Witam,
Chcialabym sie podzielic moim problemem, bo tak na prawde nie mam z kim o tym pogadac.
Jestem w zwiazku od 5 lat. Poznalismy sie w UK i zakochalismy sie w sobie bardzo mocno. Szybko okazalo sie, ze jestem w ciazy ale bylismy szczesliwi i zakochani. Moze to glupio zabrzmi, ale ta ciaza byla wlasciwie planowana, choc po tak krotkim czasie znajomosci (4 miesiace)- bylismy przekonani o swoim uczuciu. Na prawde swietnie sie dogadywalismy, bratnie dusze wrecz. Gdy urodzila sie mala dalej bylo cudownie, ja kontynuowalam studia, on pracowal. Po jakims czasie pojawila sie mozliwosc kupna naszego pierwszego domu. Dalej ukladalo nam sie cudownie, nawet teraz jak o tym mysle to az wydaje mi sie to nieprawdopodobne jak z tak glebokiego uczucie mozna przejsc w stan zupelnej obojetnosci jak to ma miejsce teraz. Ale po kolei. Kupilismy dom do remontu i nasza sytuacja materialna diametralnie sie pogorszyla. Wiadomo, ze problemy finansowe zawsze zle wplywaja na zwiazek, wiec tlumaczylam sobie, ze jak skonzymy ten cholerny dom to sie jakos ulozy...W marcu (do domu wprowadzilismy sie w pazdzierniku) okazalo sie, ze znowu jestem w ciazy. On niestety nie przyjal tej wiadomosci pozytywnie. Proponowal nawet aborcje. Z perspektywy czasu wydaje mi sie , ze to byl wlasnie przelomowy moment kiedy cos we mnie zaczelo sie zmieniac. Wiele czynniow sie na to skladalo, to ze np, zajeci codziennymi obowiazkami zupelnie zaniedbalismy siebie nawzajem, ciagle problemy i ekstrymalne zmeczenie, ja sfrustrowana tym, ze moje zycie nie wyglada tak jak sobie zaplanowalam, itd...Zatrzymalo sie zycie seksulane i ogolenie spirala frystracji i nieporozumien nakrecala sie sama. Ja jestem osoba, ktora w zwiazku bardzo sie angazuje- jestem uczuciowa, lubie byc bliskosc, wspolnie spedzac czas, robic sobie niespodzianki, itd..Natomiast zycie seksualne stoi jakby na drugim miejscu, szczegolnie gdy przemija ta faza pierwszej ekscytacji. Moj partner tez nie ma zbyt wysokich wymagan w porownaniu do facetow , z ktorymi bylam wczesniej. To, ze sie przestalismy zblizac bylo mi na reke, bo jak pisalam wczesniej stopniowo zaczelam sie od niego oddalac, widziec same wady,itd...I tak moje drugie dziecko ma 1,5 roku i taki stan rzeczy utrzymuje sie do teraz....
Ostatnio zaczleam sie duzo zastanawiac nad soba, chcialam sobie samej wytlumaczyc dlaczego tak sie dzieje. Ten czlowiek jest mi kompletnie obojetny a wrecz mnie denerwuje prawie wszystkim co robi. Wydaje mi sie kompletnie niemeski, nieatrakcyjny...Co mu musze oddac to fat ze jest swietnym ojcem. Na prawde wyjatkowym. Pomimo tego co mowil podczas drugiej ciazy, gdy mala sie urodzila zwariowal na jej punkcie. duzo mi pomaga i ogolenie nie ma w moim przypadku zadnych typowych problemow typu, maz mi nie pomaga, nei zajmuje sie dziecmi, zdradza, nie daje kasy, itd...Problemem u nas jest to, ze ja do niego juz kompletnie nic nie czuje.
