Witam, zacznę od siebie. Mam 23 lata, studiuję, pracuje w weekendy. Piszę ponieważ ostatnio w moim życiu sporo się stało. Chciałabym jakoś wybrnąć z tej dziwnej sytuacji ale nie mogę sobie poradzić. Otóż. Byłam z swoim chłopakiem (nazwijmy go S) przez 5lat. W listopadzie '12r. Zorientowałam się że czuję coś do kolegi ze studiów, (nazwijmy go Z) ale od początku... 5lat to dużo jak na tak młodą parę. Poznaliśmy się w liceum, zrezygnowalam dla niego ze znajomych, z imprez itp. Byłam w nim zakochana chyba albo po prostu miałam do zdobycia cel, bo był najwiękrzym ciachem w szkole. Miał przede mną dziewczynę bardzo ładną i wcale się nie ukrywał z tym że szuka do niej podobnej dziewczyny. Sam mi ją pokazał, mówił jak powinnam się nosić, miał jej frotki, jak siedzieliśmy razem i był zamyślony to mowił że myśli o niej. Niewiem co mną kierowało ale chciałam za wszelką cenę zdobyć jego serce. O jego byłą byłam chorobliwie zazdrosna i tak naprawdę niewiem co mną kierowało że to wszystko znosiłam...ciągnęło się to za mną przez cały okres bycia razem, wypominania, zarzuty, brak zaufania. Z czasem wiele wydarzeń zmieniło go, ja go zmieniłam i jego podejście do życia. Stał się bardziej dojrzałym facetem. Wiem że mnie kocha i nie chce żebym go zostawiła. Zamieszkaliśmy razem po 2 latach. Można powiedzieć że stworzylismy namiastkę rodziny, mieliśmy pieska. Nieprowadziliśmy typowego studenckiego życia, nie imprezowaliśmy, raczej uczylismy się i pracowaliśmy. Wiele wydarzeń zbliżało nas stopniowo do siebie- moja choroba nowotworowa i inne liczne dolegliwości (słabiak ze mnie straszny) zawsze był przy mnie jak tylko potrzebowałam. Opiekował się mną, pomogł mi utrzymać się na studiach finansowo bo na rodzicow nie mogłam liczyć w tej kwestii. Zawsze o wszystkim pamiętał, o urodzinach imieninach moich, mojej mamy, taty,wszyscy go lubią bo jest wesołym gościem troche cwaniakuje ale ogólnie wporzo. Studjuje prawo, ma zamiar zostać notariuszem. Można powiedzieć że partia doskonała na męża. Tylko jeden mały problem bo przez cały okres naszej znajomości ciągle odkładał wszelkie kwestie związane z oświadczynami. Mowiłma mu że mi nie zależy na drogim pierścionku, że dla mnie (ale bardziej dla rodziców ) liczy się fakt, że mieszkam z narzeczonym a nie z chłopakiem. Znajdował wymówki, mowił ze jest jeszcze czas itp. Z czasem zaczęlismy się od siebie oddalać w łózkowych sprawach,w sumie to nigdy nie był jakimś orłem, ja praktycznie zawsze udawałam orgazm poczym szlam do łazienki dokończyć sama, gdyż sex z nim nie byl ni w ząb satysfakcjonujący, zero ognia, ja oglądałam tv on robił robote i po wszystkim..No i stało się... Poznałam kogoś...zakochałam się. Gdybym była "narzeczoną" napewno odparłabym te "zaloty" choć w sumie to nie wiem jak by było. Chłopak z mojego wydzialu (Z), normalny chłopak z sąsiedztwa, nie jakiś maczo ciacho czy coś ten deseń. Tez chłopak z aspiracjami, nie pracuje ale w tym roku akademickim ma się rozejrzeć za czymś, dojrzaly emocjonalnie, bardzo inteligentny i z intuicją. Spotykamy się od ponad 8miesięcy. To były dziwne perypetie, mowiłam mu że nie będziemy się spotykać że nie można tak bo ja mam