ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 13 ]

Temat: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Witam,

ponad 3 lata temu poznałem dziewczynę. Na początku się przyjaźniliśmy, dobrze nam się rozmawiało, umieliśmy nadawać na tych samych falach, po prostu super, ale nie miałem ochoty na nic więcej, tak samo jak ona. Jednakże po okresie około pół roku zacząłem dostrzegać jej kobiece walory. Co prawda nie chciałem się z tym zdradzać, ale domyślacie się jak wyszło - w niedługim czasie to napięcie seksualne jakie się między nami wytworzyło, w końcu musiało mieć swoje ujście w łóżku. Wtedy myśleliśmy, że to tylko tak jednorazowo, do czasu aż stało się to kolejny raz. W końcu uznaliśmy, że to chyba raczej stały związek.. ale tak na prawdę w dużej mierze chodziło o seks - mam tutaj na myśli pierwszy rok funkcjonowania związku. Czyli ten rok można podsumować najlepiej - przyjaźń i seks. Oczywiście to nie było coś w rodzaju związku bez zobowiązań, z przyzwoleniem na zdradę itp. byliśmy wobec siebie wierni i ufaliśmy, nawet nie podejrzewaliśmy nic, a nic. Wszystko zaczęło obracać się w złą stronę właśnie około rok od rozpoczęcia tych relacji. W grę zaczęły wchodzić uczucia, dodam, że ani ja, ani ona nie mówiliśmy otwarcie w stylu "kocham cię" itp. itd. Jednakże było tak jakby nam obojgu przestało zależeć wyłącznie na seksie (bardziej jej przestało zależeć). Zaczęliśmy się częściej kłócić, częściej mieć do siebie pretensje, tak na prawdę bez powodu. W końcu coraz rzadziej uprawialiśmy ze sobą seks, oczywiście ja cały czas zapotrzebowanie miałem takie samo jak na początku, jednakże zacząłem odczuwać od niej, że ona nie potrzebuje się tak często kochać. Więc zacząłem mieć z tego powodu do niej wyrzuty, że skąd ta przemiana itp. oczywiście o żadnym kochanku nawet nie było mowy. Wtedy także pojawiła się też pierwsza zazdrość jej o mnie, była zazdrosna o jakieś tam inne dziewczyny, z którymi przypadkowo się spotkałem, oczywiście czysto koleżeńsko. Idąc dalej tym wszystkim, jakby przestawić nas związek na wykresie, można by było porównać go do paraboli, gdy byliśmy ze sobą rok, to był wierzchołek tej paraboli, potem rozpoczęła się powolna lecz sukcesywna tendencja do spadku. Aż w końcu coraz więcej kłótni, coraz więcej nie miłych słów powodowało, że coraz bardziej zaczynaliśmy się różnić. W końcu nastąpił ostateczny okres, kiedy to przez multum obowiązków nie mieliśmy po prostu czasu się ze sobą spotkać. Jednakże ja ten czas potrafiłem znaleźć, bo uważałem, że mi zależy (ale nie potrafiłem powiedzieć, że kocham, tak samo jak ona, szczerze to czekałem aż ona to pierwsza powie, cały czas było na zasadzie, że nam obojgu zależy i na tym koniec) Kilka razy było tak, że ona obiecywała mi, że znajdzie czas w końcu, na weekend, albo w jakiś dzień, że spędzimy go całego razem itp. jednakże w ostatniej chwili mówiła, że jednak coś jej wypadło. Bardzo, ale to bardzo się na to wkurzałem i miałem o to do niej wyrzuty, że co ona sobie myśli. W końcu po którymś razie, gdy odwołała spotkanie, a ja znów miałem o to pretensje, mocno się pokłóciliśmy i przestaliśmy do siebie odzywać na jeden dzień. Dla nas to było bardzo długo, bo dodam, że kontakt mieliśmy bardzo dobry, mimo że się kłóciliśmy to często dzwoniliśmy do siebie itp. następnego