Witam Was serdecznie, dzisiaj to ja proszę Was o poradę.
Zacznę od początku: pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej. Jestem niepewna, niezdecydowana, czuję się bezwartościowa jako kobieta.
W związek z P. weszłam będąc jeszcze nastolatką. Ja mam 26, on 27 lat obecnie.
Wiele razy rozstawaliśmy się i schodziliśmy się. Najdłuższą przerwę mieliśmy 2 lata.
Mieszkaliśmy ze sobą w trudnych warunkach mieszkaniowych. Wiele razem przeszliśmy złych i dobrych chwil. Zawsze każdy w towarzystwie zauważał, że on jest bardzo za mną, zrobiłby wszystko dla mnie. Ludzie mają o nim zdanie jako o chłopaku z biednej rodziny, skromnym, niepewnym siebie. Jak dla mnie on nie jest złym człowiekiem, ale ma problemy emocjonalne i jest nadpobudliwy, nerwowy, po szpitalu psychiatrycznym ma zdiagnozowane też zaburzenie osobowości ? histrioniczna, ale o tym później.
Pierwszy szantaż zastosował na mnie, gdy zerwałam z nim mając naście lat. Połknął tabletki, napisał listy pożegnalne i... wszystkiemu byłam winna ja według jego rodziców "Coś ty zrobiła". Chciałam zaciągnąć go na terapię, gdyż sama zaczęłam chodzić, ale nie zgodził się. Wróciłam do niego... Po czym i tak rozstałam się z nim z potwornymi wyrzutami sumienia za niecały rok czasu.
2 lata przerwy, ja nieudany związek z leniwym palaczem marihuany, z którym byłam, bo uciekałam z domu od ojca - on palił i nie było z nim przyszłości, ale miałam spokój i to było ważne wówczas dla mnie. P. miał parę dziewczyn, ale w sumie nic poważnego.
Z mojej strony rozstanie z powodu braku perspektyw na przyszłość z takim leserem, lepsza praca, ciągnięcie w górę, podjęcie się studiów.
Spotkanie po latach z P. i... z mojej strony opór, on za mną łaził, ja chciałam to tylko sprowadzić do kategorii koleżeństwa, ale też coś poczułam i postanowiłam dać nam szansę, spróbować. Zamieszkaliśmy razem w trudnych warunkach mieszkaniowych (piece, brak łazienki i ciepłej wody, głośni sąsiedzi nie dający spać w nocy i ich pies dezorganizujący życie w dzień), było i biednie i nieraz troszkę lepiej finansowo, ale żadnego wsparcia od rodzin nie mieliśmy. Chłopak wydawał się być odpowiedzialny (w porównaniu z moim byłym), dorósł, umiał zrobić w domu rzeczy typowo techniczne dla mężczyzny, nauczyłam go gotować, prać, sprzątać. Był pojętny i chętnie mi pomagał.
W tym czasie załamała mnie choroba i śmierć jego mamy, byłam przy nim i wspierałam go jak mogłam, a także problemy w moim domu rodzinnym... matki z ojcem.
Zawaliłam studia, nie miałam siły, mama moja ciągała mnie po psychologach i psychiatrach. W tym czasie (nie wiedziałam o tym będąc z nim w związku - dowiedziałam się dopiero po zerwaniu, które nastąpiło półtora roku później) on spotkał się parę razy i całował raz z inną dziewczyną.
A także robił zakupy w pewnym sklepie tylko po to, by zobaczyć kolejną dziewczynę, bo podobała się jemu.
Po śmierci jego mamy próbowałam przejąć ster, by jakoś to życie się nam ułożyło. Myślałam o ślubie, remoncie, zamianie mieszkania, żyłam i prowadziłam oszczędnie gospodarstwo, bo krucho było z pieniędzmi, a nie mogliśmy liczyć na pomoc jego czy mojej rodziny.
On również chciał sobie życie ze mną ułożyć.
W końcu po wspólnych rozmowach podjęliśmy decyzję o jego wyjeździe za granicę, moim dokończeniu studiów tu w kraju i przyjeździe do niego.
Już przed jego wyjazdem zaczęłam zauważać, że jego zachowanie w stosunku do mnie jest dziwne, zaczęliśmy wychodzić do znajomych, gdyż mieliśmy po prostu więcej czasu dla siebie, bo wcześniej zajmowaliśmy się jego ciężko chorą mamą.
