Witam was drogie Kobiety,
Dosłownie przed chwilą mój partner odwiózł mnie do domu. Mięliśmy spędzić mile dzień nad jeziorem... Stało się inaczej, wciąż cała się trzęsę.
Jestem z nim już kawał czasu. W styczniu 2014 roku stuknęłoby nam pięć lat. Do tej pory było wszystko w porządku. Wiedziałam, że jest wybuchowy, ale zawsze żartowałam, że to choroba zawodowa (ma bardzo stresującą pracę). Wobec mnie może kilka razy mocniej wrzasnął przy porządnej kłótni, ale w życiu mi się nawet nie śniło, że podniesie na mnie rękę.
"Pazurki" pokazał w połowie czerwca, kiedy zrobiliśmy weekendowy wypad nad morze. Wspomniałam tylko, że mam już dosyć układania życia pod niego, kiedy to on nie zmienia w swoim nic. Nie będę się tu rozpisywać o co chodzi, w skrócie napiszę że poświęciłam dla niego tyle lat, zmieniłam swój styl życia i w ogóle swoją przyszłość, bo go pokochałam. On w swoim życiu nie zmieniał nic. To ja się dostosowywałam do tej pory. Wypomniałam mu to.
Rozjuszył się, nigdy nie słyszałam by ktoś wpadł w taką furię, w takie wrzaski. Wymachiwał pięściami, zrobił się czerwony, nagle jak nigdy byłam święcie przekonana, że za chwilę mnie uderzy. Złapał mnie tylko za szczękę obiema rękami i mocno trzymając wydarł się prosto w twarz. Byłam roztrzęsiona. Od tamtej pory aż do dziś to się nie powtórzyło. Ale ja już nie patrzyłam na niego jak dawniej, żaden czuły gest wychodzący ode mnie nie był już ten sam. Byłam mocno wycofana. Straciłam bezpowrotnie zaufanie do niego. Tolerował to prawie przez cały lipiec. Potem zaczął mi grozić telefonicznie, wyczuł, że chcę odejść. A uwierzcie mi, on jest tak poukładany w województwie, że jeśli będzie chciał się zemścić to to zrobi, a mi nawet sąd nie pomoże. Groził mi, że zamieni moje życie w piekło, groził, że to samo zrobi rodzinie.
Od dwóch tygodni spotykam się z nim tylko i wyłącznie ze strachu. Kochałam się z nim ze strachu. Chodziłam z nim na spacery, jeździłam wszędzie tylko wyłącznie dlatego, że się go bałam. Już wiem, że moje uczucie do niego nie powróci. Jak mogę kochać człowieka, który odważył mi się grozić... Stracił wszystko w moich oczach.
Dziś podczas jazdy samochodem po prostu nie potrafiłam już udawać, że wszystko dobrze, zarzucił mi że robię wszystko na siłę. Odpowiedziałam: bo boję się ciebie.
Zadziałało jak zapalnik. Wydarł się jeszcze mocniej niż nad morzem, rozjuszył się (a kierował). Mało co nie spowodował wypadku w jednym miejscu. Gdy byliśmy sami na drodze na zmianę hamował bardzo nagle i przyśpieszał (trochę się poobijałam). Nie skręciliśmy nad jezioro, wjechał w lasek koło niego i zatrzymał się. Byłam przerażona, zanosiłam się płaczem, łkaniem, telepałam się (cierpię na nerwicę, wiedział o tym). Denerwowało go to, że nie mogłam się uspokoić (nawet nie dawał mi takiej szansy, skoro ciągle wrzeszczał). Nie dał mi wyjść z auta bym się uspokoiła, zatrzymał mnie siłą, wykręcając mi rękę. Zabolało. Przeraziłam się jeszcze mocniej, mimowolnie zaczęłam się cichutko modlić z rękoma przy ustach (chociaż nigdy nie byłam religijna). Nagle z oddali zaczął pojawiać się jakiś rowerzysta. On chyba spanikował, bo nie chciał pewnie, by ten obcy zobaczył mnie całą zaszlochaną w aucie, pewnie się bał że zadzwoni na policje. Nagle wydarł się coś w stylu "przestań ku*wa płakać" i swoją ręką przycisnął mi moje własne złożone dłonie do ust. Tak mocno, że przegryzłam sobie wargę. Struga krwi poleciała natychmiast. Byłam w szoku. Miał moją krew na rękach i to on mi to zrobił. Poza tym mam ślad lekki na poliku, od nacisku. Od tej chwili błagałam go by mnie odwiózł do domu. Nie chciał.