dnia ona odezwała się i powiedziała, że to jest bez sensu bycie razem, skoro już nawet się do siebie nie odzywamy, jednakże w jakiś sposób bardzo mozolnie, przynajmniej ja tak uważałem, że wszystko wraca do normy i będzie dobrze. Lecz tak naprawdę było tak samo i dalej jej brak czasu na spotkania, zacząłem odbierać jako brak chęci do spotkania i dalej się o to kłóciliśmy. Aż w końcu ta kłótnia sięgnęła zenitu i oboje powiedzieliśmy bardzo nie miłe słowa do siebie. Żałowałem tego jak ch... i w ogóle, wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę ją kocham, że bardzo mi na niej zależy, chciałem to odkręcić, oczywiście w miarę normalnie, bez żadnego błagania o wybaczenie czy coś, tylko normalnie. tak naprawdę to pewny byłem, że sytuacja jest do opanowania. Spotkaliśmy się pogadaliśmy, było w miarę w porządku, ale widać było, że jest coś nie tak, ona powiedziała, że musi się zastanowić nad tym czy chce jeszcze ze mną być, czy to ma jeszcze jakiś sens, jednocześnie mówiąc, że coś do mnie czuję, że darzy mnie uczuciem, ale tak na prawdę to sama nie wie. Minęło parę dni, i nic się nie poprawiło. Moim zdaniem, żeby coś naprawić to trzeba się za to zabrać, zacząć spotykać i o tym rozmawiać, być po pierwsze szczerym w uczuciach, jednakże ona jak zwykle unikała spotkania. Więc postawiłem jej ultimatum, że jak się to nie zmieni to faktycznie to nie ma sensu, bo jak może mieć sens skoro nie spotykamy się ze sobą? oczywiście to nie poskutkowało, a ona dalej, że ona nie wie i musi się zastanowić. Postanowiłem, że jej w tym zastanowieniu trochę pomogę i przedstawiłem jej swoje uczucia jak na tacy, myślałem, że tego oczekuje, z uwagi na to, że wczesniej tego nie robiłem. Powiedziałem, że ją kocham i chce z nią być, przeprosiłem za wszystko co było źle z mojej strony i wyraziłem wielką chęć naprawienia tego i zbudowania czegoś nowego na starym, mocnym już fundamencie.. ale odpowiedzi dalej nie ma, a z jej strony tylko "nie wiem". Powiem szczerze, że załamałem się. Dotarło do mnie, że ją kocham, ale tak jakby było już za późno. Ona oznajmiła mi, że na chwilę obecną nie chcę ze mną być, ale się nad tym zastanawia. Znam ją i wiem, że nawet jak dojdzie do wniosku, że chce to nie powie mi o tym, bo zwyczajnie będzie się bała do tego wracać, ale z drugiej strony nie mogę już więcej wychodzić z inicjatywą i jej namawiać, bo to nie może być jakiś przymus, a ona sama musi wiedzieć czego chce.
Szczerze mówiąć to po tej całej sytuacji wpadłem normalnie w depresje, sam w to nie wierzę. Nie miałem nigdy problemu z kobietami, nigdy nie podejrzewałem siebie, że tak mi będzie zależeć. Wielokrotnie rozmyślałem to, czy zerwać z nią czy nie, bo coś mnie w niej wkurzało, jakieś szczegóły i myślałem sobie "przecież nie będę z nią do końca życia" itp. itd. (tak to było głupie , a nawet bardzo) , ale ona wtedy była dla mnie taka kochania i dobra, że nie mogłem tego zwyczajnie zrobić. Zawsze udowadniała to jak bardzo jej na mnie zależy, a tak na prawdę to ja zawsze odstawałem od niej. Zawsze to mi mniej zależało. I teraz biję się w pierś, że byłem taki bez uczuciowy, że nie potrafiłem i nie zależało mi na tym, żeby pokazać jej, że mi też zależy.. tylko na koniec to zrozumiałem jak już wydaje się, że jestem w sytuacji bez możliwości powodzenia...