W znanym jemu towarzystwie nie zajmował się mną, zostawał najdłużej ze wszystkich osób z dziewczynami na papierosie, nieraz musiałam go prowadzić do domu pijanego, nie tańczył ze mną, rozlał piwo na parkiet, ochroniarz go przegonił, pojawił się koło mnie wtedy, gdy jakiś mężczyzna poprosił mnie do tańca. W sumie mogę wspomnieć jeden udany wypad, gdy nie czułam się źle w jego towarzystwie, miała wsparcie. Po każdym nieudanym wypadzie rozmawiałam z nim, jak powinien się zachować, że razi mnie to czy tamto, a co jemu się nie podoba, dlaczego tak robi? Że nie lubię klepania po pupie, bo dla mnie to jest zarezerwowane tylko w sypialni, o mówieniu o sobie w towarzystwie dobrze, a nie "naśmiewaniu się z siebie", mówieniu "ona jest taką furiatką... ale kochaną". I rzeczywiście tak było, bywałam nerwowa, bo on wyprowadzał mnie z równowagi, żartami, bolesnymi wygłupami, robieniem czasem mam wrażenie, że na złość, bo gdy np. ja włączyłam swoją muzykę on włączał swoją, pomimo, że nie miał tego zamiaru wcześniej, a ja nie słuchałam na całą parę. Powtarzał, że lubi, jak mam w oczach te kurwiki, a ja miałam dosyć takiego dokuczania, wystarczyło, że w domu ojciec szargał mi nerwy... Częste wypominanie z jego strony przeszłości męczyło, dołowało mnie, wprowadzało w poczucie winy (chodziło o poprzednie zerwanie). Często się na mnie denerwował, że nie leżę obok nie niego i nie oglądam filmu tylko myję się np. czy wcieram w siebie balsam. Mieszkając z nim zaniedbałam się i przytyłam.
Pragnę zaznaczyć, że były i dobre chwile, fajnie spędzony czas! Wakacje - to z nim nauczyłam się co rok jeździć na wakacje, bo wcześniej tego nie miałam.
Na ostatnich wakacjach przed jego wyjazdem pojechaliśmy ze znajomymi: nie przepuszczał mnie w drzwiach, deptał mnie po nogach, robił dużo zdjęć naszej znajomej, która kiedyś mu się podobała... Zachowywał się jak zupełnie inny człowiek! Zagadany, z głową w chmurach, po prostu... nieogarnięty, nie potrafiący nawet zapamiętać drogi powrotnej do pensjonatu (ja musiałam nas prowadzić).
Po wszystkim zrobiłam mu awanturę, chciałam się rozstać, ale on ugotował obiad, ciasto, obiecał poprawę, nie widział też w swoim zachowaniu niczego niestosownego.
Potem wyjechał, zostałam sama w jego mieszkaniu, wytrzymałam miesiąc sama, bałam się, bo jego mama umarła w tym mieszkaniu, wyniosłam się więc do rodziców, mieszkałam w pokoju z mamą, spłaciłam ich długi prawie 2000 zł, żeby nie wyłączyli nam prądu i gazu, och ogólnie rodzice się żarli, weszłam w otchłań piekieł po prostu, ojciec zaczął się też od nowa na mnie wyżywać, pomimo, że chciałam tylko normalnie żyć, mieszkać, dokładać się do wszystkiego i nie mieszać w ich sprawy - byli po rozwodzie. To, co w sumie zaserwował mi ojciec, to po prostu się w głowie nie mieści, nie będę wam opisywać tego, co on nam wyrabiał, ale skończyło się na tym, że po niecałych 4 miesiącach znowu terapia, psychiatra i tym razem środki na zaburzenia adaptacyjne, które przestałam brać po paru dniach - miałam halucynacje oraz uczucie izolacji itd. itp., postawiłam na terapię. Nie muszę dodawać, że nie układało mi się w pracy, studia znowu zawaliłam (ostatnie pół roku, ale cały rok muszę zaliczać). Za 5 miesięcy studiów płacił mi chłopak, zajmowałam się rachunkami w jego domu, w "swoim" - u rodziców, płaceniem mu zusu, us, wymianą walut... Wszystkiego jego sprawy załatwiałam na bieżąco, a to umówienie się do fryzjera, a to lekarz, a to ubezpieczenie jego... Przyjeżdżał do moich rodziców do domu o co tez były awantury z moim ojcem ale tak jak piszę to już jest temat na osobny wątek, miał i obiad zrobiony i owoce kupione, witaminy, gdyż tam marnie się odżywiał, ja zresztą tu w kraju też.