chłopaka, że najpierw załatwie swoje sprawy i potem może coś się uda posklejać. Ale nigdy nam nie wychodziło, czuliśmy do siebie tak przeogromną słabość i namiętność że ciężko nam było się opanować. Myślałam że to zauroczenie, że takie tam pożądanie które za jakiś czas przejdzie i wszystko wróci do normy, ale nie stało się tak... Dziś (Z) wyznał mi że mnie kocha, że bardzo mu na mnie zależy i że chce być ze mną. Spotykaliśmy i nadal spotykamy się w konspiracji. Tzn nikt o tym nie wie. Ani (S) ani moi rodzice ani znajomi. Generalnie plan był taki że ja zrywam z (S), jestem oficjalnie sama, żeby S nie było przykro że zostawiam go dla innego i z czasem znajduje sobie chłopaka -czyli Z, jest kilka cech które mi z Z przeszkadzaja ale są one do zaakceptowania np. To że narazie nie ma pracy, utrzymuje się na studiach z kredytu studenckiego, to że jak idziemy coś na miasto zjeść to tam gdzie najtaniej, albo wcale nie idziemy (niestety przywykłam do dobrobytu...i źe na wszystko mnie stać bo S ma hajs) jest miły i bezkonfliktowy, bezstresowo podchodzi do życia. Podziwiam go że mnie znosi, moje perypetie z S przeżywa razem ze mną. We wrześniu mam się wyprowadzić od S, znaleść pracę. Z S zerwałam miesiąc temu, ale ten mnie teraz nachodzi i chce się ze mną od zaraz żenić, bo uświadomił sobie że za długo zwlekał. Wpomiał nawet że jakbyśmy ze sobą współżyli to dołożyłby starań żeby mnie zapłodnić żebym już musiała być z nim. No ale nie współzyjemy. A'propos seks z (Z) jest cudowny...myślałam że nie istnieje forma sexu w normalnym życiu taki jak na filmach, wzniosły, szalony, namiętny i doskonały... A jednak. I niewiem czy mi chodzi tylko o seks z Z czy ja go także kocham za to jaki jest. Nie mieliśmy dane wiele ze sobą przeżyć bo spotykay się potajemie ale np będąc na szkolnych kursach daleko w Polsce dał mi poznać że jestem dla niego ważna. Bardzo dobrze się ze sobą bawimy, podrużujemy na stopa, chodzimy na dance-ingi, miło spędzamy czas z jego znajomymi i pożądamy siebie jak szaleni. Z S takmnie bylo, zero wyjść, zero znajomych wspólnych, on zajmował się polityką i ciągle gadał przez telefon 24/dobę siedział na telefonie, bo ludzie mają do noego sprawy. Można rzec że żajęty czlowiek i może powinnam to zaakceptować ale uznałam że nie chcę spędzić życia siedząc obok niego i słuchać jego rozmów telefonicznych. Poza tym jest jedynakiem, jest wychuchany przez mame i babcie jaki cudowny syneczek i trzeba go po stópkach całować. Tych bab nie mogę znieść, nigdy nie mogłam.... No cóż. Opowiedziałam już chyba cała swoją historie i zmieżam ku końcowi, przepraszam za błędy , nie studiuję polonistyki. Chciałabym wiedzieć czy z waszego, całkiem obiektywnego pkt widzenia z kim powinnam się związać. Czy kocham obu czy żadnego z nich. Bo ja sama nie wiem już...proszę o poradę.
Podobne tematy
Siedzisz okrakiem na płocie. Z jednej strony seks i cienka kasa, a z drugiej kasa i cienki seks. Żałosna jesteś. Bo zamiast swojego nauczyć co i jak lubisz w łóżku, to przed nim udajesz żerując jedynie na pieniądzach i dobrym sercu.
Po co pytasz jak już sama wiesz? Szukasz usprawiedliwienia i spokoju sumienia? A może chcesz się pochwalić?
