Witajcie, piszę, bo chciałabym Was poprosić o pomoc. Jestem w dołku, nie wiem jak się wygrzebać, od czego zacząć.
Mój mąż lubi sobie wypić. Zanim się poznaliśmy, pił codziennie. Było to po śmierci bliskiej dla niego osoby. Ja jestem przeciwnikiem alkoholu. Moja mama teraz pije i mój mąż wie jak mnie to boli i jak stresuje. Na początku naszego związku alkohol był, nie były to ogromne ilości, od czasu do czasu coś wypił. Problem zaczął pojawiać się w momencie, kiedy po upiciu zaczynały się awantury. Z krzykami, trzaskaniem drzwiami itd. Zawsze coś mówił, niewiadomo co, później miał pretensje, że go nie rozumiem. Wiecie jaka to jest rozmowa trzeźwego z pijanym. I tak od słowa do słowa, rodziły się kłótnie. Mój mąż jest postawnym mężczyzną i ma siłę, nigdy mnie nie uderzył, ani nie podniósł ręki z tym zamiarem, ale ja nie wiem co mu może odbić. Mam wrażenie, że przestał mnie już kochać.
Był czas kiedy zabroniłam mu pić, ogólnie wtedy miał wiele zakazów. Okłamał mnie kilka razy, straciłam do niego zaufanie i zaczęłam zakazywać i narzucać swoją wolę. Wiem, że to było szczeniackie zachowanie, w końcu to zrozumiałam i zmieniłam się. A on zaczął pić coraz więcej. Najpierw na weekend kupował 2 piwa, później 6 ,następnie 10. Teraz doszła do tego jeszcze wódka i piwa. Po tym jak powiedziałam, że za dużo pije stanęło na pół litra i dwa piwa. Dla niego mógłby był litr i 10 piw. No i tak co weekend. Boję się, że to w końcu doprowadzi do alkoholizmu, tym bardziej, że jak coś się posprzeczamy i nie kupi alkoholu na weekend, to chodzi niezadowolony. Niby twierdzi, że jest ok, ale przecież go znam i widzę. Doszliśmy niedawno do porozumienia i zawarliśmy umowę. Jeśli zobaczę ( w towarzystwie), że jest podpity, to powiem mu koniec i on kończy. Sam powiedział żebym to ja mu uwagę zwróciła, bo on może się nie zorientować w porę. Chcieliśmy uniknąć tych awantur, o których Wam pisałam. Nadszedł w końcu moment, kiedy przy wódce, powiedziałam "dość". I tak wypił ten kieliszek, bo był już nalany. Tak się tłumaczył. Ok, przymknęłam oko, nie dogadaliśmy się wcześniej. Byliśmy niedawno na urodzinach kolegi. Powiedzieliśmy, że będziemy się już zbierać, wypili jeszcze po dwa kieliszki i ja do niego mówię, że na tym koniec. Został nalany kolejny i nim mąż go wziął do ust, powiedziałam znów żeby nie pił i że idziemy. Wypił. Mam żal, że nie wywiązał się z umowy i na dodatek przy ludziach, potraktował mnie jak koleżankę, której głos się nie liczy. A przecież jestem jego żoną. W domu tłumaczył się tym, że czuł się dobrze i że takie imprezy zawsze się tak kończą (piciem jeszcze kilku "rozchodniaczków"). Nie wiem, nie bywam na takich imprezach. Powiedziałam mu, że czasami okazuje się, że to był właśnie ten jeden kieliszek za dużo, że po prostu się bałam co będzie później. Przecież się umawialiśmy. To nie było z mojej strony tak, że chciałam przy znajomych pokazać mu kto to rządzi, powiedziałam to do niego i nie tak głośno żeby każdy słyszał. Wróciliśmy do domu, ja się cała trzęsłam, z nerwów i ze strachu. Kłótnia i tak była. Na następny dzień chciał się pogodzić, ale nawet nie przeprosił. Po prostu myślał, że jak podjedzie i przytuli, to będzie wszystko ok. Powiedziałam, że znów mu nie wierzę, że myślałam, że skoro jestem jego żoną, to nie będę traktowana jak inni, że nie będzie mnie okłamywał. Temat się urwał. Myśli chyba, że jak się zaczęłam odzywać, to jest ok.
Ogólnie między nami nie jest dobrze. Jakoś tak zimno. Twierdzi, że się stara wszystko naprawić, a ja mu mówię, że nic nie widać. Mam go kłamać? Dlaczego muszę się wiecznie upominać o to żeby mnie przytulał, muszę pytać czy mnie kocha. Czasami ma dni, kiedy jest miły, słodki, jak na początku, a za chwilę znów się odsuwa. Nie czuję miłości z jego strony, bardziej nienawiść. Przecież on nic dobrego we mnie nie widzi.
Nie wiem co robić. Nie wiem jak zacząć naprawiać, od której strony, nie wiem czy mnie kocha i nie wiem czy w ogóle jest jeszcze sens to ciągnąć.