Byłam w strasznym stanie psychicznym: po lub przed pracą potrafiłam godzinami patrzeć w okna, trzęsąc się ze strachu i czekając aż ojciec wróci do domu. Wstyd się przyznać, żyłam jak robot, praca tylko a po pracy pusta egzystencja i strach. Nie byłam w stanie nigdzie wyjść, nie miałam pomysłu, co zmienić... Jedyny to uciec, podjąć wspólną pracę i na obczyźnie, ale ja nie umiałam niemieckiego i nie chciałam rzucać pracy dla czegoś niepewnego? być na jego utrzymaniu przez wiele miesięcy? Dopóki nie nauczyłabym się języka.. po prostu coś mnie blokowało. Bałam się też zostawić mamę samą z ojcem-psycholem.
Mój chłopak chciał mi wynająć mieszkanie lub pokój, ale nie zgodziłam się, ponieważ jego mieszkanie było zadłużone i opłaty też były do tyłu, ponadto kupił sobie laptopa na zagranicę, więc zależało mi na tym, by to wszystko było spłacone.
W naszym związku nie działo się najlepiej... 10 miesięcy rozłąki, spadły mi okulary różowe z nosa i zaczęłam zauważać, jak to wygląda... Szybki, nie czuły seks, ja zostawiana w tym piekle... Bardziej chroniłam ja go przed moim ojcem niż on mnie. I jego dziwne, okropne zachowanie. Ojciec się wyprowadził po wielu interwencjach policji, prokuratury i opieki społecznej czy czegoś tam, po miesiącu czasu zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę chcę być z człowiekiem, z którym tyle przeżyłam, a który nawet wkurza się na to, że np. kroję chleb przy blacie kuchennym w tym miejscu, w którym jest szuflada ze sztućcami i ja muszę zawsze stać tam, gdzie akurat on czegoś chce... Miał do mnie o to pretensje! Sprzeczaliśmy się o remont mieszkania, o zamianę, o wykup, ja miałabym wziąć kredyt, ale nie chciałam bo nie byliśmy małżeństwem a on nie był ubezpieczony, jakby mu się coś stało to ja zostałabym z kredytem a mieszkanie jego by przepadło. Oczywiście jest to czarno widzenie, ale on miał już wypadek w pracy i jak wracał do kraju też miał wypadek samochodowy?
Pojechaliśmy na wakacje, na które, pomimo moich próśb, wydał prawie 6 tys.!!! Czyli niemal wszystko, co udało mu się nazbierać pracując tam. Jego zachowanie mnie zmroziło... On nie będzie płacił za zwiedzanie kościoła, w busiku z obcokrajowcami przedrzeźniał ich, zawarczał na gościa dwa razy większego od siebie, że ten nie powiedział "dziękuję i do widzenia? kasjerce - myślałam że i on dostanie w mordę i ja... Bałam się!
Po miesiącu od wyprowadzki ojca zaczęłam mu wypisywać smsy, że to chyba nie ma sensu, że nasz związek ma się ku końcowi. Potem spotkałam się z Mężczyzną, w którym kompletnie się zauroczyłam! I może zadziałałam zbyt pochopnie, ale poczułam się szczęście, radość, euforię, jakiej nie czułam od dawna... Zaczęłam wychodzić z domu i szykowałam się, zaczęłam o siebie dbać... WOW. Zaczęłam porównywać obu mężczyzn.
Zerwałam z P. Mieliśmy 2 tyg. na rozmowę, której on się podjąć nie chciał, bo się bał.
Po zerwaniu ja, w szoku, ze to już naprawdę koniec między mną i P. ? rzuciłam się w wir poznawania nowego M.
Miesiąc od zerwania P. rzucił pracę w taki sposób, że już nie miał do niej powrotu... Przyjechał, kupił mi pierścionek, oświadczył się, napisał bardzo długi list, jak mnie kocha i jak bardzo cierpimy na tym rozstaniu... Płakałam... Nie wiedziałam, co robić, bo on był sam, bez rodziny. On uważał, że my na dobre się nie rozstaliśmy, bo on musiał wracać do pracy za granicę, w związku z tym znajomość moją z M. uznaje za zdradę. Oświadczyny odrzuciłam, bo nie mogłam podjąć takiej decyzji... Na drugi dzień była jego pierwsza próba samobójcza. Potem kolejna... ledwo go odratowali... Latałam z moją rodziną do niego do domu ratować go, wzywać pogotowie, po szpitalach, itd.
