Zaczne od tego, ze bez wzgledu na to, czy w Waszym zwiazku istnieje cos takiego jak wzajemna milosc i szacunek, to z cala stanowczoscia stwierdzam ,ze obu tych okreslen nie ma! Strata czasu by bylo szukanie ich nawet pod mikroskopem.
Tkwicie w czyms co sie nazywa toksycznym zwiazkiem, Ty jestes jego ofiara a Twoj partner bezdusznym i bezwzglednym szantazysta emocjonalnym i manipulantem do kwadratu. Mimo tego ze uwazasz tez i siebie za winna rozpadu zwiazku.
Znam ten schemat z wlasnej autopsji. Ale problem nie lezy w Tobie a w nim.
Wiesz dlaczego tak jest? Dlaczego uwazasz sie za winna?
Bo zerwanie uwazasz jak odstawienie narkotyku. Zrobilas niby blad, bo zerwalas z "nalogiem" - psycholog o takim odczuciu mowi tak:
Toksyczne związki są bardzo uzależniające, są jak narkotyk. Twoja separacja - o ile do niej dojdzie, nawet poprzez czasowe rozstanie - jest jak odwyk, a na odwyku brakuje Ci tego, co was uzależniło. Ponadto przez cały okres trwania związku Twoje życie było podporządkowane i zorganizowane wokół "szalejących" emocji Twojego partnera. Teraz brakuje Ci po prostu czynnika, który (paradoksalnie) nadawał Twojemu życiu kierunek. Teraz jest czas, żebyś rozpoczął swoje życie na nowo...
Otworz oczy i ogarnij sie zanim z milosci do niego zycie sobie odbierzesz, bedac tak zaslepiona tym jego wyimaginowanym uczuciem...
Ten Wasz zwiazek to fikcja, farsa do kwadratu a Ty -chyba - nie masz go za bozka na piedestale. Jesli tak - masakra!!!
Zanim zaczniesz analizowac swoj zwiazek i partnera, to musicie wziac pod uwage poza toksykiem jeszcze jedno, ze on stosuje wobec Ciebie przemoc psychiczna - szantaz emocjonalny i manipulacje.
Jesli chcesz sie jakos z tego zwiazku uwolnic, to musisz nauczyc sie stawiac granice, mowic zdecydowanie i stanowczo NIE i nie wdawac sie w dyskusje - nawet poprzez sms - odpowiadajac krotko i zdawkowo. Stosowac technike ignorancji.
Bezsilnosc, idealizacja, poczucie odrzucenia, przyjmowanie na siebie winy za rozpad zwiazku, "spitolenia" pewnch spraw jest dzialaniem toksycznym, destrukcyjnym. Byc moze - swiadomie lub tez nie w takich relacjach byliscie.
Tego na pierwszy rzut oka nie idzie wyczuc jak i sam partner nie ma tej pelnej swiadomosci, ze jest toksykiem lub ma takowe zapedy. To jest objaw, ktory chyba najlepiej pasuje pod pojecie efektu odstawienia jak to ma miejsce z alkoholem czy narkotykami.
Nie jestesmy jedynymi - bo tez to przerabialem, ktorzy to przechodza i tak sie czuja czy tez to odczuwaja.
Odczucia zalamania, gorszej "jakosci" Naszej osobowosci, ktore sa oznaka stania na progu u drzwi zwanych depresja sa jej poczatkowym stadium. Z tym trzeba walczyc, by nie popasc w dlasze, negatywne w skutkach skrajnosci. Jak to mi ktos tu kiedys powiedzial "wyjdziesz z tego z twarza ale skopanym tylkiem", bo:
Toksyczny, oparty na uzależnieniu związek często się rozpada. Mężczyzna, albo nie mogąc znieść ciągłej dominacji kobiety i z chęci odzyskania kontroli nad własnym życiem, albo po tym, jak ją skutecznie upokorzył, odczuwając do niej niechęć i brak szacunku ? odchodzi. Inicjatorką rozstania bywa też kobieta, która nie może już dłużej wytrzymać zadawanych przez mężczyznę cierpień, rozczarowana tym, że jej całkowite poświęcenie się związkowi zostało niedocenione i że jej wysiłki, by partner się zmienił, nie przyniosły żadnych efektów.
Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że po takiej nauczce kobieta, dotknięta syndromem ?kochania za bardzo? zdrowieje - nie ma mężczyzny, to nie ma uzależnienia. Niestety, tak nie jest. Po pierwsze, gdy toksyczny związek się rozpada, cierpienie kobiety trwa nadal. Teraz dopiero przeżywa prawdziwe katusze. Na przemian odczuwa złość, wręcz nienawiść do swojego ex oraz tęsknotę, połączoną z nadzieją, że znowu będą razem. Jej życie znów przepełnia mężczyzna, choć nieobecny ciałem, to obecny duchem. Nie jest w stanie normalnie funkcjonować, odczuwać żadnej przyjemności, robić żadnych planów - wciąż myśli o nim. Często jej obsesja prowadzi do prób nawiązywania kontaktu, różnych rodzajów agresji, śledzenia go, niekiedy do błagalnych próśb o powrót. Jeśli mężczyzna wciąż jest od kobiety uzależniony, bywa, że po jakimś czasie rozłąki ponownie do siebie wracają i na nowo rozpoczynają swój toksyczny ?taniec?.
Jest też inny scenariusz ? kobieta, by przerwać swoje cierpienie, tworzy nowy związek. Niestety, jeśli nie zrozumiała swojego syndromu, to najprawdopodobniej znów w nim będzie ?kochać za bardzo? i uzależniać się od mężczyzny. Jej głód miłości wciąż przecież nie został zaspokojony, a lęk przed samotnością stłamszony. Nałóg rozwija się, tylko narkotyk zmienił swoją fizyczną postać.
