mieszkaniu z innymi studiującymi). Niestety jego matka jest bardzo ciekawską osobą, zaczęła naciskać na nas z osobna, by dowieść, że jesteśmy razem(K. pod wpływam irytacji powiedział jej coś, przez co zaczęła nas w ogóle podejrzewać) twierdząc, że to dla naszego dobra, że nie toleruje kłamstwa, że mamy koniecznie się przyznać itp. Do tej pory mam do niej żal, ponieważ decyzja o tym czy zapowiadamy się oficjalnie należała tylko i wyłącznie do nas(słuszność tą moja mama poparła, gdy się już dużo później dowiedziała, choć nie popierała kłamstwa). Był to powód naszego "pierwszego rozstania?, poczułam się wtedy wszystkiemu winna, (mimo, że decyzja była wspólna), zmęczona całą sytuacją. Jednak udało się nam wszystko wyjaśnić i wrócić do siebie.
Dwa miesiące później zaczęła się moja sesja. Byłam wtedy na I roku studiów architektury, egzaminy ciężkie, więc prawie "zniknęłam" na ten czas, co K. miał mi mocno za złe(jakby nie pamiętał, że sam studiował-taka jest moja opinia). Po egzaminach naszła mnie większa ochota na wychodzenie samej ze znajomymi, na imprezę, do pubu, chciałam pobyć trochę z ludźmi w moim wieku, odciąć się. Przy którymś razie, gdy niezadowolony dowiadywał się o moich planach(nawet, jeśli on sam nie mógł wyjść), po prostu zaczęłam kłamać, że jestem zajęta, a będąc na imprezie, by nie widzieć jego złości. Rozstaliśmy się po raz drugi. Jednak znów udało nam się po jakimś czasie pogodzić. Wybaczył mi kłamstwa, choć uczulił się na nie.
Kłamanie na tym etapie weszło mi już mocno w nawyk, było bardzo wygodne mówić, że mam projekt do skończenia. Ale nawet wtedy po chwili wściekłości, mi wybaczał. Obiecałam, że zacznę walczyć z tym i zaczęłam, było lepiej. Przez cały czas naszej znajomości(nie tylko związkowej), zabrzmi to jak w telenoweli, "czytamy sobie w myślach", nie tylko wypowiadaliśmy kwestie, które partner pomyślał, ale później nawet wyczuwaliśmy swoje działania. Co z tego skoro ostatecznie się "pokojowo" rozstaliśmy.
Wyglądało to tak, że przez większość wakacji popadłam w swój kolejny samotniczy tryb życia, (co jakiś czas mam potrzebę bycia ze sobą, jestem indywidualistką z natury, nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego np. mam ochotę przez tydzień z nikim się nie spotykać, nie rozmawiać, pisać, wiem, dziwna jestem), co doprowadziło do tego momentu, w którym ja tym razem stwierdziłam, że nie chcę tego naprawiać. K. natomiast twierdził, że jedna osoba sama tego nie naprawi, więc zakończyliśmy znajomość. Ale umówiliśmy się, że odezwiemy się do siebie za rok. Obiecałam mu, że się do niego nie będę odzywać, uszanuję jego wolę. Mamy czwartek, a mnie się płakać chce, ciężko mi przejść do stanu, w którym podobno przecież chciałam być, czyli bycia samej. I teraz nie wiem czy go kocham i tylko trochę się w związku zmęczyłam, czy to zachowanie psa ogrodnika, a może jak to mówi moja mama "jak mamy być razem to będziemy, prędzej czy później" i czekać ten rok, pracować nad sobą, swoim charakterem, skupić na studiach i zobaczyć, co będzie(świetnym przykładem są moi rodzice, którzy rozstawali się trzy razy, nawet na dwa lata), tylko boję się czy nie będzie za późno, a ja dalej będę żyła nadzieją. Czy może tak ma być i będzie lepiej, bo przecież "całe życie przede mną", taka różnica wieku, wizja posiadania dzieci nie jest dla mnie aktualnie radosna(, choć K. twierdzi, że mu się nie spieszy i sam też nie chce), bo on dzięki temu znajdzie sobie pełnowartościową dziewczynę, która będzie go w pełni kochać(nie wnikając w szczegóły nie uprawialiśmy pełnego seksu od kilku miesięcy, powoduje to u mnie ból, co powodowało wspólną frustrację i moją niechęć, może to też nas oddaliło, ale nigdy nie robił mi z tego powodu wyrzutów). A może jestem tylko jeszcze niewiedzącą, czego chce gówniarą, która musi dorosnąć, a która brzmi jak desperatka.
Przepraszam, że tak długie, chciałam to dobrze opisać. Pozdrawiam