Przeczytałam całość i o takich zawirowaniach dawno nie słyszałam
Do pewnego momentu Twoja historia przypomina moją, ale tylko do pewnego. Zaraz odniosę się do Twojej wypowiedzi, ale chciałabym zacząć od tego czy można kochać dwóch mężczyzn jednocześnie - myślę, że można, ale nie w ten sam sposób. Miłość ma wiele wymiarów, ale tą bezwarunkową, ciepłą i bezpieczną miłością można darzyć tylko jedną osobę - tak myślę. W Twoim związku z S widzę ten sam problem, który przewijał się u mnie przez pięć długich lat - brak komunikacji, nieumiejętność dotarcia do siebie. U mnie na szczęście to się zmieniło. Dziwię się tylko, że tak łatwo zniosłaś początek waszej znajomości - nigdy bym nie pozwoliła by ktokolwiek porównywał mnie do swojej byłej, to odrażające. Dziwię się, że pozwoliłaś by S tak bardzo zmienił Twoje życie - brak imprez, znajomych. Każdy ma swoje potrzeby i wierzę, że korzystając z daru jakim jest kompromis udałoby się Wam pogodzić potrzeby obu stron. Troszkę rozśmieszyło mnie, że porównałaś was dwoje i pieska do namiastki rodziny, bo w żaden sposób nie idzie tego nazwać rodziną, tylko bawieniem się w nią. Duży minus dla S za to, że nie zwracał uwagi na Twoje potrzeby w łóżku, dla mnie ktoś taki byłby stracony na dzień dobry. Dobry orgazm scala związek tak jak szczera rozmowa. Zastanawiam się ile S ma lat, jeżeli jest w podobnym wieku co Ty to dziwię się, że oczekiwałaś pierścionka. Tak młody facet musi dojrzeć do takiej decyzji, musi mieć pewność, że tego chce. Ja na mojego K nie naciskam, bo nie chodzi o to by się spieszyć, ani pierścionek ani nazywanie się narzeczeństwem niczego nie gwarantuje oprócz zadowolenia rodziców i podstarzałych ciotek. Jeżeli brak miłości, to i obrączka jest tylko kawałkiem złota. Co to znaczy, że S dołożyłby starań by Ciebie zapłodnić? Czyli co, przkuć Ciebie do siebie tak żebyś mu nie zwiała? Bo nagle odkrył, że jednak warto Ciebie mieć przy sobie? To się nazywa zaborczość, a nie miłość. Czytając Twojego posta odniosłam wrażenie, że sama próbujesz siebie przekonać, że podjęłaś dobrą decyzję zostawiając S. Bardzo go krytykujesz, no ale sama powiedz, czy czułaś przy S, że zapewnia Ci jakąś ostoję bezpieczeństwa? Że możesz mu ufać i na nim polegać? Przede wszystkim jak czujesz się teraz po zerwaniu? Raczej nie odczułam żebyś specjalnie żałowała tej decyzji. Też to, że przywykłaś do dobrobytu - myślisz, że w miłości liczą się tak bardzo pieniądze? Na pewno liczy się jeżeli ktoś jest zaradny, daje Ci poczucie "bezpieczeństwa finansowego". Sama musisz zrobić rachunek strat i zysków, pamiętaj, że zakochanie nie trwa wiecznie i zastanów się, czy jednak nie odczuwałaś przy S bezpieczeństwa i czy nie tracisz czegoś co jest ważniejsze od szału namiętności, na przykład przyjaźni. Życzę powodzenia i podejmowania właściwych wyborów ![]()
Odpowiedź na twoje pytanie brzmi NIE. Jednego kochasz naprawdę a w drugim jesteś zauroczona
"Jeżeli kochasz dwie osoby w tym samym czasie , wybierz tę drugą , ponieważ jeśli naprawdę kochałbyś tę pierwszą to nigdy nie zakochał byś się w drugiej"
"Jeżeli kochasz dwie osoby w tym samym czasie , wybierz tę drugą , ponieważ jeśli naprawdę kochałbyś tę pierwszą to nigdy nie zakochał byś się w drugiej"
dobre
"Jeżeli kochasz dwie osoby w tym samym czasie , wybierz tę drugą , ponieważ jeśli naprawdę kochałbyś tę pierwszą to nigdy nie zakochał byś się w drugiej"
Nie zgadzam się, a co z chemicznym zakochaniem, typowo feromonowym? Nie mamy wpływu na to, że się pojawia, ale mamy wpływ na to co z tym zrobimy, czy będziemy to ciągnąć czy też nie.
pola1234 napisał/a:"Jeżeli kochasz dwie osoby w tym samym czasie , wybierz tę drugą , ponieważ jeśli naprawdę kochałbyś tę pierwszą to nigdy nie zakochał byś się w drugiej"
Nie zgadzam się, a co z chemicznym zakochaniem, typowo feromonowym? Nie mamy wpływu na to, że się pojawia, ale mamy wpływ na to co z tym zrobimy, czy będziemy to ciągnąć czy też nie.
