Witam,
Sama nie wiem od czego zacząć, aby Was nie zanudzać moimi historiami. Może tak....
Ze swoim obecnym partnerem jestem już 5 lat, od półtora roku jesteśmy narzeczeństwem, a za rok planujemy ślub. Dodam jeszcze, że mieszkamy razem od 2,5 roku (w domu moich rodziców, aby było bardziej skomplikowanie). Przez ten czas zdążyło się wiele wydarzyć...zbyt wiele....
Na początku naszego związku byliśmy bardzo szczęśliwi, chyba świata poza sobą nie widzieliśmy, motyle w brzuchu i te sprawy.... On pracował na delegacji, więc widywaliśmy się tylko w weekendy. Kiedy był w pracy dużo rozmawialiśmy przez telefon, pisaliśmy do siebie, zawsze mieliśmy jakieś tematy do rozmowy. Ja czułam się przy nim jak "księżniczka", a jednocześnie też dbałam o niego najlepiej jak tylko potrafiłam. Aż do pewnego czasu.... Moje zaufanie do niego zostało poważnie zachwiane kiedy dowiedziałam się, że pisze smsy oraz rozmawia wieczorami ze swoją byłą i "koleżanką", z którą również kiedyś się spotykał. Teraz już nie jestem w stanie przytoczyć tych smsów, ale po prostu flirtował z jedną i drugą, na zmianę, a ja o niczym nie miałam pojęcia. Oczywiście doszło do awantury. Po pewnym czasie wybaczyłam, gdyż okazał skruchę i twierdził, że to tylko mnie kocha. Było mi ciężko, ale ponieważ kochałam, starałam się zaufać od nowa... Po pewnym czasie wszystko zaczęło się układać. Do czasu. Któregoś wieczoru dostałam sms, często do mnie pisał, więc nie było to dla mnie dziwne, jednak kiedy go otworzyłam doznałam szoku...umawiał się na spotkanie z jakąś dziewczyną, jednak pech chciał, że wysłał ten sms do mnie, a nie do niej. Wtedy powiedziałam dosyć, nie pozwolę, aby mnie tak traktował. Zerwałam. Szczerze mówiąc on nie specjalnie starał się cokolwiek wyjaśnić, przeprosić, porozmawiać.... kompletnie nic. Przeżyłam to bardzo. Nie byłam w stanie funkcjonować. Myślałam, że umrę. Koszmar. Trwało to ok dwóch miesięcy. Ciężko było mi się pozbierać. Aż pewnego dnia ni stąd ni zowąd odezwał się smsem... i tak od słowa do słowa, spotkaliśmy się, aż w końcu znowu byliśmy razem. Po ok 7 miesiącach nadszedł czas mojej wyprowadzki, on zostawał. Nie pytajcie dlaczego tak, to zbyt skomplikowane. Serce mi pękało kiedy wyjeżdżałam stamtąd już na zawsze. Było to 400 km, więc na samą myśl o tym, że zobaczymy się raz może dwa razy w miesiącu płakać mi się chciało. Widywaliśmy się kiedy czas na to pozwalał, rzadko ale jednak. Przyjeżdżał do mnie na weekendy, starał się bardzo. Po pół roku wspólnie podjęliśmy decyzję aby razem zamieszkać. Miał zrezygnować z pracy tam i przyjechać do mnie, gdzie właściwie miał już wstępnie załatwioną nową pracę. I stało się. Po Świętach Bożego Narodzenia, a przed Sylwestrem mieszkaliśmy już razem. Nasze wspólne życie toczyło się bardzo dobrze. I znowu to napiszę....aż do pewnego wydarzenia. Dowiedziałam się, że mój facet flirtuje z pewną kobietą z biura, żeby było śmieszniej dostał pracę u mojej kuzynki, która razem z mężem prowadzi dość sporą firmę. Tym razem jak się dowiedziałam wpadłam w białą gorączkę, krew mnie zalała, z jednej strony czułam niesamowitą złość, aż miałam ochotę wszystko rozwalić, a jemu nogi z dupy powyrywać, a z drugiej strony czułam, że serce mi pęka... Niestety stało się tak, że cała ta historia ujrzała światło dzienne, a mianowicie dowiedziały się o tym nasze rodziny. Było kilka dni ciszy, on niby przepraszał, zaraz się na mnie wkurzał, że postawiłam go w takiej