Mam pewien problem i na początku chciałam zapytać, czy uważacie, że człowiek może zainteresować się drugą osobą dopiero po jakimś czasie znajomości? Chodzi mi konkretnie o to, czy jeśli od początku nie był zainteresowany, to możliwe, że nagle mu się dana osoba spodoba i zacznie mu na niej zależeć? Byłyście kiedyś w takiej sytuacji, albo znacie kogoś, kto czegoś takiego doświadczył? Ja jestem przekonana, że jeśli od początku nie ma 'iskry', to już jej nie będzie. Co myślicie?
A teraz do rzeczy: (długa historia, ale napisze tylko najważniejsze aspekty)
Mamy po dwadzieścia parę lat, znamy się tak naprawdę od 7 roku życia, ale nie nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Pamiętam, że już 'za dziecka' strasznie mi się podobał, a koleżanki śmiały się, że ciągle o nim mówię. Przez ponad dziesięć lat się nie widzieliśmy, nawet zapomniałam o jego istnieniu. Aż nagle, 4 lata temu okazało się, że mamy wspólnych znajomych, bo spotkaliśmy się na jakiejś imprezie. Nadal mi się podobał, ale wiedziałam, że to 'za wysokie progi na moje nogi'. Zaczęliśmy się częściej widywać (nie sami, a przez imprezy znajomych), ale nie mieliśmy ze sobą szczególnego kontaktu. Wiedziałam, że kogoś ma, więc starałam się nawet o nim nie myśleć. Ale nie dało się...poczułam, że coraz bardziej mi się podoba, aż po jakimś czasie doszłam do wniosku, że się zakochałam. Niestety, z jego strony nie miałam na co liczyć. Polubił mnie, to fakt, ale nadal nie mieliśmy większego kontaktu. Opierałam się tylko na spotkaniach w większym gronie licząc na to, że on też tam będzie. Wpadałam coraz bardziej. Płacz, załamanie, bo przecież nigdy nie będziemy razem itd. A w międzyczasie sporo spotkań, wspólne imprezy, wyjazdy. Zaczął na mnie tak dziwnie działać, że nie umiałam się przy nim normalnie zachowywać. Od razu robiło mi się przykro, że na mnie nie patrzy, zaczynałam mówić jakieś głupie rzeczy, żeby mu zaimponować...nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. I tak za każdym razem. Wiedziałam, że jeszcze bardziej się od niego oddalam.
Widujemy się raz na jakiś czas, przypadkiem. Choć prawie każde spotkanie kończy czymś w stylu 'do zobaczenia' lub 'wpadnij jeszcze kiedyś'. Ale nic nie robi. Nie pisze, nie dzwoni, a jak się widzimy, to właściwie ze mną nie rozmawia.
Jakiś czas temu niestety wygadałam się jemu koledze jaka jest sytuacja i potem dowiedzieli się wszyscy jego znajomi. Więc tak naprawdę jestem stracona - czegokolwiek nie zrobię, on już wie jak jest. Więc stałam sobie z boku po ciuchu licząc na to, że przy którymś spotkaniu zwróci na mnie uwagę i mu się spodobam (sama w to nie wierzę).
I chciałabym powiedzieć: stało się. Ale pewności nie mam. Widzieliśmy się znowu kilka dni temu przypadkiem i zauważyłam, że obserwuje mnie jak rozmawiam z innymi. Potem zaczęliśmy rozmawiać, ciągle był obok mnie,w końcu siedzieliśmy razem i się przytulaliśmy. Zapisał sobie mój numer, ale to nie pierwszy raz, więc na nic nie liczyłam. Brałam też pod uwagę to, że to tylko alkohol, no i skoro już siedziałam obok, no to z nudów mnie objął. Impreza przeniosła się do jego domu, ale było już bardzo późno, więc chciałam iść do domu. Namawiał, żebym została, no ale w końcu wyszłam. Obudziłam się rano i zobaczyłam wiadomość od niego.
Do dziś wymieniliśmy kilka zwyczajnych wiadomości, zawsze to ja zaczynałam. Teoretycznie mamy się widzieć w tym tygodniu, ale pewnie się nie uda.
I wracam do pierwszego pytania - czy to możliwe, że nagle mu się spodobałam? Jeśli tak, dlaczego nie robi nic więcej?
Jego kolega powiedział kiedyś, że jest nie tyle nieśmiały, co 'nie ogarnia' takich spraw, więc tłumaczę sobie to tym, że po prostu się boi. Ale co w takim razie robić? Boję się działać, żeby go całkowicie nie stracić. Już wolę widzieć go przypadkiem raz na kilka miesięcy, niż doprowadzić do sytuacji, w której będzie mnie unikał i uważał za idiotkę. Za duże ryzyko.
Co myśleć? Co robić?