Witajcie. Trafiłam tu na forum bo sama nie potrafię sobie pomóc.. opiszę swój mega zwichrowany przypadek licząc na rady postronnych osób..
Mam 26 lat i uświadomiłam sobie,że w relacjach damsko-męskich jestem emocjonalną kaleką... Nigdy nie byłam w żadnym związku. Można powiedzieć, że chyba czekam na swojego księcia z tym, że książę mam tu na myśli mężczyznę do którego poczuję te 'motyle w brzuchu'. Jednak zazwyczaj osoba,która mi się spodobała i coś sprawiało,że chciałabym ją jakoś lepiej poznać- była nieosiągalna,lub też prostu moja nieśmiałość utrudniała mi danie jakiegoś maleńkiego sygnału.. A czasami,kiedy widzę (wg.mnie) fajnego mężczyznę- spada mi samoocena albo przychodzi myśl- żeby uważać bo jak facet zobaczy,że mi się podoba to może okazać się jakimś cwaniakiem,któremu będzie tylko na jednym zależeć.. wiem,że takie myślenie jest złe, ale tak się niestety dzieje dlatego tu o tym piszę
Pewnie m.in. to myślenie spowodowało,że do tej pory żyłam jako singielka i właściwie nie miałam ciśnienia, żeby koniecznie z kimś być.Uważałam,że kiedyś po prostu poznam tą odpowiednią osobę do której poczuję to coś z wzajemnością.
Jakiś czas temu przez znajomą, poznałam chłopaka. Spotkaliśmy się dwa razy na takiej koleżeńskiej stopie. I teraz zaczęła się moja tortura.. zauważyłam,że jakoś ciężko mi się wyobrazić w związku z kimś, gdzie nie odczuwam takiego 'dreszczu emocji', który zawsze dawał mi znać,że ktoś mi się podoba.. oczywiście wiem, że to uczucie może być złudne i ktoś może okazać się dupkiem. Ale no jest mi tak dziwnie bez tego uczucia.. Czuję się w tym wszystkim tak bardzo pogubiona... jakbym była zupełnie nieprzystosowana ![]()
Podsumowując- te przysłowiowe motyle stały się niejako moim wyznacznikiem tego czy chcę kogoś poznać bliżej czy nie... Czy to jest normalne? Naprawdę w tych sprawach mimo wieku czuje sie jak urwana z choinki
dlatego proszę, pomóżcie..