Obecnie mija 15 dzień od ostatecznego rozstania z moją żoną. Żyję, ale nie potrafię się odnaleźć. Mam dni lepsze i dni gorsze... Tych gorszych jest trochę więcej niestety. Kiedy wydaje mi się, że zaczyna być dobrze, następuje tąpnięcie i potrafię cały dzień zmarnotrawić na bezsensownym myśleniu, czy się znowu odezwać, czy nadal milczeć. Dziecinne mi się to wydaje, w ogóle całe to moje małżeństwo. Ale wspanialszej i bardziej interesującej mnie kobiety nie spotkałem w życiu. Kocham ją pewnie nadal, mimo wielu krzywd, które mi wyrządziła. Ja również nie byłem bez winy, ale jak to w związkach, są dni lepsze i dni gorsze. Tylko, że moja żona jest osobą dość impulsywną, pamiętliwą i agresywną, jednocześnie niezależną i ambitną. Kocham ją za wszystkie te cechy, ale niosą one za sobą również ryzyko, że jeśli ja posiadam te same cechy o awanturę nietrudno...
No i takie było to nasze małżeństwo. Pełne wzlotów, pełne upadków, afer, wyprowadzek, przeprowadzek, bijatyk... Z każdym dniem było trudniej i na koniec właściwie nic już się nie spinało.
Mam 40 lat, żona 37 lat. Ja mam dziecko z pierwszego małżeństwa, które poświęciłem dla obecnej żony. Ona ma dziecko ze związku nieformalnego. Dzieci mają około 10 lat i są prawie równolatkami. Poznaliśmy się prawie 5 lat temu, wielka miłość, wyjazdy, wakacje, seks. Mieszkaliśmy od siebie daleko, ponad 400 km i jeździliśmy do siebie właściwie co tydzień, maksymalnie co dwa. Zdarzały się oczywiście i ogniste nieporozumienia, kłótnie, ciche dni, lekceważenie. Ale zawsze wracaliśmy do siebie, godziliśmy się seksem, znowu było cudownie, ale z czasem zaczęły narastać nieporozumienia, gdzie będziemy razem mieszkać, w moim, czy w jej miejscowości, przekładaliśmy w wyniku nieporozumień moment wspólnego zamieszkania, aż w końcu zdecydowała się przeprowadzić do mnie. Wydawało mi się, że teraz to już wszystko się poukłada i będzie dobrze.
Ślub wzięliśmy w sierpniu dwa lata temu. Wynajęliśmy pierwsze mieszkanie, zamieszkaliśmy razem, idylla nie trwała długo. Pokłóciliśmy się już na weselu, potem właściwie kłótnie gościły u nas średnio co dwa tygodnie, ciche dni, uciekanie z pościelą do drugiego pokoju, godzenie się, znowu dobrze i tak cały czas. Jej dziecko i moje dziecko oczywiście nie ułatwiały nam zadania, starałem się jak mogłem, aby się dobrze czuło, ale wiadomo że bardziej zżyte było z mamą. Starałem się, aby dzieci czuły się z nami dobrze. Miałem wiele wad i wiele rzeczy prowokowało moją żonę do afery. W końcu zaczęliśmy się omijać, osobno Sylwester, osobno wyjścia na koncert, kino, do rodziny, znajomych... I tak w kółko, tydzień afery, cichych dni, potem dwa tygodnie w miarę fajne i znowu o pierdołę afera... Można było tego nie wytrzymywać, ale trwaliśmy przy sobie. W grudniu 2012 zaszliśmy w ciążę, ucieszyliśmy się, że teraz to się zbliżymy bardziej do siebie. Niestety poroniła żona w styczniu, a na koniec stycznia razem z dzieckiem uciekły ode mnie do nowo wynajętego mieszkania. Dwa dni później już mieszkaliśmy razem, ale u niej, czasem spałem u siebie, czasem u niej. Ponownie zaczęliśmy się do siebie zbliżać, aż w lipcu 2013 podjęliśmy decyzję o ponownym wspólnym zamieszkaniu. Było cudownie. Co prawda wiele rzeczy mi się nie podobało, jak jej nocne wyjścia z koleżanką na piwo, czy ciche dni i wyrzucanie mnie do mojego mieszkania...
Przeważnie ja się odzywałem pierwszy, bo wydawało mi się, że bez sensu tak milczeć, skoro może być znowu dobrze i tak z tą niezłomną myślą żyłem cały czas, wierząc że nic nie może nas rozłączyć, bo jesteśmy dla siebie stworzeni.