Na te forum trafiłem przypadkiem, nie mogłem się otrząsnać po tym wszystkim i dalej nie mogę, postanowiłem, że tutaj napiszę, że być może to mi jakoś pomoże. Najchętniej w tym momencie zadzwoniłbym do niej i powiedziałbym, że ją kocham jak diabli i wróć do mnie natychmiast, bo normalnie umrę z rozpaczy. Tak, tak po prostu załamałem się psychicznie i życie straciło dla mnie jakby sens, na nic nie mam ochoty i w ogóle, ale wiem że to tylko pogarsza sprawę i wiem, że trzeba to tylko przetrwać, nie myśleć i tyle. Ale po prostu nie umiem nie myśleć, a najgorsze jest to, że ja CHCĘ o tym i o niej myśleć, że mam i chcę mieć ciągle nadzieje na naprawę tego.. i to jest w tym wszystkim najgorsze. po prostu ją kocham.

Aha dodam jeszcze, że jej głównym argumentem jest to, że ciągle się kłócimy, że przez to są tylko złe emocje. Nie potrafi zrozumieć tego, że kłócimy się przez to, że ja mam pretensje o to, że się nie spotykamy. Że ona nie potrafi znaleźć czasu aby się spotykać, z tego były te najcięższe kłótnie... Pytałem się jej wprost czy chce to całkowicie zakończyć, tak definitywnie, to pozostawiła to bez odpowiedzi. I cały czas tylko 'nie wiem', 'nie wiem', ' nie wiem'. Dostaję pie....lca

Przepraszam, że tak długo i być może straszne bzdury, ale to pod wpływem emocji. Mam jednak nadzieję, że komuś będzie się chciało to przeczytać i w jakiś sposób to skomentować.

pozdrawiam gorąco

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Heh, aż mi się przed oczami pojawiło to co wklejałem bodajże przedwczoraj. No jest tak, wyłożyłeś swoje uczucia na tacy, prosiłeś, chciałeś naprawiać, wytarzałeś się w tym "gównie żałości" za co w zamian dostałeś "nie wiem". (w sumie takie kobiece prawo nie wiedzieć..)

Pani ma Cie całego wyłożonego na srebrnej tacy i to ona kontroluje sytuację. Facet, czas spieprzać z tej tacy. CHIRURGICZNIE musisz odciąć się do czasu aż dojdzie do pani czego właściwie chce. Oczywiście przypuszczam że tego nie zrobisz, bo Cie jeszcze zdrowe myślenie nie nawiedziło - ale to jedyne słuszne (i sensowne) rozwiązanie (jak dla mnie).

Życie mam tylko jedno!

3 Ostatnio edytowany przez USCSS (2013-10-04 08:22:40)

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Jak pisze Kal-El.

Wyłożyłeś towar na ladzie, a klient go nie chce, keci nosem. Nie wie. Marnuje Twój czas, czas zamknąć kram i iść dalej. Nad ponownym otwarciem zastanów się jeśli sam klient zacznie mocno się dobijać - ale na to specjalnie nie licz.
Ja byłem w odwrotnej sytuacji - mówiłem "nie wiem", ale tylko dlatego, że nie wiedziałem jeszcze jak powiedzieć "nie dzięki".

4 Ostatnio edytowany przez zraniona.d (2013-10-04 08:41:35)

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie
kalimek92 napisał/a:

