Czuje sie juz bardzo zmeczona probami bycia razem. Ponad 10 lat tesknie do mezczyzny od ktorego odeszlam bo mnie 'ranil'. Nie wiem czy tesknie do niego czy do tamtego zycia, bo byly w nim tez chwile piekne i dobre . No i to moja mlodosc. Po drodze mialam dwa kilkuletnie zwiazki. Bylo dobrze i mocno. Tak mi sie wydawalo. Po pierwszym wspolnym czasie zaczynam podswiadomie porownywac, pozniej sie czepiam, nastepnie podduszam sie i odchodze. Ale gdy np po roku sie spotkam z nim...zaluje. Oczywiscie, nie wspominam o tym jemu, nawet nie wykonam jednego gestu, bo przeciez moja proznosc ( a takze stare wychowanie) nie pozwala , i cierpie. Boje sie smotnosci. Jestem juz w zaawansowanej dojrzalosci (ale to brzmi). Nie chce byc sama. Oczywiscie, ze wokol przytakuje wszystkim gadajacym, ze emancypacja, ze silne, niezlezne i takie tam bla,bla bla. Ale od kiedy to czlowiek chce byc samotnym paluchem? Bzdura i zaklamanie. To wiem. Jednak nie wiem jak mam sobie z tym poradzic.Czy ktos z Was ma podobne rozterki? Czy myslicie ,ze tylko droga do psychologa? A moze juz psychiatra?
Podobne tematy
Nie chcesz być sama ale odchodzisz, to nie brzmi sensownie. Inaczej jeśli ci faceci nie byli w twoim typie, ale podejrzewam że nie byłabyś wtedy w kilkuletnich związkach z nimi. Psycholog...
Tytuł Twojego postu trafnie podsumował moje zachowanie z stosunku z mężczyznami. ja właśnie jestem na etapie "czepiam i podduszam". Kolejny raz, wiem że nie powinnam - a i tak to robię! a dlaczego? Gdybym tylko wiedziała. Tak na prawdę sama sobie robię krzywdę. Może rzeczywiście jakiś specjalista ułatwiłby to wszystko zrozumieć
Wlasnie. To rozumiesz mnie o czym pisze. Cos z biegiem czasu zaczyna sie zmieniac .On robi sie coraz slabszy a to powoduje rownie pochylna. Ja takze staram sie wlaczyc racjonalizm, niestety bezskutecznie. I po chwili kolejna samotnosc i....strach przed nia. Bledne kolo.