Witam wszystkie netkobietki,
odkrylam ta strone calkiem niedawno i jestem prze szczesliwa, ze jest tu tyle przeroznych tematow a przede wszsystkim, tyle pomagajacych sobie kobiet! To dodaje otuchy! Wiec z gory bardzo dziekuje osobom ktore beda mialy na tyle cierpliwosci i oczywiscie checi na to zeby mi odpisac.
Mam 24 lata, jestem zazwyczaj usmiechnieta i otwarta dla wszystkich osoba ale mam niestety bardzo ciezki charakter...
Glownie chodzi o to, ze od prawie czterech miesiecy spotykam sie z moim przyjacielem. Znamy sie wiele lat, kilka lat temu bylismy juz w zwiazku przez krotki czas. Ale wiadomo, bylismy nastolatkami, to bylo jeszcze szczeniackie. Pozniej zakochalam sie na zaboj w kims innym, bylam w tym zwiazku przez 2 lata, snuly sie juz plany zyciowe, itd. Po czym ten chlopak ze mna zerwal. Co bardzo mocno przezylam i juz ciezko mi bylo pozniej zwiazac sie z kim kolwiek. Po czym, bylam sama prawie dwa lata.
Moj obceny chlopak, wtedy moj przyjaciel, zawsze byl dla mnie kiedy go potrzebowalam, dalej bylismy przyjaciolmi mimo tego, ze duzo sie miedzy nami wydarzylo zlego ale nigdy kontakt sie nie urwal.
Jakis czas temu, wyznal mi, ze tak naprawde zawsze udawal mojego przyjaciela, bo jest we mnie zakochany i chcial mnie miec blisko. To byl dla mnie szok... Dlugo o tym wszystkim myslalam, zaczelam sie zastanawiac wlasciwie jakby to bylo razem teraz, kiedy juz jestesmy starsi i madrzejsi. I BAM! Powiedzialam mu, ze mozemy sprobowac.
Jest osoba ktora zrobilaby dla mnie wszystko, znosi wszystkie moje humory (nie kazdy by potrafil!) i zbyt latwo mi poblaza, jest bardzo mily i w ogole. A ja zachowuje sie po prostu jak mi zawieje.
Dziwnie bylo przejsc z relacji przyjacielskiej na partnerska ale pomalu sie przyzwyczajalam, bylo calkiem fajnie, zaczelam sie zastanawiac co do niego czuje bo widzialam, ze tego oczekuje. Mowil mi otwarcie, ze mnie kocha i oczami pozeral moj wzrok jakby oczekiwal jakiejs odpowiedzi... A ode mnie wychodzil tylko usmiech...
Po trzech miesiacach wyszlo ode mnie "ja Ciebie tez" - i juz wiecej tego nie powiedzialam. Do dzis mam sobie za zle, ze tak szybko na to odpowiedzialam wcale nie bedac tego pewna.
Nie moge sie przyzwyczaic do tego, ze ktos jest dla mnie az tak mily i dobry. Cokolwiek mu zaproponuje, czy chodzi o wyjscie czy cos, zawsze jest za. Czesto sie ze mna zgadza, ciagle mnie chwali. A ja jestem typem kobiety ktora zawsze lubila tzw. "bad boys-ow!" i nawet komplement z jego strony, ze jestem ladna czy cos w tym stylu, potrafi wytracic mnie z rownowagi. Moze to zabrzmi kretynsko, ale brakuje mi tego, ze czasami facet mnie olewa, ze zaznacza ta swoja "wyzsza pozycji" w naszych relacjach - oczywiscie w pozytywny sposob. Zeby nie bylo, w zyciu nie pozwalam soba pomiatac, ale wiem, ze rozumiecie o co mi chodzi. Tutaj mam tak naprawde wszystko na tacy, on zna moj ciezki charakter i wydaje mi sie, ze boi sie mi sie stawic przed obawa, ze mnie straci...
Ciagle mysle o tym, czy dobrze robie. Mam takie dni kiedy chce z nim byc bo bardzo mi na nim zalezy a sa takie dni kiedy mam ochote byc sama, nie pisac do niego, nie widziec go i po prostu pobyc sama ze soba.
Nie mam wysokich wymagan, po prostu chce kogos pokochac bezwarunkowo, nie musiec nikogo zmieniac a w tym zwiazku niestety duzo rzeczy mnie denerwuje mimo tego, ze nie jedna dziewczyna by mi puknela w czolo, ze tak potrafie sie zachowac z tak fajnym facetem... Czesto mysle sobie, ze problem tkwi we mnie, bo milosc przeciez nie zawsze jest piekna i kolorowa, trzeba duzo dawac z siebie i jak to sie mowi "nie szukac idealow". Ale czy za kazdym razem kiedy czlowiek sie zakochuje, nie jest to tak jak za pierwszym razem? Czy skoro teraz nie mam zadnych przekonan co do moich uczuc, to czy bede miala je pozniej, z czasem ?
Boje sie, ze jak go zostawie to zrobie wielki blad bo dzisiaj juz takich mezczyzn praktycznie nie ma i ze bede zalowac. Ale czasami sama czuje, ze robie duzo rzeczy na sile. Nie mysle o poznaniu kogos innego bo nawet nie mam ochoty. Nie wiem co robic i co juz Wam pisac. Chce byc szczesliwa ale sama sie gubie we wszystkim... Dlatego tu jestem. Wiem, ze go ranie ale ja tez tego doswiadczalam i chyba nie jestem swiadoma tego co robie. Czasami mi sie wydaje, ze bardziej niz milosci potrzebuje poczucia bezpieczenstwa... Sama nie wiem. Moze ja nie potrafie kochac?
Dlatego, please, help me...