W moim domu panują dosyć luźne stosunki, syn (16 lat) ma sporo swobody w kwestii decydowania o sobie - wszystko po to, aby uczył się odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji własnej głupoty, a tym samym stopniowo wkraczał w dorosłość.
Jeśli chodzi o relacje na poziomie rodzic-dziecko, to jestem dosyć liberalna, ale wymagająca. W żartach jak najbardziej pozwalam na przekraczanie pewnych granic, których w innych okolicznościach przekraczać mu nie wolno, ale też widzę, że on nawet nie próbuje. Odkąd pamiętam nasz dom był wesoły, a relacje dosyć swobodne, aczkolwiek dostosowane do wieku dziecka, zdecydowanie bez nadętego sztywniactwa. Z synem nawiązałam raczej przyjacielskie, wręcz kumpelskie stosunki, co pozwala nam lepiej się komunikować i lepiej wzajemnie rozumieć zarówno potrzeby, jak i oczekiwania. Nigdy jednak nie pojawiają się wątpliwości co do tego, kto jest w tym układzie kim i do kogo należy ostatnie słowo.
Na szacunek konsekwentnie pracuję, starając się nigdy nie nawalać, a własną postawą pokazywać to, czego syna uczę. I rzeczywiście widzę, że tegoż szacunku nie muszę się domagać, bo on po prostu jest.
Jasne, że nastolatek usiłuje nas od czasu do czasu testować, wiercić dziurę w brzuchu czy usiłować się postawić, ale kiedy odmawiam, to nigdy nie odbywa się to na zasadzie ,,nie, bo nie", a raczej wymianą konkretnych argumentów, więc nawet jeśli Junior nie osiągnie tego, co zamierzał, to nie czuje się skrzywdzony ani tym bardziej nie przyjmuje postawy ,,zbitego psa".
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że do chwili obecnej przyjęta przez nas metoda doskonale się sprawdza - mamy ze sobą dobry kontakt, wzajemne zaufanie, a syn do tej pory nigdy poważniej nie zawiódł. Nie sprawia problemów, zawsze wiem gdzie jest i z kim jest, jeśli ma zamiar wrócić później, to mnie o tym uprzedza, gdy coś się wydarzy, to o tym mówi, nie bojąc się pochopnego osądzenia i kary. Owszem, jest leniwcem pospolitym :d, ale taki problem, to nie problem, tym bardziej, że postawiony do pionu szybko bierze się do roboty
.