Z wypowiedzi autorki wynika, że nie do końca była szczęśliwa z S nawet, jeśli chodzi o sfery łóżkowe, a nie oszukujmy się jest to ważne, myślę, że jedyne, co ich teraz łączy to przywiązanie, bo jednak spędzili ze sobą 5 lat. Natomiast Z wniósł coś nowego do jej życia, przy nim czuje, że żyje. No, ale autorka powinna sama najlepiej wiedzieć, co czuje, bo na pewno do któregoś ciągnie Cię bardziej. I nie powinnaś patrzeć na kasę, tylko na zaradność faceta, Z jest w trakcie studiowania, wiec trudno, aby miał teraz nie wiadomo ile kasy, wszystko może sie zmienić z czasem ; )
Odpowiadajac na samo pytanie z tytułu: tak, można.
Witam. Opowiem wam moją historię. 20lat temu poznałam chłopaka za którego wyszłam za mąż. Miał on przyjaciela jeszcze z czasów podstawówki nazwę go G1. Ja także się z nim zaprzyjaźniłam prawie w tym samym czasie on także się ożenił. Na G1 mogłam zawsze polegać i na jego pomoc i to bardziej jak na męża. Dość szybko zorientowałam się że on nie patrzy na mnie tylko jak na koleżankę mnie on także był bliski. Minęło jednak kilka lat i to kiedy byłam w trakcie powodu zanim doszło do naszej szczerej rozmowy o naszych prawdziwych uczuciach do siebie. I tak to zaczęłam się spotykać z G1 po kryjomu by nie dowiedział się o tym mój były mąż ani jego żona. Dodam że i jemu małżeństwo się nie udało. Po jakimś czasie on dostał propozycje pracy w Danii i mógł tam wziąsć rodzinę. Zaproponowalam mu żeby skorzystal z tej szansy i żeby chociaż on uratował związek z żona. Po długich rozmowach wyjechali. Efekt był taki że po półtora roku wrócili ale małżeństwo to całkiem legło. Ja w tym czasie wyszłam znów za mąż i znów nie wypal rozwiodlam się a obecnie jestem w związku od2 lat z G2. Przez cały ten czas utrzymujemy stały kontakt z G1 okres spędzony razem wspominamy bardzo dobrze. 2dni temu zadzwonił do mnie. Pragnie być ze mną wciąż mnie kocha chce byśmy poszukali domu w którym razem zamieszkamy. Wyznał że w dniu mojego ślubu ze swoim kolega a był naszym świadkiem bił się z myślami czy nie wyznac mi swoich uczuć. Ale lojalność wobec kolegi powstrzymała . Oboje żałujemy że tak się stało. Żadnemu z nas się nie ułożyło i nie mogę powiedzieć że go nie kocham. Kocham go wiem i pamiętam ile razy był mi wsparciem i w czasie choroby córki mojego wypadku czy w trakcie rozwodów. Problem jest taki że jest jeszcze G2 jego też kocham ale to już inne uczucie on kiedyś mi pomógł a teraz jest po wypadku wiem że jemu na mnie zależy. Dba o mnie o dzieci. Potrafi jednak być agresywny półtora miesiąca temu pobił mnie musiałam wezwać policję. On tego żałuje i próbuje jakoś to naprawić ale jest już strach że to się powtórzy. Nie ufam mu już tak jak dawniej. I tak stoję przed wyborem i wiem że zbliża się czas na podjęcie decyzji z którym z nich spędze swojej życie z kim naprawdę będę szczęśliwa i zaznam spokoju. Czy może ktoś mi poradzi bo to najtrudniejsza decyzja w mym życiu. Pozdrawiam wszystkich.