Kobieta, która uświadomiła sobie swoje uzależnienie od mężczyzny, zrobiła już pierwszy krok. Pojęła, dlaczego tak naprawdę jest nieszczęśliwa i że droga do wyzdrowienia jest tylko jedna ? mozolna praca nad sobą. Mozolna i bardzo trudna, ponieważ gdy na nią wstąpi, co i raz dopadają ją wątpliwości, czy jest ona słuszna.
Zobacz, jak to jest - zaczynasz z kimś być i tak naprawdę od razu wiadomo z czym będzie problem. Czasami tylko wydaje nam się, że problem nie jest aż tak wielki, albo, że możemy go akceptować - zwłaszcza przez wzgląd na piękną resztę. A po czasie się okazuje, że to co było problemem na początku, jest nim wciąż po wielu latach.
Zacytuje tu znajoma z forum opisujaca odwrotny uklad jak Twoj gdzie sama...
Ja mam znamiona toxic'a. To wynika z dominującego charakteru, racja. Wynika też z większej potrzeby bezpieczeństwa. Ja nie czuje się bezpiecznie, przy facecie, gdy czuje się silniejsza. To jest masakra. A zwłaszcza i co gorsza, gdy on na to pozwala, oddaje prym. A prawdziwy dramat jest wtedy, gdy dominant zakocha się w kimś słabszym.Gardzi nim, a czasem nawet sobą za tą "słabość" emocjonalną w jego kierunku. To jest przedziwna metodyka, ale nie jest tak, że nie rozumie swojej winy etc.
Nie zrozumie w ferworze walki, wyciągania armat. Pochylenie karku będzie tylko środkiem do uzyskania własnych korzyści. Zatem krótkotrwałym.
Coś, co sprawia, że zaczyna się zalążek refleksji i autentycznej zmiany to totalne ominięcie przez "słabszą" jednostkę dramatycznych akcji- heroicznych zrywów pt" odchodzę" czy wdawanie się w werbalny combat. Dominant/toxic jest silniejszy bo to pole walki doskonale zna.
Gubi się, analizuje a w konsekwencji skłania do refleksji w powolnym oddalaniu/dystansie- tu nie działa mechanizm "armat" i wio do boju. Siła spokoju i zimnej konsekwencji to jest klucz. Ignorancja i smiech
Nie jesteś sam przekonany do tego, by zerwać. Prawdopodobnie kochasz ją nadal, stąd wahanie. Zastanawiasz się nad tym, tylko dlatego, że sam nie czujesz się kochany. Co gorsza ona jest dominantem. Jesli zerwiesz drastycznie, nieprzekonany o słuszności odzyska Cię bardzo szybko. Będzie Aniołem przez miesiąc, obieca i omami wizją raju. Łykniesz to jak pelikan, bo tego potrzebujesz.
Potem niestety wszystko wróci do normy. Dlatego, że ona nie będzie widziała niczego niewłaściwego w swoim zachowaniu nadal, a wizja raju, jaką Ci zaprezentowała (nawet jesli będzie szczerze w to wierzyć na daną chwilę), będzie tylko środkiem do osiągnięcia celu - przywrócenia poprzedniego ładu.
Dlaczego tak myślę? Bo sama taka jestem.
To nie jest kwestia miłości, czy jej braku. Ona Cię nie szanuje.
Dramatyczne urywanie kontaktu i zryw bohaterski, będzie w Twoim przypadku chwilowy - trust me. Konsekwentne wyznaczanie granic małymi kroczkami. Wtedy szala siła-słabość przechylać się zacznie w Twoją stronę. A ona nie zareguje gwałtownie, jak w przypadku total odcięcia, by stłamsić bunt w zalążku. Nie wyciągnie całego arsenału zbrojnego, bo nie będzie widziała tak oczywistego zagrożenia.
Szacunek man! Do siebie. Jak zacznie się awanturować, stoisz przy swoim i nie podnosisz głosu, możesz nawet wyjść. Wszystko w ciszy i postaraj się spiąć poślady, tak żeby nie widziała, że targają Tobą emocje - jak zauważy, że się trzęsiesz ze złości, to po ptakach. Jedyne, co zachwieje jej poczuciem pewności to dystans i nonszalancja w obojętności.
Dopóki ona nie zacznie Cię szanować, dopóty będzie robiła z Tobą co zechce. Stosuj 34 kroki. I serio - pod żadnym pozorem nie podejmuj combatu werbalnego,bo przegrasz.
PS: odzyskanie szacunku w starciu z dominującą kobietą to jedyny sposób, żeby się wzmocnić. Odejście sprawi, że będziesz się czuł jak przegrana, skrzywdzona pussi i co gorsza zatęsknisz. Nie wiem, jest coś w naturze człowieka, że tęsknimy za katami. Jesli wytrzymasz i podejmiesz walkę, ale na innych zasadach, niż jej znane masz sporą szansę, żeby wygrac - w jej oczach owszem, ale w swoich tym bardziej. Niezaleznie od tego co potem zdecydujesz się zrobić z tym związkiem, będziesz zahartowany i silniejszy.
Lektura na forum:
"Piotrus Pan i jego nianka"
"Tesciowie... nieodcieta pepowina..." byc moze jego problem ma "korzenie" w rodzinie
"Oczyszczenie"
Lektura poza forum:
Blog "moje dwie glowy"
"Apel do Pani ropuchowej"
"Molestowanie moralne"
Poszperaj tez w materialach dr. Jacka Pulikowskiego na youtube
Sztuka jest z tego sie wyrwac, najlepiej nogami do przodu. A potem to juz z gorki...
Zyc "jutrem" i nie wracac do "wczoraj".