Po krótce opowiem.
Jestem 2 lata po rozstaniu, 6-cio letni związek i opisywane tu rozterki.
Niedawno poznałam w pracy kogoś...Jest młodszy co w mojej pracy nie jest niczym dziwnym.
Z racji mojego stanowiska nie możemy spotykać się jawnie. Nie jest moim podwładnym, jednak nie wchodząc w tłumaczenia tak czy siak nie możemy. W pracy udajemy, prawie ze sobą nie rozmawiamy i obojgu nam to odpowiada.
Ja mam 30 lat, on 20. Od razu przypadliśmy sobie do gustu, mamy milion tematów, dobrze nam w swoim towarzystwie no i w łóżku jest rewelacyjnie, choć to i tak skromne określenie. Wyglądam parę lat młodziej, bo średnio oceniają mnie na 25 lat, jednak nie pomyślałam nigdy o spotkaniach z tak młodą osobą.
Z jednej strony czuję się przeszczęśliwa, a z drugiej mam mieszane uczucia względem tego "związku".
Mimo wszystkiego co nas łączy wydaje mi się nie mieć żadnej przyszłości...
Chciałam to zakończyć, rozmawialiśmy, ale do konsensusu nie doszliśmy.
Zadałam mu parę pytań na które odpowiedział, które jednak powinny otworzyć mi oczy.
On twierdzi, że tak jak ja nie do końca widzi dalsze perspektywy, jednak chce zobaczyć co będzie dalej, że się okaże za jakiś czas czy z taką różnicą wieku można.
Ja nie chcę się zakochać, jeszcze nie...
Jednak powiedział coś co bardzo mnie dotknęło. Może i sama go ku temu pchnęłam swoimi obawami, jednak zapytał:
Czy myślisz, że jak będziesz miała 40 lat, a ja 30-ści to utrzymasz mnie w domu?
Odpowiedziałam, że nie. On uśmiechnął się tylko kiwając lekko głową po czym dodał, że nawet jeśli partnerzy są w podobnym wieku to ciężko "się utrzymać".
Mówił, że szanuje moje uczucia, że nie chce by było mi smutno w pracy i nie bardzo wiem jak mam to rozumieć...
Że byłabym świetną przyjaciółką, że jeszcze w życiu będę miała paru facetów, bo jestem atrakcyjna, że on pewnie też będzie miał inne.
Za chwilę jednak kotkuje mi, misiuje i temat ucina chcąc próbować dalej.
Stwierdził, że nie było by mu obojętne to gdybyśmy się rozstali, że nie było by "jak gdyby nigdy nic". Na co ja wcześniej zdążyłam odpowiedzieć jemu, że jakoś bym to ogarnęła.
Stwierdził, że chce byśmy się dalej poznawali, najbliższe dni i tygodnie planuje ze mną, tzn. planuje mnie w swoim życiu, a ja sama nie wiem.
Wydaje mi się, że on tak samo jak ja sam nie wie czego chce.
Mam wrażenie, że jest trochę zbyt pewny siebie, tego że się zakocham, będę cierpiała jak to on mnie zostawi...
Z drugiej strony widzę, że udaje twardziela, a potem jest jak nieporadne dziecko...Jest młody, miał okropne dzieciństwo, musiał szybko wydorośleć i stać się twardy, oblec się skorupą. Widać to gołym okiem, jednak chyba próbuję go sama tłumaczyć, a jest po prostu niedojrzały...
Czasem mam wrażenie, że jestem "stara", a taka głupia...
Ani on, ani ja nie umiemy tego zakończyć, a nie trwa to długo...zaledwie parę tygodni.
Ja chciałam to skończyć, bo myślę przez pryzmat jego osoby, nie jestem egoistką.
Dziś mi nie dał, a ja bez jego aprobaty nie do końca potrafię.
Czy może to wszystko faktycznie spowodowane jest strachem co do różnicy wieku?
Wiem, że...zauroczyłam się po prostu
Tylko czemu tak trudno to zakończyć? Czy to faktycznie nie ma szans?
Gdzieś w środku sama wiem niby co zrobić-szczególnie jak sama czytam co napisałam, jednak potrzebuję rady, a nie mam się do kogo o nią zwrócić.
Wiem, że może opis trochę pogmatwany, ale tak wyglądała nasza rozmowa...
Pozdrawiam cieplutko.