sytuacji, za chwilę znowu było mu przykro....takie targanie emocjami i uczuciami..... Dla mnie świat się zawalił, ale kiedy zobaczyłam, że żałuje po raz kolejny wybaczyłam. Niestety nie mogę powiedzieć, że przez ostatni rok było dobrze. Często wracaliśmy do tej sytuacji, a właściwie to ja wracałam. Nie dawało mi to spokoju, że tak mnie potraktował, tym bardziej że jeszcze w poprzednim miejscu zamieszkania zrobił mi kilka świństw. Szarpały mną straszne emocje, on z kolei wkurzał się na mnie, że o tym przypominam, ale ja nie umiałam inaczej. Moje zaufanie praktycznie zanikło... Ogólnie raz było lepiej, raz było gorzej, choć chyba częściej były te lepsze chwile. A teraz najlepsze.... Od dwóch miesięcy znowu pracuje na delegacji, cały czas w firmie kuzynki. Ja spokojnie siedziałam sobie w domu, niczego nieświadoma, aż tutaj 2 tygodnie temu wyszło na jaw, że mój facet poznał tam dziewczynę, dwudziestoczteroletnią... To był dla mnie totalny szok! Pominę to co się wtedy ze mną działo. W domu wojna. Moich rodziców akurat w tym czasie nie było. Nawet powiedziałam, że ma wypier..lać, tak dokładnie takiego słowa użyłam. Jednak nie byłam zbyt stanowcza, gdyż na samą myśl o tym, że nie ma gdzie iść nie wyrzuciłam go. Ta noc była dla mnie koszmarem. Nie zmrużyłam oka nawet na 5 minut, wstawałam, kładłam się z powrotem i tak w kółko, a on sobie smacznie spał (?) ... Obraził się na mnie, że zajrzałam mu do telefonu. Tak, zrobiłam to, przyznaję. Po prostu tego dnia coś mi mówiło, że znowu coś przede mną ukrywa...znam go już tak długo, tyle z nim przeszłam, że wiem kiedy ma nieczyste sumienie. Kolejnego dnia chodził za mną, przepraszał, żałował... Wieczorem wyjeżdżał, więc chyba możecie sobie wyobrazić co ja wtedy czułam. Nie wierzyłam mu w ani jedno słowo, ale kiedy wyjechał nie byliśmy już skłóceni..... Cały ten tydzień był dla mnie niesamowitym stresem, ciągle myślałam o tym co mi zrobił, płakałam, nie potrafiłam żyć, a myśl o tym, że ona też tam jest, przyprawiała mnie o zawał serca...zadręczałam się.... Na weekend przyjechał i przeżyliśmy cudowne dwa dni (?).. jednak ja w głowie ciągle miałam tylko jedno. Ciężko jest mi go zostawić. Choć z drugiej strony wiem, że już dawno powinnam była to zrobić. Wczoraj wieczorem temat powrócił (przez telefon), ja siedzę tutaj jak na szpilkach wiedząc, że oni są tam razem (ona pracuje w miejscu w którym śpi jego firma), pokłóciliśmy się. Jestem strzępkiem nerwów, wiem że powinnam iść do psychologa, bo sama sobie nie poradzę, ale nie potrafię się pogodzić z myślą, że miałabym zostać sama.... Dzisiaj chyba poszłam wreszcie po rozum do głowy, bo dzwoni do mnie od rana, jednak ja nie odbieram. Po tym wszystkim nie mam ochoty z nim rozmawiać. Ale jutro wraca... i co dalej?
Wiem jak to wygląda. Pewnie większość z Was powie, że jestem głupia i naiwna, facet ma mnie gdzieś, a ja się go trzymam za wszelką cenę. Uwierzcie, że nie jest mi łatwo go zostawić... mimo tych wszystkich sytuacji, które mi zafundował ja nadal go kocham. On również tak twierdzi, planuje ze mną wspólne życie, kilka spraw weselnych już nawet załatwionych. Jednak czy to możliwe, że kocha skoro tak mnie rani? Niech ktoś mi otworzy wreszcie oczy! Strzeli po papie, abym oprzytomniała! On zawsze uwielbiał dziewczyny, kobiety, a one jego, bo jest na prawdę fajnym, miłym i towarzyskim facetem. Nie rozumiem tego kompletnie. Nie rozumiem jego postępowania. Nie rozumiem siebie.