Pomijając rozstania, gdzie jedna strona zdradza drugą... Ale przecież czasami po prostu widać, że charaktery do siebie nie pasują. Czasami rozstanie musi nadejść. Czasami warto cierpieć pół roku, rok... Niż cierpieć całe życie.
W moim pierwszym związku chłopak mnie zdradził... Kilka lat poszło w zapomnienie, rozstanie przepełniło moje serce nienawiścią. Moje drugie rozstanie przebiegało w ciszy, w spokoju... Ja chciałam związku, on nie. Ale paradoksalnie "podobało mi się"... Podobało mi się to, że zaniechaliśmy kontaktu na jakiś czas a potem powoli, powoli, po roku zaczęliśmy się znowu odzywać. Wychodziło to naturalnie. Wiedzieliśmy, że nie ma powrotu... I jakoś okazało się jednak, że można zachować kontakt. Nie mówię przyjaźń, ale kontakt... Fakt, na początku trochę bolało, gdzieś ukuło, jak dowiedziałam się o nowej partnerce... Ale dzisiaj, po trzech latach jest ok. Wręcz jest miło...
Ostatnio pisałam tutaj, ponieważ ja zostawiłam kogoś. Widziałam, że nasze charaktery nie były dobrane... Nie była to łatwa decyzja, nie jedną noc przepłakałam, spędziłam całe dnie na rozważaniu wszystkiego... Serce bolało mnie tak samo, kiedy to mnie porzucano. Po rozstaniu z pewnych źródeł dowiedziałam się, że ta osoba nie chce mnie znać. WIEM, wiem, co zaraz napiszecie... "Dziwisz się"... No nie, nie dziwię się. Uraziłam męską dumę, zraniłam czyjeś uczucia... Ale zrobiło mi się przykro... Bo dla mnie on jednak był ważny, pomimo tego, że nam nie wyszło. Pomimo, że to ja byłam "tą złą"... Nie chciałabym aby mówił o mnie źle, aby mnie nienawidził... Wiem, że to dosyć desperacko brzmi i zaraz męska część mnie wyśmieje
... Może jednak ktoś zrozumie...
Dlaczego ludzie widzą albo białe, albo czarne... Dlaczego nie docenia się szczerości. Czy musimy się bezczelnie ranić zdradami... Czy nie możemy odejść w ciszy i postarać się zrozumieć?