Witam,

ponad 3 lata temu poznałem dziewczynę. Na początku się przyjaźniliśmy, dobrze nam się rozmawiało, umieliśmy nadawać na tych samych falach, po prostu super, ale nie miałem ochoty na nic więcej, tak samo jak ona. Jednakże po okresie około pół roku zacząłem dostrzegać jej kobiece walory. Co prawda nie chciałem się z tym zdradzać, ale domyślacie się jak wyszło - w niedługim czasie to napięcie seksualne jakie się między nami wytworzyło, w końcu musiało mieć swoje ujście w łóżku. Wtedy myśleliśmy, że to tylko tak jednorazowo, do czasu aż stało się to kolejny raz. W końcu uznaliśmy, że to chyba raczej stały związek.. ale tak na prawdę w dużej mierze chodziło o seks - mam tutaj na myśli pierwszy rok funkcjonowania związku. Czyli ten rok można podsumować najlepiej - przyjaźń i seks. Oczywiście to nie było coś w rodzaju związku bez zobowiązań, z przyzwoleniem na zdradę itp. byliśmy wobec siebie wierni i ufaliśmy, nawet nie podejrzewaliśmy nic, a nic. Wszystko zaczęło obracać się w złą stronę właśnie około rok od rozpoczęcia tych relacji. W grę zaczęły wchodzić uczucia, dodam, że ani ja, ani ona nie mówiliśmy otwarcie w stylu "kocham cię" itp. itd. Jednakże było tak jakby nam obojgu przestało zależeć wyłącznie na seksie (bardziej jej przestało zależeć). Zaczęliśmy się częściej kłócić, częściej mieć do siebie pretensje, tak na prawdę bez powodu. W końcu coraz rzadziej uprawialiśmy ze sobą seks, oczywiście ja cały czas zapotrzebowanie miałem takie samo jak na początku, jednakże zacząłem odczuwać od niej, że ona nie potrzebuje się tak często kochać. Więc zacząłem mieć z tego powodu do niej wyrzuty, że skąd ta przemiana itp. oczywiście o żadnym kochanku nawet nie było mowy. Wtedy także pojawiła się też pierwsza zazdrość jej o mnie, była zazdrosna o jakieś tam inne dziewczyny, z którymi przypadkowo się spotkałem, oczywiście czysto koleżeńsko. Idąc dalej tym wszystkim, jakby przestawić nas związek na wykresie, można by było porównać go do paraboli, gdy byliśmy ze sobą rok, to był wierzchołek tej paraboli, potem rozpoczęła się powolna lecz sukcesywna tendencja do spadku. Aż w końcu coraz więcej kłótni, coraz więcej nie miłych słów powodowało, że coraz bardziej zaczynaliśmy się różnić. W końcu nastąpił ostateczny okres, kiedy to przez multum obowiązków nie mieliśmy po prostu czasu się ze sobą spotkać. Jednakże ja ten czas potrafiłem znaleźć, bo uważałem, że mi zależy (ale nie potrafiłem powiedzieć, że kocham, tak samo jak ona, szczerze to czekałem aż ona to pierwsza powie, cały czas było na zasadzie, że nam obojgu zależy i na tym koniec) Kilka razy było tak, że ona obiecywała mi, że znajdzie czas w końcu, na weekend, albo w jakiś dzień, że spędzimy go całego razem itp. jednakże w ostatniej chwili mówiła, że jednak coś jej wypadło. Bardzo, ale to bardzo się na to wkurzałem i miałem o to do niej wyrzuty, że co ona sobie myśli. W końcu po którymś razie, gdy odwołała spotkanie, a ja znów miałem o to pretensje, mocno się pokłóciliśmy i przestaliśmy do siebie odzywać na jeden dzień. Dla nas to było bardzo długo, bo dodam, że kontakt mieliśmy bardzo dobry, mimo że się kłóciliśmy to często dzwoniliśmy do siebie itp. następnego dnia ona odezwała się i powiedziała, że to jest bez sensu bycie razem, skoro już nawet się do siebie nie odzywamy, jednakże w jakiś sposób bardzo mozolnie, przynajmniej ja tak uważałem, że wszystko wraca do normy i będzie dobrze. Lecz tak naprawdę było tak samo i dalej jej brak czasu na spotkania, zacząłem odbierać jako brak chęci do spotkania i dalej się o to kłóciliśmy. Aż w końcu ta kłótnia sięgnęła zenitu i oboje powiedzieliśmy bardzo nie miłe słowa do siebie. Żałowałem tego jak ch... i w ogóle, wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę ją kocham, że bardzo mi na niej zależy, chciałem to odkręcić, oczywiście w miarę normalnie, bez żadnego błagania o wybaczenie czy coś, tylko normalnie. tak naprawdę to pewny byłem, że sytuacja jest do opanowania. Spotkaliśmy się pogadaliśmy, było w miarę w porządku, ale widać było, że jest coś nie tak, ona powiedziała, że musi się zastanowić nad tym czy chce jeszcze ze mną być, czy to ma jeszcze jakiś sens, jednocześnie mówiąc, że coś do mnie czuję, że darzy mnie uczuciem, ale tak na prawdę to sama nie wie. Minęło parę dni, i nic się nie poprawiło. Moim zdaniem, żeby coś naprawić to trzeba się za to zabrać, zacząć spotykać i o tym rozmawiać, być po pierwsze szczerym w uczuciach, jednakże ona jak zwykle unikała spotkania. Więc postawiłem jej ultimatum, że jak się to nie zmieni to faktycznie to nie ma sensu, bo jak może mieć sens skoro nie spotykamy się ze sobą? oczywiście to nie poskutkowało, a ona dalej, że ona nie wie i musi się zastanowić. Postanowiłem, że jej w tym zastanowieniu trochę pomogę i przedstawiłem jej swoje uczucia jak na tacy, myślałem, że tego oczekuje, z uwagi na to, że wczesniej tego nie robiłem. Powiedziałem, że ją kocham i chce z nią być, przeprosiłem za wszystko co było źle z mojej strony i wyraziłem wielką chęć naprawienia tego i zbudowania czegoś nowego na starym, mocnym już fundamencie.. ale odpowiedzi dalej nie ma, a z jej strony tylko "nie wiem". Powiem szczerze, że załamałem się. Dotarło do mnie, że ją kocham, ale tak jakby było już za późno. Ona oznajmiła mi, że na chwilę obecną nie chcę ze mną być, ale się nad tym zastanawia. Znam ją i wiem, że nawet jak dojdzie do wniosku, że chce to nie powie mi o tym, bo zwyczajnie będzie się bała do tego wracać, ale z drugiej strony nie mogę już więcej wychodzić z inicjatywą i jej namawiać, bo to nie może być jakiś przymus, a ona sama musi wiedzieć czego chce.
Szczerze mówiąć to po tej całej sytuacji wpadłem normalnie w depresje, sam w to nie wierzę. Nie miałem nigdy problemu z kobietami, nigdy nie podejrzewałem siebie, że tak mi będzie zależeć. Wielokrotnie rozmyślałem to, czy zerwać z nią czy nie, bo coś mnie w niej wkurzało, jakieś szczegóły i myślałem sobie "przecież nie będę z nią do końca życia" itp. itd. (tak to było głupie , a nawet bardzo) , ale ona wtedy była dla mnie taka kochania i dobra, że nie mogłem tego zwyczajnie zrobić. Zawsze udowadniała to jak bardzo jej na mnie zależy, a tak na prawdę to ja zawsze odstawałem od niej. Zawsze to mi mniej zależało. I teraz biję się w pierś, że byłem taki bez uczuciowy, że nie potrafiłem i nie zależało mi na tym, żeby pokazać jej, że mi też zależy.. tylko na koniec to zrozumiałem jak już wydaje się, że jestem w sytuacji bez możliwości powodzenia...

