Witajcie. Chcę poznać Wasze zdanie, bo sama już się pogubiłam.
Sprawa wygląda tak, że na powodzenie u mężczyzn nie narzekam. Zawsze wielu się ich kręci koło mnie. Ja jednak wiem mniej/więcej jaka osoba mogłaby być moim partnerem i nie dopuszczam do siebie każdego. Szukam też kogoś na stałe, przejechałam się kilka razy, szczenięce lata już za mną. Do rzeczy.
2 lata temu zakończył się mój związek, w którym było mi dobrze do czasu aż mnie nie oszukał i nie odszedł. Mimo odejścia szybko próbował sam wrócić, nie dałam mu tej szansy. W końcu odpuścił, poznał kogoś, ale nadal pisał, dzwonił, wystawał pod moimi drzwiami. W końcu z nią zerwał, zdecydował się walczyć o mnie ile będzie trzeba. Chciałam dać mu drugą szansę, ale jakoś nie potrafiłam. Zrozumiał, gdy poznałam innego... Na chwilę odpuścił, stanął z boku. Z tym drugim było mi na początku fajnie, jak to w pierwszych dniach. Jednak zaczęły wychodzić poważne problemy, z zaufaniem, z tym, że został kiedyś poważnie zraniony. Chciałam mu pomóc się z tym uporać, ale nie wyszło. Kilka razy poważnie mnie zranił swoimi podejrzeniami, pretensjami, nerwami. Odpuściłam więc walkę, odeszłam, póki znajomość trwała krótko. I co dalej?
Nagle były się obudził, że jestem wolna, że znowu może o mnie walczyć. I walczy zacięcie, do upadłego.
A ten drugi? zrozumiał, że mnie stracił, wpadł w panikę i to samo. Walczy do upadłego.
Jestem w dziwnej sytuacji gdzie wypycham jednego drzwiami a drugi wchodzi oknem. Dostaję drogie prezenty choć ich nie przyjmuję to one i tak stoją pod drzwiami.... Obaj na zmianę mnie odprowadzają, przyprowadzają, jak nie odpiszę wydzwaniają, jak nie odbieram, stoją pod drzwiami i czekają godzinę dwie aż wrócę z pracy nawet w deszczu i na chłodzie. Obaj biją się w pierś, że są idiotami, że dopuścili do tego, że odeszłam i mimo moich słów "daj mi już spokój, chcę być sama" oni nadal walczą.
Wygląda to bardzo romantycznie, ale powoli jest dla mnie bardzo kłopotliwe. Obawiam się, że w końcu skończy się na tym, że w tym samym czasie będą gdzieś na mnie czekać np pod domem i wyjdzie z tego problem. Obaj poświęcili i poświęcają dla mnie dużo, obaj też mnie zranili.
Od jakiegoś czas myślę, by dać któremuś szansę. Z pierwszym jest jakoś spokojniej, ten drugi jest zbyt nerwowy i poza ogromną falą miłości potrafi mnie też stłamsić tym swoim chamskim zachowaniem, podejrzeniami itp. Wiem z czego to się bierze, ale nie usprawiedliwia do to i nie wyrażam na to zgody. On prosi bym pomogła mu się z tym uporać, ale od tego chyba są specjaliści a nie nowo poznana dziewczyna? Jest coraz gorzej, nie da się zerwać kontaktu zupełnie, bo wtedy wystaje pod domem, nie mogę swobodnie nic zrobić, bo mogę być obserwowana i potem zaleją mnie smsy z wyrzutami. Ale mimo tego martwię się o niego, on się na prawdę zakochał i teraz cierpi (zaczął chorować). A ten pierwszy.. jest lepiej, bardziej przekonuje mnie do siebie, wspiera, czeka cierpliwie nawet nie mając szansy na to, że kiedyś na niego spojrzę inaczej.
Co byście zrobiły na moim miejscu? Jest też opcja poszukać sobie zupełnie nowego partnera - ale w najbliższym czasie to odpada z powodu tych dwóch oraz nie czuję się gotowa. Być sama? Tego się trzymam póki co, jako najlepszego wyjścia, ale oni i tak są wszędzie i chcą wszystko o mnie wiedzieć. Wybrać któregoś? Niby skłaniam się ku pierwszemu, ale nie chcę ranić drugiego, bo on to tak strasznie przeżywa.
... Proszę o rady!