Oddałem moje/nasze mieszkanie i wynajęliśmy nowe, bo tamto jej się źle kojarzyło. Ale w marzeniach chciałem domku, abyśmy się pomieścili i żebyśmy mieli ogród. Ona była temu przeciwna, bo obiecałem mieszkanie. Ale z czasem myślałem, że może uda się ją namówić, ale każda rozmowa na ten temat powodowała awantury. Tak było też i w sierpniu, kiedy wspomniałem tylko o domku, zostałem przez żonę pobity, groziła że mnie kiedyś zabije. Natychmiast wyszedłem, mieszkanie dopiero co wynajęte odmówiłem, płacąc bez sensu kolejny czynsz. Ale znowu minął tydzień i znowu wróciliśmy do siebie. Wynajęliśmy kolejne mieszkanie. Pojechaliśmy na wakacje, gdzie oczywiście mieliśmy trzy dni ciche, osobno w nocy, osobno na plaży, masakra.
Wróciliśmy, już jej się znowu nie podobało wspólne mieszkanie, za późno wracałem z pracy, zaczęła notować godziny powrotu (ok 19-21), kto gotuje obiady, kto robi zakupy itp. W ramach rocznicy pojechaliśmy na tydzień samotnie za granicę. Było cudownie, nie pokłóciliśmy się ani razu, cudowny seks, zwiedzanie. Nastrój jej niestety minął już po powrocie. Spotkała się z dziećmi naszymi i afery. Potem chciała żebym się znowu wyprowadził, wychodziła znowu na nocne imprezy, mówiąc mi ale się wybawiła, jak ja szedłem, to mi przeglądała telefony, portfel, sprawdzała samochód, zaczęła mnie kontrolować cały czas. Tak minął październik, listopad, od afery, do zgody. Na początku grudnia zaczęło przeszkadzać jej moje hobby, że wydawałem na to zbyt dużo pieniędzy. Zgodziłem się i od listopada nie kupiłem już nic, ale to nie wystarczyło. Podczas kolejnej awantury w grudniu, o to że nie poszedłem z psem z jej dzieckiem, pobiła mnie ponownie, podrapała i wzięła jeden z najcenniejszych modeli. Moje próby odzyskania nie przyniosły efektu, co stanęło między nami na długo. Ona zabrała, żeby dać mi nauczkę, a ja chciałem go odzyskać i stawał nam kością niezgody przy każdej kłótni...
Po kolejnym pobiciu poszedłem na policję zgłosić obdukcję, miałem już tego dosyć. Ale pogodziliśmy się, ja się wyprowadziłem na tydzień, ale po jej smsach, obojętnych dla nas, wróciłem... Nie trwało to długo i znowu afera, sceny zazdrości, wypominanie, że o nią nie dbam, a robiłem co potrafiłem najlepiej.
W styczniu postanowiłem odzyskać swoją rzecz, bezskutecznie, znowu mnie pobiła, ale tym razem postanowiła się wyprowadzić, bo ją zaszantażowałem że zabiorę jej też coś cennego, wycofałem się z tego, ale już zdania nie zmieniła. Zostałem sam od kwietnia.
W lutym jeszcze wróciliśmy do siebie, Walentynki, urodziny, piękne chwile, ale nic nie trwało za długo i pod koniec lutego znowu nieporozumienia. Skierowała fałszywy pozew do sądu przeciwko mnie o przemoc w rodzinie. Jak stwierdziła jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Wycofała go. W marcu jeszcze miły Dzień Kobiet, a potem to już równia pochyła. Odrzucenie moich prób seksu, moje obrażenie się i nie pomogłem jej w wyprowadzce, nie rozmawialiśmy ponad trzy tygodnie. Potem znowu kiedy uciekły już na nowe mieszkanie, znowu nieśmiałe kontakty smsem, znowu powrót, wspólne święta, znowu spanie razem, seks, cudowne chwile, Komunie dzieci, pomoc z domem, w biurze, dałem z siebie tyle ile umiałem. Wydawało sie, że może do siebie wrócimy, ale po propozycji powrotu, odmówiła, że zgadzamy się tylko jak mieszkamy osobno. Dla mnie wynajmowanie dwóch mieszkań to nonsens, podwójne koszty i nie umiałem zrozumieć, dlaczego ona się izoluje i ucieka. Pokłóciliśmy się ponownie już w czerwcu, nastawiła swoje dziecko przeciwko mnie i kiedy zwróciłem uwagę, aby nie wciągała w to dzieci, obie zaczęły ze mnie drwić i na koniec znowu mnie pobiła.