Na te forum trafiłem przypadkiem, nie mogłem się otrząsnać po tym wszystkim i dalej nie mogę, postanowiłem, że tutaj napiszę, że być może to mi jakoś pomoże. Najchętniej w tym momencie zadzwoniłbym do niej i powiedziałbym, że ją kocham jak diabli i wróć do mnie natychmiast, bo normalnie umrę z rozpaczy. Tak, tak po prostu załamałem się psychicznie i życie straciło dla mnie jakby sens, na nic nie mam ochoty i w ogóle, ale wiem że to tylko pogarsza sprawę i wiem, że trzeba to tylko przetrwać, nie myśleć i tyle. Ale po prostu nie umiem nie myśleć, a najgorsze jest to, że ja CHCĘ o tym i o niej myśleć, że mam i chcę mieć ciągle nadzieje na naprawę tego.. i to jest w tym wszystkim najgorsze. po prostu ją kocham.

Aha dodam jeszcze, że jej głównym argumentem jest to, że ciągle się kłócimy, że przez to są tylko złe emocje. Nie potrafi zrozumieć tego, że kłócimy się przez to, że ja mam pretensje o to, że się nie spotykamy. Że ona nie potrafi znaleźć czasu aby się spotykać, z tego były te najcięższe kłótnie... Pytałem się jej wprost czy chce to całkowicie zakończyć, tak definitywnie, to pozostawiła to bez odpowiedzi. I cały czas tylko 'nie wiem', 'nie wiem', ' nie wiem'. Dostaję pie....lca

Przepraszam, że tak długo i być może straszne bzdury, ale to pod wpływem emocji. Mam jednak nadzieję, że komuś będzie się chciało to przeczytać i w jakiś sposób to skomentować.

pozdrawiam gorąco

Przykro mi ale nic tego nie będzie. Kobieta wyrażnie sobie pogrywa. Wiem co czuje bo ja byłam też tą kochającą a Pan był wiecznie zagubiony. Odpuść, nie odzywaj sie do niej. Uciekaj od niej mimo, że kochasz.

5 Ostatnio edytowany przez zraniona.d (2013-10-04 08:44:17)

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie
USCSS napisał/a:

Jak pisze Kal-El.

Wyłożyłeś towar na ladzie, a klient go nie chce, keci nosem. Nie wie. Marnuje Twój czas, czas zamknąć kram i iść dalej. Nad ponownym otwarciem zastanów się jeśli sam klient zacznie mocno się dobijać - ale na to specjalnie nie licz.
Ja byłem w odwrotnej sytuacji - mówiłem "nie wiem", ale tylko dlatego, że nie wiedziałem jeszcze jak powiedzieć "nie dzięki".

