Witam,
ponad 3 lata temu poznałem dziewczynę. Na początku się przyjaźniliśmy, dobrze nam się rozmawiało, umieliśmy nadawać na tych samych falach, po prostu super, ale nie miałem ochoty na nic więcej, tak samo jak ona. Jednakże po okresie około pół roku zacząłem dostrzegać jej kobiece walory. Co prawda nie chciałem się z tym zdradzać, ale domyślacie się jak wyszło - w niedługim czasie to napięcie seksualne jakie się między nami wytworzyło, w końcu musiało mieć swoje ujście w łóżku. Wtedy myśleliśmy, że to tylko tak jednorazowo, do czasu aż stało się to kolejny raz. W końcu uznaliśmy, że to chyba raczej stały związek.. ale tak na prawdę w dużej mierze chodziło o seks - mam tutaj na myśli pierwszy rok funkcjonowania związku. Czyli ten rok można podsumować najlepiej - przyjaźń i seks. Oczywiście to nie było coś w rodzaju związku bez zobowiązań, z przyzwoleniem na zdradę itp. byliśmy wobec siebie wierni i ufaliśmy, nawet nie podejrzewaliśmy nic, a nic. Wszystko zaczęło obracać się w złą stronę właśnie około rok od rozpoczęcia tych relacji. W grę zaczęły wchodzić uczucia, dodam, że ani ja, ani ona nie mówiliśmy otwarcie w stylu "kocham cię" itp. itd. Jednakże było tak jakby nam obojgu przestało zależeć wyłącznie na seksie (bardziej jej przestało zależeć). Zaczęliśmy się częściej kłócić, częściej mieć do siebie pretensje, tak na prawdę bez powodu. W końcu coraz rzadziej uprawialiśmy ze sobą seks, oczywiście ja cały czas zapotrzebowanie miałem takie samo jak na początku, jednakże zacząłem odczuwać od niej, że ona nie potrzebuje się tak często kochać. Więc zacząłem mieć z tego powodu do niej wyrzuty, że skąd ta przemiana itp. oczywiście o żadnym kochanku nawet nie było mowy. Wtedy także pojawiła się też pierwsza zazdrość jej o mnie, była zazdrosna o jakieś tam inne dziewczyny, z którymi przypadkowo się spotkałem, oczywiście czysto koleżeńsko. Idąc dalej tym wszystkim, jakby przestawić nas związek na wykresie, można by było porównać go do paraboli, gdy byliśmy ze sobą rok, to był wierzchołek tej paraboli, potem rozpoczęła się powolna lecz sukcesywna tendencja do spadku. Aż w końcu coraz więcej kłótni, coraz więcej nie miłych słów powodowało, że coraz bardziej zaczynaliśmy się różnić. W końcu nastąpił ostateczny okres, kiedy to przez multum obowiązków nie mieliśmy po prostu czasu się ze sobą spotkać. Jednakże ja ten czas potrafiłem znaleźć, bo uważałem, że mi zależy (ale nie potrafiłem powiedzieć, że kocham, tak samo jak ona, szczerze to czekałem aż ona to pierwsza powie, cały czas było na zasadzie, że nam obojgu zależy i na tym koniec) Kilka razy było tak, że ona obiecywała mi, że znajdzie czas w końcu, na weekend, albo w jakiś dzień, że spędzimy go całego razem itp. jednakże w ostatniej chwili mówiła, że jednak coś jej wypadło. Bardzo, ale to bardzo się na to wkurzałem i miałem o to do niej wyrzuty, że co ona sobie myśli. W końcu po którymś razie, gdy odwołała spotkanie, a ja znów miałem o to pretensje, mocno się pokłóciliśmy i przestaliśmy do siebie odzywać na jeden dzień. Dla nas to było bardzo długo, bo dodam, że kontakt mieliśmy bardzo dobry, mimo że się kłóciliśmy to często dzwoniliśmy do siebie itp. następnego dnia ona odezwała się i powiedziała, że to jest bez sensu bycie razem, skoro już nawet się do siebie nie odzywamy, jednakże w jakiś sposób bardzo mozolnie, przynajmniej ja tak uważałem, że wszystko wraca do normy i będzie dobrze. Lecz tak naprawdę było tak samo i dalej jej brak czasu na spotkania, zacząłem odbierać jako brak chęci do spotkania i dalej się o to kłóciliśmy. Aż w końcu ta kłótnia sięgnęła zenitu i oboje powiedzieliśmy bardzo nie miłe słowa do siebie. Żałowałem tego jak ch... i w ogóle, wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę ją kocham, że bardzo mi na niej zależy, chciałem to odkręcić, oczywiście w miarę normalnie, bez żadnego błagania o wybaczenie czy coś, tylko normalnie. tak naprawdę to pewny byłem, że sytuacja