Wyrzuciła z domu i zaczęło się milczenie. Stwierdziłem, że mam tego dość i milczałem. Mieliśmy razem jeszcze dokończyć prace w jej biurze, ale kiedy tam pojechałem oddać pewną rzecz, prace te wykonywał już jakiś kolega. Wkurzyłem się, ale zachowałem spokój i wziąłem tylko mój sprzęt i wyszedłem. Nie wiem, nie byłem w stanie wznieść się ponadto i dokończyć remont. Ten kolega powiedział, że jutro przywiezie swój sprzęt. Wyszedłem.
Po dwóch dniach przyniosła mi resztę moich rzeczy. Jakoś pod koniec czerwca posądziła mnie o to, że włamałem się jej do biura, zaczepiała smsami z nieznanego mi numeru, gdzie podawała się za moją koleżankę, a pod koniec czerwca zaproponowała mi że pomoże mi spłacać kredyt na meble, bo w międzyczasie w kwietniu straciłem jeszcze pracę i nie miałem dokąd pójść. Oddała wreszcie ten model i zaproponowała mieszkanie u niej, ale w osobnym pokoju. Zgodziłem się.
W lipcu wytrzymaliśmy razem 12 dni, bez seksu, z unikami, ale zdarzyło się że spaliśmy ze sobą, przytuliliśmy się, parę razy i zaczęliśmy ze sobą wreszcie normalnie rozmawiać. Dziwnie się czułem, kiedy wchodziła mi do łazienki, kiedy byłem nago, kusiła chodząc w koszulce nocnej, pokazując części intymne ciała, ale nie dała się namówić nawet na pocałunek. Czułem dystans i nie wytrzymałem, powiedziałem jej to, zapytałem, czy kogoś ma, zaprzeczyła, nie ma ochoty i już. Zwątpiłem w to wszystko, obraziłem się, nie gadaliśmy, a w niedzielę rano, wyszedłem. Dowiedziałem sie, że smsy słała mi w czerwcu, bo się bawiła nowym telefonem, oszukała mnie, zarzuciła że się nie interesowałem jej biurem, ja na to, że skoro ma tam kolegę, który jej pomoże, ona że zachowałem się jak idiota, na koniec przyznała się, pewnie na odczep, że TAK spotyka się z kimś... Wyszedłem, zabrałem moje rzeczy, podałem jej rękę, życzyłem powodzenia i wyszedłem.
Strasznie mi jej brakuje, ale już dwa tygodnie cisza, tęsknię za nią, za jej głosem, nie chcę znowu ja inicjować kontaktu. Chciałbym jej pokazać, że mi nie zależy, a jednocześnie nie chcę jej stracić. Ale zastanawiam się jak sobie z tym poradzić, jeśli ma się skończyć niech się skończy. Brakuje mi jej, była dla mnie kobietą mojego życia, ale dlaczego wciąż to ja mam się starać i wracać.Czuję, że ona to wykorzystała. choć z drugiej strony po co proponowała mi mieszkanie w lipcu? Jak to ona stwierdziła, to jest odpowiedzialność za mnie i za mój los. Tylko tyle. Dla mnie to była męczarnia, tak mieszkać razem ale nie móc się przytulić i kochać.
Nie wiem co zrobię, czy będę w stanie to zakończyć, cały 5-letni związek to mnóstwo pięknych chwil, ale też koszmar afer, kłótni. Nienawidzę milczenia, powiedziała mi w lipcu, że jak potrafiłem w czerwcu być taki nieczuły i się nie odzywać. A ja chciałem zapomnieć, tylko że odzywała się po trzech tygodniach i zaproponowała mieszkanie?
Poległem wówczas, może teraz będzie łatwiej, ale łatwo nie jest. Strasznie za nią tęsknię i brakuje mi jej okropnie. Ona o tym wie, też milczy. Może to już jedyne rozwiązanie. Dodam, że każdą poważną rozmowę kończy, że przecież jesteśmy w "separacji" i nic nas nie łączy. Ja na to, że nie mam pracy i w takim razie niech złoży pozew, a ona na to, że jej się nie opłaca obecnie... Znowu w złości... Tyle ran, tyle zbytecznych słów, po co?
Jak sobie z tym wszystkim poradzić, siedzę i myślę.
Wybaczcie tak długi post, ale musiałem to z siebie wyrzucić i poszukać rozwiązań.