Mam prawie 29 lat, jestem nowa na tym forum. Pomimo młodego ( nadal ! ) wieku, mam sporo doświadczeń za sobą.
W skrócie pisząc, byłam mężatką przez wiele lat, wyszłam za mąż bardzo młodo, mamy synka, ma 9 lat.
Odeszłam od byłego ponad 2 lata temu. W grę wchodził alkohol, ale także różnica zdań, charakterów, temperamentu, wizji dalszego życia. Byliśmy w tym czasie za granicą. On wrócił do Polski, ja postanowiłam zostać.
Wyzwanie, a jednak! Poradziłam sobie. Nie chciałam jednak dłużej być sama, dokuczała mi samotność, chciałam jeszcze raz ułożyć sobie życie. Rok temu poznałam Ch. Nie jest piękny, nie jest zamożny. Ale "poleciałam" na te ramiona, którymi tak szczelnie potrafi mnie otoczyć. Po pół roku mieszkaliśmy już razem, przeniosłam się do niego, zmieniłam Synkowi szkołę.
Od początku mówiliśmy o wspólnych dzieciach, o budowaniu rodziny.
Miałam problemy. Myślałam, że nie będę mogła zajść, albo będę miała z tym problemy. Chodziłam po lekarzach, choć on o tym nie wiedział. I stało się. Jestem w ciąży. A mnie się odmieniło.
To znaczy: nie nastawienie do ciąży, ale nastawienie do faceta. Bo zaczęłam sobie myśleć, że w zasadzie lepiej poradziłabym sobie bez niego. Przeprowadzając się do niego, nie sądziłam, że jest tak bezradny w wielu dziedzinach. Ekonomii i budżetu nie ogarnia. Zaciągnął mega kredyt na dom wiele lat temu, z którego nie może wyjść. Dom jest prawie ( tak, tak ) 200-letnią ruiną.
Na przyjście dziecka, trzeba byłoby wykonać kapitalny remont, od A do Zet. Wcześniej nie mogłam się doprosić nawet, by zrobił pokój dla mnie. Przez pół roku, odkąd z nim zamieszkałam, moje rzeczy leżą w kartonach, a sofa, materac, czy regały, stoją nadal na ganku. Obiecywał, że moje rzeczy "znikną" i pokój wyremontuje, ale tego nie zrobił.
Na wieść o dziecku, popłakał się niemalże ze szczęścia. Przysięgając, że "teraz to on ma motywację i zrobi w domu wszystko, co trzeba". A jak ja mam w to wierzyć? Nie sprząta. W ogóle. Bierze puszkę coli i zostawia ją na stole. To ja maszeruję w tę i we w tę z rzeczami, przekładając je z miejsca na miejsce. Dalej nie mam szafy na swoje ubrania. To trochę tak, jakby klapki mi spadły z oczu.
On nie ma stałej pracy. Zarabia, ale bez gwarancji na przyszłość. Wykształcił się w pocie czoła, jest szansa, że pracę znajdzie ( może kiedyś ), ale rynek pracy jest trudny. W panice sama napisałam jego cv, list motywacyjny i powysyłałam, nawet mu tego nie mówiąc. Jak ktoś zadzwoni, to porozmawiamy. Jego zarobki nie pokrywają kosztów utrzymania jego domu. Zapytałam więc, czy jest gotowy go sprzedać i wyprowadzić się nawet na drugi koniec kraju, jeśli tam miałby dostać pracę..? "Nie, tego nie zrobi". To rozłożyło mnie z lekka na łopatki. Oczekiwałabym otwartości na różne rozwiązania, w momencie zakładania rodziny, zdolności do wyrzeczeń i poświęceń. Zaczęcia od nowa. Moglibyśmy mieszkać całkiem nieźle, gdyby pozbył się tego nieziemskiego kredytu. W innym przypadku, będziemy mieszkać w chlewie, choć on zarzeka się, że zabierze się do pracy choćby i od jutra.
Nie jestem w najlepszym humorze, kiedy myślę o facecie, siedzącym na dole i spędzając swój czas ( jak zwykle ) na sofie, przed telewizorem. Dumna nie jestem. Szczęśliwa z jednej strony, ale z drugiej... no, właśnie.
Spodziewałabym się większego zaangażowania i zrozumienia mnie i naszej sytuacji. A on nawet ANI RAZU nie zapytał, jak JA SIĘ CZUJĘ. Jest przeszczęśliwy i skupiony tylko i wyłącznie na sobie. Przedwczoraj przy mnie palił, więc bezceremnialnie wyniosłam się z salonu.
Dzisiaj kolei miała miejsce idiotyczna sytuacja, kiedy on napisał na fejsie na temat otrzymania dyplomu, a ja poprosiłam, żeby dał mi komputer na 2 minuty, bo nie chcę być ostatnią, która go "zalajkuje" ( jego rodzina jest liczna, reaguje szybko, patrzą na wszystko ). Głupie, a jednak.
Nie dał, bo chciał sam "coś tam jeszcze", co doprowadziło do awantury, wykrzyczałam, że jest zasranym egoistą, że myśli tylko o sobie, że nawet nie zapytał jak się mam, tylko od razu rzuca się na sofę z łbem do fejsbuka.
Wydarł się z całej siły, że: "to jest nienormalne, co się dzieje w mojej głowie, coś mi się poprzewracało i jestem chora na głowę!"
W rezultacie wykrzyczałam również, że jest nic nie warty, że nie zasługuje na mnie ani trochę, że mnie nie szanuje, że w ogóle chyba nie możemy dłużej być razem,po czym trzepnęłam z całej siły drzwiami.
Oczekiwałam, że mnie obejmie, że zrozumie, że przyjdzie, że odda komputer, że będzie łagodny, że mnie uspokoi, WESPRZE, że (...wpisać odpowiednie ). Tymczasem wydzierał się i postąpił tak, jak według mnie wcale nie powinien mężczyzna, którego kobieta jest w ( jego! ) upragnionej ciąży.
Co o tym myślicie ? Warto ?
PS. Dodam, że finansowo poradzę sobie sama.