Odgrażał się mi dalej, że się zabije, że on wie gdzie mieszka M., nachodził mnie, potem prosił o podjęcie decyzji... Czułam się zastraszana, nawet wynajął gościa, by nas śledził, obawiałam się o siebie, o M., że mu coś zrobi oraz o samego P.
2 miesiące później znowu nałykał się tabletek... ale obyło się bez interwencji lekarskiej.
Nie muszę chyba dodawać, że w tym czasie M. wspomagał mnie psychicznie, dużo mi tłumaczył; jednak i między nami zaczęło się psuć, bo ja miałam ogromne wyrzuty sumienia, poza tym P. mnie wyzywał, twierdził, że został zdradzony, szantażował... ja - kłębek nerwów, wahania, koszmary nocne i nazwanie mnie nawet przed siostrę egoistką oraz przyczyną, przez którą on targnął się na własne życie... że to przeze mnie - stały się moim przekleństwem. Zaczęłam w to wierzyć. Aż w końcu nowy facet zaczął mnie pytać, czy to rzeczywiście nie przez moje rozchwiania on popełnił ten czyn, czy ja jestem normalna? Potem zapisał mnie do najlepszego psychiatry w mieście. Ogólnie rzecz biorąc, nie potrafiłam w tamtym czasie udźwignąć nawet prostych pytań... Jego rodzina też patrzyła na mnie spod byka... Na początku czułam ulgę, gdy poznawałam jego towarzystwo, rodzinę, spędzałam u niego noce, ale szybko doganiała mnie rzeczywistość, gdy wracałam do domu z mamą.
Znowu problemy w pracy, ogromne, tym razem zdegradowali mnie ze stanowiska... Moje życie waliło się a ja zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam, bo nowy facet palił marihuanę, i do tego stał się bardziej chamski dla mnie, naciskał czy chcę być z nim czy nie, zamieszkać; a ja nie potrafiłam tego skonfrontować, poradzić sobie z tym, zaczęłam tęsknić za P. i żałować wszystkiego, obwiniałam M. i siebie o rozpad mojego związku z P., a nawet o jego próby samobójcze. Byłam przekonana, że M. mnie celowo uwiódł, i że mnie nie szanuje.
Tuż przed przeprowadzką P. do mnie nasz kontakt się urwał. Bardzo tęskniłam za M. ale tez i czułam się, jak idiotka... Cierpiałam strasznie. On był dla mnie tak twardy z charakteru, nieugięty, że w mojej głowie mógł mnie za jakiś czas rzucić. Dziś widzę to z perspektywy takiej, że miał silny charakter i był stabilny emocjonalnie, ale czy na pewno? Co z marihuaną? No i mieszkał z mamą, czy to nie dziwne? Pracę miał oraz fajną, normalną rodzinę. Urwał się nam kontakt przed zimą.
W domu P. siedział parę miesięcy, bez pracy, za wszystkie pieniądze zarobione za granicą po prostu żył... Nawet rachunków nie płacił. W tym czasie włamał mi się na portale społecznościowe, założył program szpiegowski na telefonie, nabił mi rachunek na 200 zł za 2 dni...
W końcu przyszła późna zima a on nie miał nawet węgla, wyłączyli mu prąd. Z mamą przyjęłyśmy go do domu na 4 miesiące, on poszedł do kiepskiej pracy, pomimo moich motań i błagań aby coś z tym zrobiła, bo ja nie wytrzymam... Że to mój były... Miałam ochotę wyprowadzić się z własnego domu. W tym czasie on starał się odbudować to co było między nami, dużo rozmawialiśmy, pisaliśmy listy, oboje byliśmy kłębkiem nerwów, on był normalny przez parę dni, a najczęściej na weekendy robił mi straszne jazdy, wyzywał mnie, wyprowadzał się nocą do swojego mieszkania, by po paru godzinach przyjść zmarzniętym. Nie potrafiłam mu jasno wskazać drzwi, wygonić, gdyż wiedziałam, jakie ma tam warunki, nie miałam serca. On był bardzo chwiejny, niestabilny emocjonalnie, po tych próbach a i ja byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów. Wyzywał mnie i M., potem przepraszał, itd. A ja? Czułam się winna i odpowiedzialna za tą sytuację, przecież on wyjechał dla nas a ja go tak potraktowałam... Okazałam się chyba kobietą niewierną, nie zdolną do założenia rodziny! Obarczoną jego sytuacją rodziną, materialną... Nie wiedzącą, czego chce od życia i zwykłą nieudacznicą!
