Witam,
Już od jakiegoś czasu wpisuję w google hasła "rozwód", "rozstanie" itp. Sama nie wiem czego szukam...
Moja sytuacja jest dość nietypowa, bo chyba oboje zamordowaliśmy nasz związek przez zaniechanie. Ale do rzeczy...
Znamy się od 8 lat, od 5 jesteśmy małżeństwem. Nie mamy dzieci. Małżonek jest starszy ode mnie o 4 lata. Już gdy poznaliśmy się kilka bliskich osób stwierdziło, że nie wróżą nam zgodnego związku. Ja jestem osobą energiczną, nawet despotyczną bym rzekła. Mąż totalnie odwrotnie. Kiedyś nie przeszkadzało mi, że nawet na zakupach spożywczych potrzebuje akceptacji każdego wyboru. Teraz to, że absolutnie w żadnej sprawie nie decyduje sam wywołuje u mnie dosłownie ból zębów.
Od kilku lat sama utrzymuję nasz dom. Mąż jakiś czas nie pracował, znajdował zajęcie, potem je tracił. Obecnie otworzył firmę, która działając od roku nie tylko pochłonęła nasze całe oszczędności ale też nie przynosi żadnego zysku (choć uczciwie należy dodać, że ostatnio zarabia na koszty stałe). Czuję się piekielnie sfrustrowana faktem, że zarabiam pieniądze, które pokrywają jedynie absolutne minimum, nie stać mnie nawet na zakup odzieży czy sprawienie sobie przyjemności. Czuję, że ja idę naprzód (awansowałam przez ten czas kilkakrotnie, zarabiam przyzwoicie jak na polskie warunki, ale po opłaceniu wynajmowanego mieszkania nie zostaje na szaleństwa). Mąż obraża się, gdy w złości wypomnę mu fakt utrzymania i cały czas dowodzi mi, że chcąc więcej okazuję, że jestem rozkapryszona i nie umiem się cieszyć tym, co mam. Jeśli chodzi o sprawy łóżkowe to przynajmniej od 2-3 lat kochamy się totalnie sporadycznie tzn.raz na dwa-trzy miesiące, dodatkowo mnie to totalnie nie sprawia przyjemności - dodam, że kiedyś było inaczej. Większość czasu spędzamy każde zajęte swoimi sprawami (praca, komputer, telewizor, prace domowe) praktycznie ze sobą nie rozmawiając. Mąż kilka godzin dziennie gra w jakieś głupie gry komputerowe, a gdy zwracam mu uwagę mówi, że ograniczam i terroryzuję. Nie chcę, żeby to brzmiało tak jakbym siebie wybielała, bo wiem że nie jestem łatwym partnerem (lubię wszystko robić po swojemu, mało mówię o uczuciach, nie bardzo umiem je okazywać) ale czuję, że mąż się nie stara. I to nie jest tak, że ja mu nie mówię, czego oczekuję. Niedawno przeprowadziłam nawet poważną rozmowę, ze wspomnieniem o tym, że nie widzę szans na taką egzystencję dalej i otym, że musi się poprawić. Nie była to zresztą pierwsza "moralizatorska" pogaduszka z mojej strony - zawsze w kilka dni po takim "wypruwaniu flaków" sytuacja się poprawiała. A potem równia pochyła....
Czuję się po prostu samotna w małżeństwie. Mąż był moim pierwszym poważniejszym facetem i pierwszym partnerem łóżkowym i fakt, że tak miernie i miłości i w łóżku ma być dalej, aż do końca mnie w tej chwili przeraża...
Najgorsze jest to, że w mojej pracy pojawił się facet, którym się zauroczyłam - nigdy do niczego nie doszło, nawet nie wiem czy to jest wzajemnie. Staram się nie prowokować niczego, bo to trochę nie fair, ale myślę że sam fakt, że pojawił się ktoś, d kogo (nawet platonicznie) czuję coś więcej oznacza, że to chyba już koniec...
Biję się z myślami, szczególnie że kiedyś zaplanowaliśmy, że mniej więcej w tym czasie zaczniemy starać się o dziecko. Tyle, że ja nie chcę dziecka, jeśli mój mąż obecnie poproszony o wyjście do sklepu, który jest 100 m od bloku trzaska drzwiami i obraża się, mówiąc ze go głowa boli i nigdzie nie pójdzie. Każdy domowy obowiązek (poza gotowaniem, zakupami i myciem toalety, które należą praktycznie tylko do mnie) musi być skrupulatnie podzielony na pół i jeśli to nie jest męża kolejka to nie ma przeproś, on danej rzeczy nie zrobi.
Czuję, że jeśli tak dalej się to wszystko potoczy to w końcu trafi się ktoś, kto sprawi że pożądanie/uczucie będzie silniejsze od uczciwości.
Najgorsze jest to, że mąż po poważnej z rozwodem w tle stwierdził, że on nie rozumie mnie, kocha mnie nadal i postara się żeby było lepiej. Tyle że wcale się nie stara.... Nic się nie zmieniło, mimo że wywaliłam wszystkie swoje bóle. Już nie wiem co robić. Chyab nie da się nikogo zmusić do walki? Ale najgorsze jest to, że on nic nie chce zmieniać, ale puścić mnie wolno też raczaj nie.
Uffff, wywaliłam wszystko co mi na sercu leży - proszę o jakieś mądre rade, bo ja "jestem na zakręcie" i czuję się totalnie bezradna.