W zeszlym roku pojechalismy na wakacje i zaczelam o tym gadac. Powiedzialam mu wtedy (wtedy jeszcze zdawalo mi sie ze to ma szanse), ze jak sie nie zacznie bardziej starac o nas to niestety, ale nie przewiduje naszego bycia razem w przyszlosci. Zaczal sie cisnieniowac, ze sama nie wiem czego chce, ze mi pomaga przy dzieciach, w domu, ze pracuje, nie pije , itd...No i wszystko sie zgadza, ale on zueplnie nie widzial potrzeby pielegnowania zwiazku.
Od tamtego czasu minal rok i w zasadzie nic sie nie zmienilo. Zylismy sobie normalnie, on co jakis czas domagal sie jakiegos zblizenia ale ja odmawialam i znowu na jakis czas byl spokoj. Ogolnie laczyly nas sprawy codziennie, dzieci, itd...Oprocz problemow ktore spalaly nasze uczucie, musze dodac, ze pomimo wsyztsko potrafimy sie razem posmiac, nadal nadajemy na tej samej fali...to sie przerodzilo w cos na zasadzie kumplowania sie?! Mi jednak od jakiegos czasu brauje bliskosci a za nic w swiecie nie moge sie zmusic zeby sie do niego przytulic. Mam mysli, ze chcialabym byc z kims innym, miec jakies zycie uczuciowe! Jestem kompletnie wyprana z jakichkolwiek uczuc oprocz oczywiscie milosci do dzieci. Uswiadomilam sobie, ze to nie jest frazes, ze nie da sie zyc bez milosc. Nic mnie nie cieszy, nie motywuje, nie mam tego blysku w oczach jak dawniej. Pomimo tego, ze obydwoje znalezlismy swietne prace gdzie spelniamy sie zawodowo, sytuacja finansowa sie poprawila, nasze dzieci sa cudowne....to jednak .....nie jestem szczesliwym czlowiekiem po prostu.
Postanowilam mu o tym powiedziec...Oczywiscie on twierdzi, ze to wsyztsko moja wina. Nie rozumie, ze moja zgorzknialosc, czepianie sie i ogolne bycie nieprzyjemna jest wlasnie efektem tego jak zyjemy. Nawet zaproponowalam mu taki uklad, ze bedziemy razem dla dzieci, ale jesli komus przytrafi sie uczucie gdzies po drodze z inna osoba to nei robimy z tego problemu. Ja na serio bym tak mogla! Cieszylabym sie gdyby mogl sie zwiazac z kims z kim bylby sczzesliwy! Powiedzial, ze jestem nienormalna, ze sie mam wyprowadzic, on chce miec dzieci przy sobie, bo skoro chce szukac faceta to dzieci mi beda przeszkadzac, itd...Zareagowal wrecz wsciekloscia robiac ze mnie latawice. Przeciez widzi, ze miedzy nami nic nie ma....Zawsze wydawalo mi sie, ze to czlowiek o szerokich horyzontach, ale pod tym wzgledem jest niereformowalny. Po tej rozmowie wracalismy autem do domu i po drodze, gdy juz ochlonal, powiedzial, ze on mimo wszytsko mnie kocha i wierzy ze sie nam ulozy...
zaczal sie wiec starac....zaproponowal terapie u psychologa. ale co mam poradzic na to, ze dla mnie to juz jest za pozno? Nie dziala to na mnie juz w ogole. Wiem instynktownie, ze nic z tego juz nie bedzie, nic tego uczucia nie ozywi...
I teraz pytanie - czy warto isc na terapie po to zeby nauczyc sie ze soba zyc w miare zgodnie, ze wzgledu na dzieci,wspolny dorobek, itd..Bo wiem, ze na terapii nie naucza mnie kochac na nowo. Wiem, ze z mojej strony to uczucie juz nie powroci..No wiec czy mam zahamowac moje potrzeby i tkwic w tym dla dobra dzieci czy odejsc? Doszlo juz do tego ze mysle o zdradzie...
nie wiem co robic.....