Witajcie.
Postanowiliśmy opisać Wam nasz problem, wysłuchać porad, może pomożecie nam go rozwiązać. Każde z nas napisało to po swojemu i ze swojego punktu widzenia. Doradźcie, proszę.
ONA:
Mój chłopak i ja się kłócimy. Moim zdaniem - dosyć często, jego - bardzo często. A tak obiektywnie, podając liczby - czasem przez dwa, trzy tygodnie nie padnie "krzywe słowo", a czasem zdarza się że dwa razy w tygodniu się posprzeczamy.
Wynika to moim zdaniem z dwóch rzeczy. Raz, że jesteśmy skrajnie różni - inne charaktery, temperamenty, zainteresowania. A dwa, że oboje mamy charaktery uważane za "trudne". Ja jestem zazdrosna i emocjonalna, przez co często czepiam się o pierdoły - bo w danej sytuacji wydaje mi się, że to wielka sprawa, że mnie zraniło, a jak przeanalizuję to po czasie to widzę, że to była głupota.
On z kolei jest skryty (o tym, że mnie kocha mówi często i chętnie, ale o tym, że coś mu się nie podoba lub że czegoś się boi - bardzo rzadko). Wkurza się o to, że chcę wiedzieć o nim pewne rzeczy. Poza tym niezależność i wolność to dla niego tak ważne rzeczy, że powiedzenie mi gdzie lub z kim wychodzi uważa za ich naruszenie. Skoro jesteśmy w związku, samo "wychodzę" powinno mi wystarczyć, bo przecież mnie kocha i nie zrobi nic złego, więc czemu miałby się "spowiadać".
Nasze kłótnie określiłabym mianem kłótni własnie, czasem sprzeczek, na pewno nie awantur czy dramatów. Oboje staramy się nie używać raniących słów i nie obrażać się nawzajem. Czasem nam nie wychodzi, ale ogólnie radzimy sobie z tym bardzo dobrze.
A jak już podyskutujemy, pokłócimy się, to od razu jest między nami okej, nie ma cichych dni, nie ma obrażania się.
Coby podać przykłady tego, o co tak walczymy: przyczepiłam się, że zostawił mnie samą przy kasie w sklepie, a ustawił się w kolejce z koleżanką, mimo że miał ją tylko zawołać i do mnie wrócić. Idiotyzm, wiem. TERAZ wiem. Przedtem zabolało i założyłam jego złe intencje, bo jak tylko odszedł od kasy to przyszedł się wytłumaczyć, ergo: wiedział, że źle robi, a i tak to zrobił.
Z drugiej strony: chciał wyjść z koleżanką na piwo, nie wspominając mi o tym słowem. Uznał, że nie musi mi się meldować co robi. Ja uważam, że ma prawo wychodzić gdzie chce i z kim, ale nie za moimi plecami. I nie chodzi o to, że ma się spowiadać, odmeldowywac, tylko... ukrywanie tego wydaje mi się nie fair. Nie akceptuję tego i nie zaakceptuję.
I teraz, główny problem.
Mnie te nasze kłótnie bardzo nie bolą. Owszem, jak się kłócimy robi mi się przykro, ale potem od razu jest dobrze, kochamy się, jesteśmy z sobą szczęśliwi... więc przechodzę nad nimi do porządku dziennego. Może to dlatego, że takie same relacje mam z mamą. Pokłócimy się, ale zaraz jest ok, a nasze relacje na tym nie cierpią.
Ale dla niego każda nasza kłótnia to duży problem. Bardzo emocjonalnie to odbiera, smuci go to i martwi.
Mnie by do głowy nie przyszło że te kłótnie mogą oznaczać, że coś jest nie tak w naszym związku, dopóki on nie powiedział, że "ma wrażenie, że się sypie, skoro tak często się kłócimy".
ON:
Chciałbym prosić o pomoc w pewnej dyskretnej sprawie (o ile można w ogóle mówić o jakiejkolwiek dyskrecji na ogólnodostępnym forum
). Przechodząc do sedna sprawy: wydaje mi się, że cholernie często kłócimy się z moją dziewczyną. Już naprawdę się staram ?chodzę na palcach? i w ogóle, a mimo to dalej się kłócimy, co najmniej raz w tygodniu, a bywa (i to nie rzadko), że częściej. Może jestem idealistą, ale moim zdaniem nie powinno tak być i boli mnie to, że tak często się kłócimy, bo moim zdaniem tak chyba nie powinno być w związku. Boli mnie też to, że praktycznie nigdy nie rozpoczynam kłótni, zawsze jest o coś co ja zrobiłem/czego nie zrobiłem, a wydaje mi się, że w 90% zaczyna się ona o pierdoły. Czuję się przez to, jakby moja ukochana nie była ze mną szczęśliwa, skoro ciągle czepia się mnie o tak nieważkie rzeczy. Co mam zrobić ? Jak unikać tych cholernych kłótni ? Bo moim zdaniem im jest ich mniej, tym lepiej.
Pozdrawiamy,
L&D