jest do opanowania. Spotkaliśmy się pogadaliśmy, było w miarę w porządku, ale widać było, że jest coś nie tak, ona powiedziała, że musi się zastanowić nad tym czy chce jeszcze ze mną być, czy to ma jeszcze jakiś sens, jednocześnie mówiąc, że coś do mnie czuję, że darzy mnie uczuciem, ale tak na prawdę to sama nie wie. Minęło parę dni, i nic się nie poprawiło. Moim zdaniem, żeby coś naprawić to trzeba się za to zabrać, zacząć spotykać i o tym rozmawiać, być po pierwsze szczerym w uczuciach, jednakże ona jak zwykle unikała spotkania. Więc postawiłem jej ultimatum, że jak się to nie zmieni to faktycznie to nie ma sensu, bo jak może mieć sens skoro nie spotykamy się ze sobą? oczywiście to nie poskutkowało, a ona dalej, że ona nie wie i musi się zastanowić. Postanowiłem, że jej w tym zastanowieniu trochę pomogę i przedstawiłem jej swoje uczucia jak na tacy, myślałem, że tego oczekuje, z uwagi na to, że wczesniej tego nie robiłem. Powiedziałem, że ją kocham i chce z nią być, przeprosiłem za wszystko co było źle z mojej strony i wyraziłem wielką chęć naprawienia tego i zbudowania czegoś nowego na starym, mocnym już fundamencie.. ale odpowiedzi dalej nie ma, a z jej strony tylko "nie wiem". Powiem szczerze, że załamałem się. Dotarło do mnie, że ją kocham, ale tak jakby było już za późno. Ona oznajmiła mi, że na chwilę obecną nie chcę ze mną być, ale się nad tym zastanawia. Znam ją i wiem, że nawet jak dojdzie do wniosku, że chce to nie powie mi o tym, bo zwyczajnie będzie się bała do tego wracać, ale z drugiej strony nie mogę już więcej wychodzić z inicjatywą i jej namawiać, bo to nie może być jakiś przymus, a ona sama musi wiedzieć czego chce.
Szczerze mówiąć to po tej całej sytuacji wpadłem normalnie w depresje, sam w to nie wierzę. Nie miałem nigdy problemu z kobietami, nigdy nie podejrzewałem siebie, że tak mi będzie zależeć. Wielokrotnie rozmyślałem to, czy zerwać z nią czy nie, bo coś mnie w niej wkurzało, jakieś szczegóły i myślałem sobie "przecież nie będę z nią do końca życia" itp. itd. (tak to było głupie , a nawet bardzo) , ale ona wtedy była dla mnie taka kochania i dobra, że nie mogłem tego zwyczajnie zrobić. Zawsze udowadniała to jak bardzo jej na mnie zależy, a tak na prawdę to ja zawsze odstawałem od niej. Zawsze to mi mniej zależało. I teraz biję się w pierś, że byłem taki bez uczuciowy, że nie potrafiłem i nie zależało mi na tym, żeby pokazać jej, że mi też zależy.. tylko na koniec to zrozumiałem jak już wydaje się, że jestem w sytuacji bez możliwości powodzenia...
Na te forum trafiłem przypadkiem, nie mogłem się otrząsnać po tym wszystkim i dalej nie mogę, postanowiłem, że tutaj napiszę, że być może to mi jakoś pomoże. Najchętniej w tym momencie zadzwoniłbym do niej i powiedziałbym, że ją kocham jak diabli i wróć do mnie natychmiast, bo normalnie umrę z rozpaczy. Tak, tak po prostu załamałem się psychicznie i życie straciło dla mnie jakby sens, na nic nie mam ochoty i w ogóle, ale wiem że to tylko pogarsza sprawę i wiem, że trzeba to tylko przetrwać, nie myśleć i tyle. Ale po prostu nie umiem nie myśleć, a najgorsze jest to, że ja CHCĘ o tym i o niej myśleć, że mam i chcę mieć ciągle nadzieje na naprawę tego.. i to jest w tym wszystkim najgorsze. po prostu ją kocham.
Aha dodam jeszcze, że jej głównym argumentem jest to, że ciągle się kłócimy, że przez to są tylko złe emocje. Nie potrafi zrozumieć tego, że kłócimy się przez to, że ja mam pretensje o to, że się nie spotykamy. Że ona nie potrafi znaleźć czasu aby się spotykać, z tego były te najcięższe kłótnie... Pytałem się jej wprost czy chce to całkowicie zakończyć, tak definitywnie, to pozostawiła to bez odpowiedzi. I cały czas tylko 'nie wiem', 'nie wiem', ' nie wiem'. Dostaję pie....lca
Przepraszam, że tak długo i być może straszne bzdury, ale to pod wpływem emocji. Mam jednak nadzieję, że komuś będzie się chciało to przeczytać i w jakiś sposób to skomentować.
pozdrawiam gorąco