Nóż mi się otwiera jak czytam takie wypowiedzi. Przez takie osoby co niby nie wiedzą jak powiedzieć, słowo nie chce z Tobą być druga strona się męczy. Czysty egoizm, lepiej coś ciągnąć w zawieszeniu ... Brak mi słów. Jeśli kiedyś będziesz tą drugą stroną to zobaczysz sam jak to miło czekać na jakiś konkret a osoba będzie tak jak Ty dumać .. co tu  powiedzieć aby nie wyjść chamkę.

6 Ostatnio edytowany przez USCSS (2013-10-04 10:02:45)

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie
zraniona.d napisał/a:

Nóż mi się otwiera jak czytam takie wypowiedzi.

To mam nadzieję, że nie spotkamy się w ciemnej alejce wink

zraniona.d napisał/a:

Czysty egoizm, lepiej coś ciągnąć w zawieszeniu ... Brak mi słów. Jeśli kiedyś będziesz tą drugą stroną to zobaczysz sam jak to miło czekać na jakiś konkret a osoba będzie tak jak Ty dumać .. co tu  powiedzieć aby nie wyjść chamkę.

Widzisz, a mi zamiast noża w kieszeni otwiera się uśmiech na twarzy jak czytam kogoś zakładającego wszechwiedzę. Niespodzianka - w długiej (choć niektórzy by się śmiali czytając to) mej egzystencji na tym padole łez byłem po obu stronach barykady.
Cóż, z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle, ale zaręczam Cię - powody mojego "nie wiem" (które też bardziej dotyczyło tego co może w sobie zmienić, a nie mojej decyzji) były nieco odmienne od sugerowanych. Nie chodziło o moją opinię w oczach osoby "rzucanej", ale takie po prostu miałem wtedy poglądy, że uważałem iż nie powinienem obniżać czyjejś samooceny mówić wprost dlaczego mi nie odpowiada, bo odbierze to jako krytykę i wytykanie wad i poczuje się źle. Człowiek mądrzeje z wiekiem (taką mam nadzieję), a pierwsze związki rzadko bywają idealne, ale takich i Tobie i wszystkim szczerze życzę (nie pierwszych - idealnych, bez ironii).

Przepraszam za offtop, ale cytowana wypowiedź wydała mi się  iść nieco ad personam. Moderatorze, czuj się swobodnie usuwając ten post, jeśli taka jest Twoja wola.

7 Ostatnio edytowany przez zraniona.d (2013-10-04 10:17:29)

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie
USCSS napisał/a:
zraniona.d napisał/a:

Nóż mi się otwiera jak czytam takie wypowiedzi.

To mam nadzieję, że nie spotkamy się w ciemnej alejce wink

zraniona.d napisał/a:

Czysty egoizm, lepiej coś ciągnąć w zawieszeniu ... Brak mi słów. Jeśli kiedyś będziesz tą drugą stroną to zobaczysz sam jak to miło czekać na jakiś konkret a osoba będzie tak jak Ty dumać .. co tu  powiedzieć aby nie wyjść chamkę.

Widzisz, a mi zamiast noża w kieszeni otwiera się uśmiech na twarzy jak czytam kogoś zakładającego wszechwiedzę. Niespodzianka - w długiej (choć niektórzy by się śmiali czytając to) mej egzystencji na tym padole łez byłem po obu stronach barykady.
Cóż, z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle, ale zaręczam Cię - powody mojego "nie wiem" (które też bardziej dotyczyło tego co może w sobie zmienić, a nie mojej decyzji) były nieco odmienne od sugerowanych. Nie chodziło o moją opinię w oczach osoby "rzucanej", ale takie po prostu miałem wtedy poglądy, że uważałem iż nie powinienem obniżać czyjejś samooceny mówić wprost dlaczego mi nie odpowiada, bo odbierze to jako krytykę i wytykanie wad i poczuje się źle. Człowiek mądrzeje z wiekiem (taką mam nadzieję), a pierwsze związki rzadko bywają idealne, ale takich i Tobie i wszystkim szczerze życzę (nie pierwszych - idealnych, bez ironii).

Przepraszam za offtop, ale cytowana wypowiedź wydała mi się  iść nieco ad personam. Moderatorze, czuj się swobodnie usuwając ten post, jeśli taka jest Twoja wola.

Spokojnie nie chadzam po mieście z nożem ale z gazem pieprzowym  smile:):):).  Dostałam kiedyś w prezencie smile. Tylko jest jedno ale, zawsze samoocena osoby zostawionej spada do zera. Konsekwecje takiego zawieszenie odczuwa się bardzo długo. Wydaje mi sie, że wiekszą krzywdę robimy slowem nie wiem niż zrywając i określąc sie.