A teraz najlepsze: przespałam się z P. kiedy u mnie mieszkał, brakowało mi czułości, miłości. Po wszystkim żałowałam tego cholernie, to był błąd i porozmawiałam z nim o tym, że nie powinniśmy a uległam po prostu chwili i jego namowom...
Nie kontaktowałam się z M. przez te 6 miesięcy, wstydziłam się, nie wiedziałam jak mu to wszystko wytłumaczyć, on wie teraz że jestem w ciąży dzięki P. i zdystansował się zupełnie... On nie będzie się w takie sprawy mieszał, a ja nadal za nim głupio tęsknię.
Najgorsze jest, że gdy zrobiło się ciepło kazałam P. wyprowadzić się ostatecznie i nie marnować mi życia, co też uczynił. Potem okazało się, że jestem w ciąży. Nie jesteśmy razem, ja siedzę na zwolnieniu, a on znowu wyjechał... Mam takie myśli, że jednak się stara, że może jakoś się ułoży, w końcu jest ojcem; ale nie mam ochoty na seks z nim, na przytulenie, na pocałunki... Kontroluje mnie, nie potrafi zrozumieć, że to koniec. Nie wiem, co mam naprawdę zrobić... Nie chcę tego dziecka, nie cieszę się w ogóle, jestem załamana. On chce ślubu, dziecka, rodziny, ja chciałam się od niego odciąć na zawsze, bo między nami dobrze nie jest, a teraz to już zawsze będzie nas łączyło dziecko...
Wiem, że ta historia jest bardzo zawiła, proszę jednak po prostu o poradę. Nie ma wokół mnie osób, które mogłbyby mi naprawdę doradzić, gdy nawet moja rodzina stanęła za P. nie za mną w sensie: powinna zaakceptować mój wybór.
Naprawdę, jestem na rozdrożu, boję się wrócić do pracy, uważam, że nie nadaję się do życia ani też na matkę, tęsknię za M. ciągle i mam o sobie jak najgorsze zdanie. Nie mam pieniędzy, ani warunków by wychować dziecko, nie chcę je też oddać. Czy wyjechać za granicę i układać sobie życie z P. on czeka z otwartymi ramionami ale i raz mówi że musimy wyluzować a potem mnie wyzywa że dziecko urodzi się chore, przeze mnie, że będę złą matką, że to, że tamto... A potem znowu jest okej, martwi się, pyta jak się czuję... Gdy przyjechał ostatnio było dobrze i spokojnie przez pół dnia, potem znowu wybuchł w sklepie, niby przeze mnie pokłócił się z gościem i na mnie się wyżył, potem mnie ugryzł w udo, wystarczyłam się bardzo, potem w stopę? Staram się dbać o siebie w ciąży i się nie denerwować, lecz jest to możliwe tylko, gdy nie kontaktuje się z nim i czy to moja wina że on taki jest? Szaleje, by stworzyć rodzinę? A ja ciągle nie? Ale z drugiej strony ma ciągle do mnie pretensje, nie możemy się porozumieć, dojść do kompromisu, ja muszemu ulec po prostu? Takie mam wrażenie, chociaż on mówi, że jest na odwrót.
Nie wiem, co wam napisać na moją obronę, chyba to, że wszystkie te okropne wydarzenia w moim życiu wydarzyły się zaraz po sobie, zagubiłam się bardzo w tym wszystkim, ale jestem tylko człowiekiem i w życiu chciałam być po prostu szczęśliwa... Boję się, że nigdy nie ułożę sobie życia, bo nie zasługuję na normalnego faceta i zdrową rodzinę. Nie mam nałogów, nie piję, nie palę, nie ćpałam, moja wada to kochanie chyba za bardzo i ja naprawdę już chyba nie wiem, jak poruszać się w relacjach damsko-męskich, nie znam się na facetach. Co jest ważne? Miłość? Seks? Zaufanie? Jak zbudować normalny związek? Jak znaleźć odpowiedniego partnera? Każdy ma wady, ja też je posiadam i nie znajdę idealnego faceta nigdy i idealnej miłości, związku, ale nie wiem jak teraz tą sytuację odkręcić? Co mam robić? Sama nie dam rady.