Spędziłam z nim w tym lesie 3 godziny, bojąc się wyjść, odezwać, bojąc się gorszego ciosu. W życiu, w życiu się tak nie bałam. Takie piekło mi zgotował ktoś, komu ufałam, kogo kochałam. Po jakimś czasie płaczu i krzyku pozwolił mi wyjść na powietrze, bo ze stresu zaczęłam wymiotować. Nagle mimo wszystko zachciało mu się seksu. Odmówiłam, to stojąc przy samochodzie znów mnie złapał za szczękę i pociągnął do samochodu bym wsiadła z powrotem.
Nagle się rozpłakał bym mu wybaczyła tę rozciętą wargę, że nigdy już tego nie zrobi. Ja wydutkałam tylko, że jeśli zrobił to raz, to zrobi i drugi. Błagałam by dał mi spokój i z godnością dał mi odejść. Zaczął się usprawiedliwiać, że on wcale mnie nie uderzył, tylko nacisnął (dacie wiarę?!) i że to nie była przemoc. Odpowiedziałam mu na to: przecież zrobiłeś mi krzywdę!
Zrezygnowany kazał mi wsiąść (po 3 godzinach tej katorgi i zastraszania) na przednie siedzenie i ruszyliśmy do domu. Z nerwów zdrapałam sobie skórę na udach aż do krwi. Prosił o wybaczenie. Nie odzywałam się, byłam jak kukła.
Dobił mnie jeszcze jego tekst: "Widzisz, jakbym był skur*ysynem, to bym cię wziął na siłę, a nie zrobiłem tego, mimo że chciałaś mi dać ze strachu. Ale ja ze strachu nie chcę, tylko z miłości."
Ja mu na to: "Miłości już nie ma i nie będzie, puść mnie wolno"
I wtedy tylko mi groził, że jest ustawiony, że mnie zniszczy i nie tylko mnie. Ostatnie kilometry jechaliśmy w ciszy. Wysiadłam i poszłam do domu.
Co mam robić? Już definitywnie cała miłość do niego się ze mnie ulotniła. Ten człowiek już nic dla mnie nie znaczy. Miał czelność mi grozić, mnie szantażować, zrobić mi krzywdę i durnowato się tłumaczyć, że to przecież nie uderzenie! No i tradycyjnie też powiedział: to twoja wina, bo od czerwca nie jesteś dla mnie prawdziwie czuła.
Oczywiście... moja wina. Śmieszny człowiek.
Mam tylko jeden problem - on jest naprawdę ustawioną osobą. Przegram w starciu z nim wszystko. Psychika mi wysiądzie, ale jestem gotowa z nim być, by chronić moją rodzinę. Wystarczy że kiwnie palcem, a pozbawi pracy każdego, zniszczy wszystkim życie... Potrafi robić takie ustawki, że się to wam głowach nie śni (i mi też). Potrafi wsadzić do więzienia każdego (jeśli będzie chciał, trików i znajomości ma mnóstwo). Innymi sposobami też nas zniszczy. Nie wiem co mam począć... Żałuję tego dnia, kiedy się poznaliśmy. Ale przecież tyle lat był taki kochany... Niestety wyszło szydło z worka. Boję się...