8

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

USCSS lepiej wywoływać uśmiech niż irytację tongue

9

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Dzięki za rady, tak zamierzam właśnie zrobić przestać się odzywać i czekać na to, aż ona coś zrobi, tylko boję się, że ona nic nie zrobi..
Poczekam te kilka dni, najwyżej ten weekend jakoś przeżyje a po nim będę myślał bardziej na trzeźwo co mogę dalej działać, odświeżę tez kontakty z dawnymi koleżankami tak żeby trochę się od tego otrząsnąć. Kto wie może po prostu przestanę o niej myśleć i ją oleje, to by było najlepsze wyjście.. ale tak na prawdę to szczerze w to wątpię, bo jednak na niczym nie zależy mi tak bardzo jak na naprawieniu sytuacji.

Tak teraz patrze na klawiaturę i dochodzę do wniosku, że zaczęły wypadać mi włosy. Nie no jakaś masakra.

10

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Ułatw sobie zadanie - wywal nr telefonu, gg czy innych takich głupot, bo któregoś razu napijesz się i Cie fantazja poniesie. smile

Życie mam tylko jedno!

11 Ostatnio edytowany przez zraniona.d (2013-10-04 13:19:04)

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie
Kal-El napisał/a:

Ułatw sobie zadanie - wywal nr telefonu, gg czy innych takich głupot, bo któregoś razu napijesz się i Cie fantazja poniesie. smile

Kal-El mądrze radzi ci smile.

12

Odp: ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Nie mogę, po prostu nie mogę. K*rwa dlaczego baby są takie, że jak im się wyłoży wszystkie uczucia na stół, pokaże się że się je kocha, to one przestają na ciebie wtedy zwyczajnie lecieć? No przecież to jest jakiś ewenement. Marzą o wielkiej miłości, a kiedy mają ją na wyciągnięcie ręki, kiedy wystarczy tylko chcieć, one po prostu nie chcą. Ale do k.... nędzy przez 3 lata chciała, i latała za mną.
Facet musi być egoistyczny w stosunku do kobiet, bo inaczej żadna na niego nie spojrzy poważnie, taka jest chora prawda o kobiecej psychice. Kiedy się odkryje i zacznie mu zależeć to traci tajemniczość i zwyczajnie nie pociąga baby. Spotkałem się z nią 3 dni temu, bo miała mi oddać moje spodnie i koszulkę, którą zostawiłem u niej w domu i sam o tym zapomniałem. Dobra spotkaliśmy się, porozmawialiśmy o pierdołach, wszystko ładnie pięknie, żartowaliśmy. I szczerze mówiąc sam nie wiem jak to się stało, ale zaczeliśmy rozmawiać o uczuciach, no bo ona w końcu miała się zastanowić , ble ble ble. Może sam sprowokowałem ten temat, już sam nie pamiętam. Wiem, że ostatecznie wyznałem jej, że ją szczerze kocham i chcę z nią być, że widzę tylko ją u swojego boku i nikogo innego. Ona na to, że myślała wcześniej, że mnie kocha, ale teraz sama nie jest pewna, że na pewno coś do mnie czuje ale nie wie co, i że na pewno nie chcę ze mną być. Narzekała na jakieś inne problemy, ale oczywiście nie powiedziała o co chodzi konkretnie. Zwalił mnie z nóg po prostu jeden z jej tekstów, że nigdy nic nie wiadomo, bo może kiedyś będziemy razem i ona nie może powiedzieć kiedy, bo tego nie wie (że za pół roku, rok) Ja jej na to, że jak sobie to wyobraża, że pewnie już nigdy więcej się nie zobaczymy, i czy warto rozwalać taki szczęśliwy (kiedyś) związek, że może nam się jeszcze udać. Ale cały czas nie, nie , nie. Na koniec pożegnałem się z nią, dałem jej to zrozumienia, że to raczej ostatni moment kiedy się widzimy, i odszedłem. Widziałem po niej, że jest jej przykro, unikała mojego wzroku..

przez ten cały czas kiedy się nie kontaktowaliśmy, ani nie widzieliśmy to szczerze powiedziawszy w jakimś stopniu zapomniałem o niej, oswoiłem się z myślą, że jej już po prostu nie ma , tak jakby zniknęła.. to zawsze jakiś sposób, bo jeżeli myślę, że ona tam gdzieś jest to szaleje.. co jakiś czas nie mogłem się powstrzymać i przypominały mi się jakieś sytuacje.. no ale teraz po tym spotkaniu tak jakby wróciły mi nadzieje i znowu spotkałem się ze ścianą. Już w ogóle nie mam ochoty na to by z tym walczyć, mam swoje obowiązki i nie mogę ich rzetelnie wykonywać. Mam ochotę rzucić pracę i studia i widywać się tylko z przyjaciółmi, których wtajemniczyłem. Waham się pomiędzy wk*rwieniem, a smutkiem. Sam już nie wiem czy mógłbym jej to wybaczyć, jej zachowanie, po prostu głupie zachowanie. Ale z drugiej strony, nie potrafię wyobrazić sobie innej kobiety w moim życiu. Nawet umówiłem się na spotkanie z nowo poznaną kobietą, było spoko, ale to nie to. Sama chciała się drugi raz ze mną spotkać, a ja po prostu nie miałem ochoty udawać, że jest wszystko w porządku, i że chcę z nią kręcić. Nie wiem myślałem, że jak się z kimś innym spotkam, to zapomnę, bo poczuję przynajmniej napięcie seksualne, i dzięki temu przestanę myśleć o niej. Ale tak nie jest. Już nawet nie mam ochoty nikogo poznawać i wchodzić w jakiekolwiek relację by je budować na nowo. Już nic mi się nie chcę, nawet spać. Dla zabicia czasu oglądam jakieś filmidła w internecie, by tylko odciągnąć myśli. W pracy nie robię absolutnie nic, tylko żeby przetrwać. Jak tak dalej będzie to nie będe musiał już nawet z niej odchodzić, bo sami mnie wywalą. Najgorsze jest to, że wiem że robię źle. Ale chyba mam coś nie po kolei w głowie, czy coś. Zadręczam siebie tymi myślami, i to w taki sposób jakbym nie miał nad tym kontroli. Tak jakby ktoś myślał za mnie. Zamkną mnie w końcu do jakiegoś zakładu dla psychicznie chorych i tak to się skończy, albo ktoś wcześniej mnie przejedzie, bo już nawet nie patrze gdzie idę, chyba z tego nie wysypiania się, już wszystko mi jedno, raz nawet jak wracałem z roboty miałem myśli samobójcze (żeby wyjść na ulicę, po prostu nie rozglądając się, a to były godziny szczytu i już nawet zrobiłem krok w stronę jezdni, że samochód przejechał po prostu centymetry ode mnie) i nic, żadnych emocji, żadnego strachu, miałem to zwyczajnie w dupie. Dopiero potem do mnie doszło, że jestem jakiś stuknięty, powiedziałem kumplowi i też powiedział, że jestem nienormalny. Każdy mi gada, żebym ją olał i miał ją w dupie, że zaraz znajdę inną, ale nie rozumieją tego, że ja nie chcę innej tylko tą. Już sam nie wiem co ja robię, rzeczy których wcześniej bym w życiu nie zrobił. Jak np. sytuacja kiedy poszedłem do kasyna przegrać po prostu pieniądze. Przecież nikt tam nie wygrywa, a ja poszedłem i przegrałem jak idiota. To było jeszcze z tydzień temu, przed tym ostatnim spotkaniem. Teraz mam ochotę dalej grać, chociaż wiem że i tak przegram jeszcze więcej. Rozmawiam z przyjaciółmi, mam bardzo dobrych przyjaciół, zajebistych kumpli, na których zawsze mogę liczyć, ale mimo iż wywalam im to wszystko, a oni mnie słuchają to i tak w momencie kiedy zostaje sam wraca to wszystko. Staram się zajmować jakimiś domowymi rzeczami, sprzątam czy coś. I wszystko mi się kojarzy z nią, jakieś drobiazgi, które zostawiła. Albo jakieś stare opakowania, chociażby po prezerwatywach. Jestem trochę bałaganiarz, bo szczerze to w ogóle nie sprzątam, i szczerze powiedziawszy to ona mi sprzątała w domu. Nie to, że ją wykorzystywałem, tylko sama chciała, zawsze mówiłem, że nie musi tego robić, a ona mimo wszystko to robiła. Wybaczcie, że wylewam tutaj te wszystkie smuty, bo inaczej tego się określić nie da, ale nie potrafię tego wszystkiego udźwignąć.

pozdrawiam wszystkich

Posty [ 13 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » ochłodzenie związku, aż w końcu rozstanie

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018